Wyróżnione

Pierwszy wpis

To mój pierwszy wpis. Na razie zachęcam do zapoznania się z tym, co na początek udało mi się zgromadzić w zakładkach menu. Szczególną uwagę zwracam na Interesujące zagadnienia (w domyśle genealogiczne) oraz Czytelnię. Będę starała się w miarę możliwości publikować informacje o podobnym charakterze.

 

Reklamy

Etyka, ochrona danych osobowych a może także zdrowy rozsądek w genealogii. Zamieszczanie informacji o osobach żyjących w publicznych bazach danych i innych formach publikacji.

Spodziewam się (być może niesłusznie), że zadanie otwartego pytania do dyskusji, czy należy umieszczać informacje genealogiczne (także o charakterze historii danej osoby) o osobach żyjących spowodowałoby lawinę przykładów, kiedy jest to dobre a kiedy złe a kiedy przynajmniej dopuszczalne. Pytania nie będę więc zadawać. Na niektóre pytania nie ma odpowiedzi pośrednich, choć w kraju, gdzie wiele osób – jak się zdaje – chciałoby interpretować prawo wyłącznie dla swoich własnych potrzeb, trudno może być zauważyć i zaakceptować, że jeśli chodzi o umieszczanie danych osobowych (w tym genealogicznych) to nie ma rozwiązań pośrednich i możliwości interpretacji.

Zaznaczę, że nie chodzi mi o informacje o osobach publicznych, o których na ogół mamy prawo wiedzieć więcej z racji pełnionych przez nie obowiązków, do których pełnienia na ogół sami się zgłaszają lub na których pełnienie sami się godzą.

Umieszczanie danych genealogicznych o osobach żyjących to problem, który dotyczy drzew genealogicznych, które w różnego rodzaju opracowaniach trafiają do przestrzeni publicznej.

Gdzie takie drzewa genealogiczne możemy umieszczać i gdzie je na ogół znajdujemy? Na własnych stronach internetowych lub blogach, na portalach jak My Heritage, Ancestry czy Family Search, w publikacjach elektroniczny, które zawieszamy gdzieś w Internecie, w e-bookach no i oczywiście we wszelkiego rodzaju publikacjach papierowych dostępnych powszechnie lub ograniczonym obiegu.

W Polsce istnieje ochrona danych osobowych, którą wiele osób uważa za przeszkodę w normalnym funkcjonowaniu, ale jednak jest to obowiązujące prawo. Niezależnie od lubianych czy nielubianych przepisów wiele osób jest świadomych, że jakieś informacje na temat nas samych czy innych osób, nie powinny znajdować się w obiegu publicznym, chyba że osoba o którą chodzi wyrazi na to zgodę. Zdarza się, że nasi znajomi zanim podadzą komuś nasz numer telefonu w związku z jakąś sprawą dzwonią do nas, i pytają, czy mogą przekazać kontakt do nas. Świadomość społeczna potrzeby ochrony danych osobowych wzrasta, ale genealogia nie zawsze postrzegana jest jako dziedzina czy hobby, gdzie trzeba się do tych przepisów stosować. A jednak dane genealogiczne zaliczają się właśnie do danych osobowych.

W kontekście genealogii poruszyłam ten temat w mojej książce Praktykowanie genealogii. Pieniążkowie z Jedlińska XVIII-XIX w. w rozdziale Problemy zapisu genealogicznego i prezentacji źródeł informacji. Według mnie dobrym rozwiązaniem unikającym problemów związanych ochroną danych osobowych, etyką czyli stroną moralną całego przedsięwzięcia jest nieumieszczanie informacji o osobach żyjących. Idę nawet dalej i preferuję niepodawanie informacji o osobach, które łatwo mogą pomóc zidentyfikować żyjących krewnych. Oznacza to pominięcie pokolenia już zmarłego ale bezpośrednio poprzedzającego osoby żyjące.

Od pewnego czasu jako programu porządkującego moje poszukiwania genealogiczne używam Roots Magic. Od niedawna posługuję się wersją Roots Magic 7, a dokładnie 7.3.2.0, aktualizowaną 24 stycznia 2017. Program ten ma opcję, której na początku nie włączyłam, ale ostatnio dostrzegłam jej niesamowite możliwości. Mianowicie, jeżeli osoby z mojego drzewa genealogicznego pojawiają się w drzewach zamieszczonych na My Heritage, Family Search czy Ancestry, to otrzymuję informację na ten temat. Jeżeli otworzę link, to nawet jeżeli nie jestem użytkownikiem danego portalu i tak zobaczę w ograniczonym wprawdzie zakresie informację o osobie z mojego drzewa w tym innym drzewie. W zależności od poziomu zabezpieczenia mogę nawet zobaczyć, kto jest administratorem tego odnalezionego drzewa.

Efekt korzystania z tej funkcji oprogramowania jest taki, że mogę zobaczyć, w ilu drzewach sama się znajduję. I znajduję się. Nikt jednak nigdy nie zapytał mnie o moją zgodę na umieszczenie mnie w publicznym – choćby w ramach jakieś grupy użytkowników, której sama członkiem nie jestem, co jednak i tak nie ma tutaj znaczenia – drzewie genealogicznym.

Spodziewam się, że wiele osób będzie uważać, że nie ma o co kopii kruszyć. Jednak jest. Odczuwa się to dopiero w momencie, kiedy nas samych będzie to dotyczyć, albo jeśli się okaże, że nasze – nie przez nas zamieszczone – dane zostaną użyte nazwijmy to ogólnie „przeciwko nam samym”.

Jestem przekonana, że wiele osób, które umieszczają w drzewach publicznych informacje o osobach żyjących, nie robi tego w celu działania przeciwko tym osobom. Wynika to raczej z braku zastanowienia się nad potencjalnymi negatywnymi konsekwencjami.

Warto więc zacząć szacować nasze działania genealogiczne w odniesieniu do etyki, ochrony danych osobowych czy choćby zdrowego rozsądku, który (ten ostatni) już sam powinien podpowiedzieć nam zastanowienie się nad podawaniem w publicznych drzewach genealogicznych informacji o osobach żyjących.
Oczywiście, jeżeli chcielibyśmy, by nasze drzewo genealogiczne było pełne, możemy zwrócić się z pytaniem, czy dany krewny wyraża zgodę na publikację informacji genealogicznych o nim w publicznym drzewie genealogicznym. W ramach pytania o zgodę, powinniśmy tego krewnego poinformować, gdzie te informacje będą się znajdować i kto będzie miał do nich dostęp. Jeśli taką zgodę otrzymamy, to oczywiście możemy wtedy informacje publikować. Zdarza się jednak, że zadanie takiego pytania wydaję się krępujące dla samego genealoga. Umieszczenie informacji z pominięciem zapytania o zgodę, by uniknąć krępującej sytuacji, nie jest dobrym rozwiązaniem.

Jeżeli opublikujemy informacje o żyjących krewnych bez ich zgody a także zapewne wiedzy, to na ogół wcześniej czy później krewni ci i tak się o tym dowiedzą i odkręcanie takiej teoretycznie błahej sprawy może być bardzo nieprzyjemną sytuacją w rodzinie.

Nie chodzi tu tylko o publikacje w Internecie czy publikacje powszechnie dostępne. Nawet jeżeli przygotowujemy opracowanie na wewnętrzny użytek danej rodziny, które będziemy rozdawać w formie wydruku lub niskonakładowej publikacji, powinniśmy uzyskać zgodę od osób żyjących, na umieszczenie informacji o nich a także na poziom szczegółowości tych informacji, które oni chcą upublicznić. Należy się spodziewać, że wszyscy zgodzą się na publikację wszystkich danych w publikacji wewnętrznej wyłącznie na użytek danej rodziny. Ale losowo jacyś krewni mogą nie chcieć dzielić się informacjami i trzeba to uszanować.

Pozostaje mieć nadzieję, że z czasem poziom świadomości genealogów – jeśli chodzi o konieczność posiadania zgody na umieszczanie jakichkolwiek danych osobowych o osobach żyjących zarówno w Internecie (czy to w bazach czy na stronach) jak i innych formach publikacji lub nieumieszczanie takich informacji jeżeli takiej zgodny nie mamy lub nie czujemy się na siłach, by pytanie o zgodę zadać – wzrośnie.

4. Ogólnopolska Konferencja Genealogiczna Brzeg 2017. 8-10 IX 2017. Także na żywo!!!

W tym roku już po raz czwarty (!) Opolscy Genealodzy organizują na Zamku Piastów Śląskich w Brzegu Ogólnopolską Konferencję Genealogiczną. Już dziś (8 IX) wieczorem odbędzie się powitanie uczestników a w sobotę (9 IX) o godzinie 10.00 nastąpi otwarcie konferencji.

Podobnie jak w zeszłym roku organizatorzy pracują nad udostępnieniem konferencji na żywo!
Jest to wspaniała inicjatywa, która umożliwia uczestnictwo w konferencji w sytuacjach, kiedy nie możemy samemu dotrzeć do Brzegu!

Pełny materiał z poprzednich konferencji (do którego dołączy materiał z tego roku jakiś czas po zakończeniu konferencji) dostępny jest na YouTube.

Poniżej przydatne linki. Oczywiście wszystko można też znaleźć samemu w Internecie.

Informacje ogólne wraz z linkami

Program konferencji do pobrania (pdf)

Link do konferencji na żywo – link aktywny w czasie trwania konferencji

Linki do nagrań z poprzednich konferencji

Opisywanie zdjęć – ciąg dalszy

W tym tygodniu Sylwia (Dziękuję za pytanie!) zadała mi bardzo dobre pytanie na temat opisywania zdjęć w archiwum domowym. Świadomie lub nie poruszyła dwa oddzielne, choć powiązane ze sobą tematy przechowywania zdjęć oraz opisywania zdjęć.

Zacznę od przechowywania. Wydaje mi się, że najprościej jest podzielić zdjęcia w zbiorach rodzinnych według jednej podstawowej cechy, a mianowicie czy posiadamy oryginalny materiał wyjściowy (klisza, oryginalne zdjęcie cyfrowe), z którego możemy (wykonać odbitkę na papierze fotograficznym (a w przypadku zapisu cyfrowego także wydruk na zwykłym papierze) czy też nie.
Jeżeli posiadamy taki materiał wyjściowy, to w zasadzie zawsze możemy wykonać kolejną odbitkę (choć stare i nieodpowiednio przechowywane klisze mogą przysporzyć pewnych problemów w tym względzie).
Natomiast jeżeli posiadamy tylko jeden egzemplarz zdjęcia odbity na papierze fotograficznym, to – niezależnie od tego czy ma on lat dwadzieścia czy sto – musimy się z takim zdjęciem obchodzić jak z dokumentem, którego nie można ponownie wystawić. A więc należy o niego dbać! Podobnie musimy potraktować materiał wyjściowy czyli klisze i zdjęcia cyfrowe. Co to oznacza? Klisze (negatywy, slajdy – na ogół w ramkach) oraz zdjęcia posiadane w jednym egzemplarzu powinny zostać zeskanowane a następnie oryginalny materiał powinien zostać zarchiwizowany i przechowywany w odpowiedni sposób, by ograniczyć lub/i opóźnić jego starzenie oraz niszczenie.
W zbiorach rodzinnych znajdują się także zdjęcia w albumach, często poprzyklejane a czasami powyrywane, by zobaczyć, co jest na odwrocie. Zdjęcia z albumów też będą na ogół należały do kategorii unikatu – jedynej kopii. Też trzeba je zeskanować i też trzeba sprawdzić jakie są możliwości konserwacji i dalszego przechowywania. Starsze albumy nie zawsze dotrwały do naszych czasów w dobrym stanie.

Nie jestem ekspertem od przechowywania materiału fotograficznego, dlatego podaję tylko kilka pomysłów, gdzie takich informacji szukać. W Internecie można znaleźć strony firm oferujących materiały do przechowywania dokumentów archiwalnych i zdjęć. Daje to pewne wyobrażenie o tym, co jest dostępne, ile to kosztuje oraz może nam pomóc w wyborze optymalnego dla nas system przechowywania zdjęć i klisz. Możemy też szukać artykułów czy wpisów na blogu na ten temat. Warto zasięgnąć też rady ekspertów czyli konserwatorów zatrudnionych w archiwach państwowych czy muzeach. Trudno mi jest powiedzieć, jak pomocni będą, ale w Warszawie takie instytucje zorganizowały wykłady poświęcone zarówno konserwacji jak i archiwizacji między innymi zdjęć. Można taki temat zaproponować w swojej bibliotece czy innym ośrodku, który organizuje wykłady publiczne. Dziś archiwa są zainteresowane zdjęciami z kolekcji rodzinnych. Także niektóre rodziny przekazują swoje kolekcje do archiwów i archiwiści na pewno będą bardziej zadowoleni, kiedy trafi do nich kolekcja zdjęć, która była odpowiednio przechowywana. Archiwa są więc zainteresowane dzieleniem się swoją wiedzą na ten temat.

Fotografie i klisze należy przechowywać w specjalnych do tego celu obwolutach, które chronią je przed bodźcami zewnętrznymi jak choćby kurz. Możemy na te obwoluty nakleić samoprzylepne etykiety bezkwasowe, na których umieścimy krótki opis katalogowy.

Na samych zdjęciach, które posiadamy w jednym egzemplarzu, nie umieszczamy żadnego opisu. Oczywiście, na zdjęciach mogą znajdować się już opisy, które pozostawiamy, ale niczego do nich nie dopisujemy.

Jeżeli chodzi o oryginalne zdjęcia cyfrowe, jak i skany pojedynczych zdjęć papierowych oraz klisz, to warto zapisać je nie tylko na twardym dysku ale i na kilku nośnikach i przechowywać w kilku miejscach, tak by w razie awarii elektronicznej nie okazało się, że zniszczeniu uległa jedyna posiadana przez nas kopia.

Jeżeli chodzi o skatalogowanie samego materiału, to można to zrobić na różne sposoby. Można trzymać się jak najbliżej standardów archiwalnych albo wprowadzić własny system. Zdjęcia można podzielić według ich wieku, według poszczególnych rodzin albo katalogować jedno po drugim bez żadnych dodatkowych podziałów wewnętrznych. Ważne, by system katalogowania nie był zbyt skomplikowany. Możemy też skatalogować zdjęcia jako kilka kolekcji – dzieląc je według osób, które te zdjęcia przechowują lub nam je przekazały. Podziału na kolekcje można też dokonać według rodzin, których zdjęcia dotyczą. Same kolekcje można nazwać używając dużych liter lub cyfr rzymskich albo nazwiska danej rodziny a w ramach kolekcji możemy katalogować zdjęcia według kolejności ich otrzymywania albo od najstarszego do najnowszego (chociaż taki sposób katalogowania zostanie zaburzony przez każde nowe zdjęcie, które pozyskamy, a które nie będzie najnowsze). Zbiory zdjęć na ogół nigdy nie są zbiorami zamkniętymi. Zawsze możemy odnaleźć jakieś nowe rodzinne zdjęcie. Po numerze katalogowym powinien być podany krótki opis zdjęcia. Pełna nazwa katalogowa zdjęcia powinna być też stosowana jako nazwa pliku elektronicznego. Na przykład:

A 1 Józef i Marianna z d. Majewska Kowalscy ok. 1890 zdjęcie ślubne. jpg
A 2 Józef Majewski z synem Stanisławem ok. 1900.jpg

lub

RODZINA KOWALSKICH 1 Józef i Marianna z d. Majewska Kowalscy ok. 1890 zdjęcie ślubne. jpg
RODZINA KOWALSKICH 2 Józef Kowalski z synem Stanisławem ok. 1900.jpg

Jeżeli zdecydujemy się na taką formę, to trzeba też będzie zrobić opis stworzonego przez nas systemu wraz z informacją, co kryje się pod literą A, czy także pod hasłem RODZINA KOWALSKICH czy pod innymi nazwami lub oznaczeniami, na które się ostatecznie zdecydujemy.

W mojej książce Praktykowanie genealogii. Pieniążkowie z Jedlińska XVIII-XIX w. przy okazji opisu plików elektronicznych dla folderu z materiałami dotyczącego jednej rodziny, podaję też przykłady, jakie nazwy można nadać plikom elektronicznym zawierającym zdjęcia. W opisanej tam sytuacji zdjęcia znajdują się nie w oddzielnym folderze/katalogu zdjęć, tylko w folderze zawierającej informacje na temat jednej rodziny czy osoby. W zasadzie cały rozdział Porządkowanie materiału genealogicznego poświęcony jest nazewnictwu folderów oraz plików elektronicznych jako elemencie porządkowania materiału genealogicznego. Nie trzeba powielać podanych tam przykładów, ale mogą być one źródłem inspiracji do opracowania własnego systemu.

Jeżeli chodzi o pełny opis zdjęcia, to myślę, że dobrym rozwiązaniem byłoby założenie dla każdego zdjęcia pliku w edytorze tekstowym na przykład Word, gdzie można by skopiować wersję elektroniczną zdjęcia, a następnie bez ograniczeń miejsca zdjęcie opisać. Nazwa takiego pliku powinna być identyczna z nazwą pliku ze zdjęciem. Jeżeli wybierzemy takie rozwiązanie to otrzymamy takie opisy katalogowe / nazwy plików:

A 1 Józef i Marianna z d. Majewska Kowalscy ok. 1890 zdjęcie ślubne. doc
A 1 Józef i Marianna z d. Majewska Kowalscy ok. 1890 zdjęcie ślubne. jpg
A 2 Józef Majewski z synem Stanisławem ok. 1900.doc
A 2 Józef Majewski z synem Stanisławem ok. 1900.jpg

Tworząc pełny opis zdjęcia w pliku otwartym, łatwo będzie dopisać nowe informacje, jeżeli uda nam się coś nowego o danym zdjęciu ustalić.

Natomiast jeżeli chodzi o sam opis zdjęcia, to niezależnie od tego, z jakimi zdjęciami mamy do czynienia, i do czego opis zdjęcia będzie nam potrzebny, musi on zawierać następujące informacje:

– kto lub/i co znajduje się na zdjęciu,

– gdzie zdjęcie zostało zrobione,

– kiedy zdjęcie zostało zrobione,

– kto zrobił zdjęcie (autor zdjęcia).

Możemy stworzyć prostą tabelkę, dwie kolumny, cztery wiersze, w lewej kolumnie znajdować się będzie opis rubryki a w prawej opis właściwy zdjęcia.

Jeżeli brakuje nam którejś z powyższych informacji lub nie mamy żadnej, to też trzeba to zamieścić w opisie np. autor nieznany, ok. 1930 (w datowaniu można się oprzeć na orientacyjnym wieku osób na zdjęciu, o których wiemy, kiedy się urodziły, czy jeżeli znamy jakąś datę z ich życia, która może pomóc określić ich wiek na zdjęciu). Jeżeli zdjęcie związane jest z jakąś okazją, uroczystością rodzinną (urodziny seniora rodu, ślub/wesele itd.) to ta informacja też powinna zostać podana w opisie.

Zachęcałabym do szczególnego przyłożenia się do opisu zdjęć, na których znajdują się osoby, które już zmarły i których my sami nigdy nie poznaliśmy a czasami takie, których dziś nikt już nie zidentyfikuje i przy ustaleniu kim one są polega się tylko na przekazie ustnym lub ewentualnie na opisach zamieszczonych kiedyś na tych zdjęciach.

Dobrym rozwiązaniem przy opisie zdjęć grupowych jest ponumerowanie osób albo nad głowami albo odrysowanie konturu osób i ponumerowanie tych konturów a następnie opisanie tych osób w kolejności nadanych numerów – metoda, którą spotykamy w opisie obrazów w muzeach. Na zdjęciach grupowych nie wszyscy stoją w równych rzędach i stosowanie tradycyjnych opisów (rząd pierwszy od lewej itd.) prowadzi czasami do niepoprawnej identyfikacji osób ze zdjęcia.

Taki katalog można potem po prostu wydrukować. Jeżeli zdjęć mamy dużo i wydaje nam się to zbyt kosztowne, możemy trzymać pliki katalogowe wyłącznie w wersji elektronicznej, ale wtedy bezpieczniej jest przechowywać je także na kilku nośnikach poza komputerem, by w razie awarii, nie trzeba było robić wszystkiego od nowa. Trzeba też pamiętać o uaktualnianiu tych wersji zapasowych w miarę poszerzania się kolekcji a tym samym katalogu.

Jeżeli chodzi o opis osób, to trzymałabym się tej samej zasady, którą opisałam w przypadku opisów zdjęć w publikacjach. Mianowicie, by wszystkie osoby opisywać imieniem i nazwiskiem. Jeżeli jest to możliwe zachęcałabym też do podawania nazwiska panieńskiego kobiet zamężnych. W przypadku podawania pokrewieństwa, trzeba podać w stosunku do kogo to pokrewieństwo jest mierzone i ta osoba, do której się odnosimy, też powinna być opisana pełnym imieniem i nazwiskiem a nie określeniami jak „ciocia Aniela” itd.

Wygląda to na żmudne przedsięwzięcie i tak też będzie w praktyce. Ale warto zrobić dokładne i pełne opisy zdjęć. Jeżeli wrócimy do tego katalogu za jakiś czas, sami sobie pogratulujemy pracowitości oraz szczegółowego opracowania i będziemy z siebie dumni!

Opracowanie takiego katalogu można uznać za rozwiązanie zmierzające do ideału. W przypadku pokaźnych zbiorów będzie ono czasochłonne a może też być jeśli nie kosztowne, to wymagające pewnych nakładów finansowych na materiały ochronne do przechowywania zdjęć i klisz.

Rozwiązaniem tymczasowym – jeśli chodzi o katalogowanie i opis zdjęć – może być wydrukowanie zdjęć z elektronicznych kopii zapasowych na papierze biurowym i odręczne opisanie osób (czy obiektów) ze zdjęć na tych wydrukach a następnie zeskanowanie takiej pierwszej wersji opisu. Warto już wtedy wprowadzić katalogowy system nazewnictwa plików. Przynajmniej ta część przedsięwzięcia będzie zrealizowana.

Podsumowując, trzeba pamiętać, że oryginalne zdjęcia i klisze powinno się zeskanować i zarchiwizować a przy opracowywaniu domowego archiwum zdjęć wraz z katalogiem zbiorów należy korzystać z zapasowych kopii w wersji elektronicznej lub wydruków na papierze biurowym.

Practicing Genealogy

My initial intention (back in 2016) was to run my blog Praktykowanie Genealogii in Polish only. However, some of the topics presented on this site may be interesting for both amateur and professional genealogists who don’t read Polish but work on putting together genealogies of the ancestors who have roots in Poland – regardless of whether within the current or historic borders.
This is why I have decided to have one page on this site which will be run in English. The articles posted there are a combination of translations and compilations of information from the articles and blog posts which were and will be posted on the site in Polish. I called it ”Practicing Genealogy” which is a word for word translation of the name of the site in Polish. Also, this name refers to the title of my first genealogy book published in 2015 (link to my publications page). I launched this site on 16 August 2016.

 

In my blog posts and articles I sometimes provide links to records. They are mainly in Polish and Russian but also in Latin and possibly occasionally in German. Not all readers whether from Poland or abroad can read in all these languages or can read handwritten Cyrillic or any text in handwriting. We live so much in the printed world that reading handwritten and 100-300 years old text may require some practice and maybe skill. For the benefit of the reader I will sometimes translate parts of or full text of these linked records.

I will be grateful for comments whether you find these articles useful and also for ideas for topics that you would be interested to be covered here. They may be an inspiration for further articles on this site. My email address is given at the very bottom of the page linked here.

I am not planning to write blog posts in English on regular basis. I will probably write them when new content will be added to „Practicing Genealogy” page.

I hope you will find this page useful.

Grażyna Rychlik

Link to Practicing Genealogy page

 

Praktykowanie Genealogii ma jeden rok!

Dzisiaj (16 sierpnia 2017) mija dokładnie rok od zamieszczenia przeze mnie pierwszego wpisu na tym blogu. Pierwsze podstrony powstały 14 sierpnia 2016.

Prawdopodobnie jak wiele osób, które zaczynają pisać blog, i ja zastanawiałam się, czy uda mi się trwać w pisaniu. Wydaje mi się, że – przynajmniej na razie – mi się to udało. Staram się pisać regularnie raz w tygodniu, choć czasem się to nie udaje. Jednakże statystycznie piszę raz na tydzień, a czasem częściej – chodzi mi o wpisy na blogu. Przy obecnej konstrukcji strony-bloga nie mogę zmierzyć zainteresowania poszczególnymi recenzjami w Czytelni czy artykułami w Interesujących zagadnieniach.
Pod koniec 2016 roku dodałam też dwie podstrony. Pierwsza poświęcona jest genealogii Marii Skłodowskiej a druga to Taryfa domów dla Warszawy i Pragi z 1877 – ta ostatnia jeszcze nadal nieukończona. Oczywiście, genealogia Marii Skłodowskiej to też temat nieukończony, ale od początku nie planowałam wywodzenia jej przodków od Adama i Ewy. Są tam w tej chwili najważniejsze informacje, wszystkie pochodzą z opisanych źródeł, jest też link do aktu urodzenia noblistki. Przypominam przy okazji, że w tym roku obchodzimy 150. lecie urodzenia Marii Skłodowskiej. Muzeum jej poświęcone w odremontowanej siedzibie jest już od jakiegoś czasu ponownie otwarte.

Najbardziej popularnym sposobem czytania strony-bloga jest po prostu czytanie wszystkich wpisów na stronie domowej (czy też podstronie domowej). Co ciekawe, choć prawie nikt nie otworzył wpisu o nowym roku, zamieszczony tam link do strony Steve’a Morse’a (Stephena P. Morse’a) jest najczęściej otwieranym linkiem.

Drugą najpopularniejszą podstroną jest Genealogia Marii Skłodowskiej. Na trzecim miejscu znajduje się użytkowa Taryfa domów.
Dalej w podobnych proporcjach czytane są wszystkie pozostałe podstrony.

Jeśli chodzi o poruszane przeze mnie tematy we wpisach na blogu to najbardziej popularne pojedyncze wpisy dotyczyły pokrewieństwa na poziomie 20 cM, opisywania zdjęć towarzyszących historiom rodzinnym i szerokiego spektrum informacji w aktach zgonu.
Pojawiły się też bloki tematyczne, które nie są raczej uporządkowane. Po prostu różne tematy wydają mi się warte opisania i w miarę odnajdywania przykładów, które wnoszą coś nowego do tematu, czy moich interpretacji informacji ze źródeł, piszę na ten sam temat kolejny post czy artykuł. W tej grupie najpopularniejsze były wpisy dotyczące Marii Skłodowskiej w powiązaniu z podwójnym i pojedynczym datowaniem oraz problem datowania w dokumentach z terenów zaboru rosyjskiego i wcielonych do Imperium rosyjskiego; tematyka ojcostwa, przyznawania się do niego lub nie oraz powiązana z tym kwestia nazwiska dziecka; a także moja wydana w tym roku książka, poświęcona dacie urodzenia Fryderyka Chopina a jednocześnie bazie teoretycznej rzetelnych poszukiwań genealogicznych oraz do czego prowadzi brak odnoszenia się do tej bazy przy prowadzeniu poszukiwań i interpretacji informacji ze źródeł.

Ze względu na mechanizm zatwierdzania komentarzy prowadzenie dyskusji na blogu jest trudne. Najciekawsza i dosyć duża dyskusja odbyła się więc na Facebooku w grupie Genealodzy (PL) i była odpowiedzią na zaproszenie do dyskusji nad datą urodzenia Marii Skłodowskiej w kontekście pojedynczego i podwójnego datowania w aktach metrykalnych. O wiele mniejsza dyskusja odbyła się również na Facebooku w grupie Genealogia Genetyczna.

Nikt nie napisał do mnie z propozycją tematu, który mogłabym opisać, z czego pozostaje mi wnioskować, że każdy może znaleźć tutaj artykuł na temat, który go interesuje.

Do tej pory tylko kilkakrotnie skomentowane zostały moje wpisy. Dostałam natomiast dwa emaile, które odnosiły się do tematyki wpisów i całej strony-bloga za które bardzo dziękuję.

Przeważająca większość czytelników pochodzi z Polski (82%), na drugim miejscu znajdują się czytelnicy ze Stanów Zjednoczonych (12%) a dalej ze wszystkich innych krajów z przewagą Europy, choć zdarzają się też czytelnicy z Australii, Afryki Południowej, Japonii itd. Trudno powiedzieć, czy to mieszkańcy tych krajów, czy polscy obywatele na wakacjach.
Możliwość sprawdzenia, skąd pochodzą czytelnicy blogów i stron, jest bardzo fajnym narzędziem!

W najbliższych planach mam założenie podstrony w języku angielskim, by część moich artykułów dostępna była także dla osób, które nie znają języka polskiego.

Wszystkim czytelnikom dziękuję za czytanie moich wpisów i artykułów, mam nadzieję, że przynajmniej niektóre okazały się inspirujące w codziennym (?) praktykowaniu genealogii!

Dziękuję też wszystkim, którzy promują tę stronę i blog oraz moje artykuły!

Parantele i DNA

Miałam zamiar nie pisać już w tym tygodniu o genealogii, a w szczególności o genealogii genetycznej. Jednakże z racji dnia wolnego przyjrzałam się wieży z książek i czasopism, stojącej przy moim łóżku, z zamiarem rozprawienia się z nią, to znaczy, doczytania nieprzeczytanych do końca książek i przełożenia czasopism na ich właściwe miejsce. W ten sposób powróciłam do „Paranteli”, o których już dawno miałam zamiar napisać kilka słów.

OKLADKA Parantele 908

 

Po pierwsze, gdyby był w Polsce jakiś konkurs na kreatywność w genealogii albo na najciekawszą nazwę czasopisma genealogicznego, to ja dałabym w każdym z tych konkursów pierwszą nagrodę nazwie „Parantele”, którą nosi Rocznik Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego.

Prawdę powiedziawszy nie znałam kiedyś tego słowa i kiedy zakupiłam „Parantele”, sięgnęłam do słownika. Parantela, w liczbie mnogiej parantele, to słowo określające związki pokrewieństwa, powinowactwa, zwłaszcza z osobami pochodzącymi ze znanego rodu, ogół krewnych i powinowatych, ród. Parantele można wywodzić lub ustalać (na podstawie Słownika języka polskiego PWN ze Złotej Encyklopedii PWN, DVD Rom, Edycja 2003). Słowo jest oryginalne a jednocześnie odnosi się do sedna genealogii, moim zdaniem świetny wybór nazwy!

Akurat w mojej wieży książkowo-czasopismowej znajdowały się „Parantele” z 2016. Zajrzałam do nich ponownie i zobaczyłam, że cały rozdział poświęcony jest artykułom na temat różnych doświadczeń z przeprowadzaniem testów DNA i próbą wykorzystania wyników do odnalezienia krewnych czy innych tym podobnych celów. Najbardziej zachwyciła mnie relacja o odnalezieniu krewnych oraz o odkryciu swoich mennonickich korzeni ze wskazaniem konkretnego obszaru pochodzenia w północnej Holandii przez pana Jana Jansa, który opisał ją w artykule Badania DNA. Dla mnie najbardziej niesamowite w tej historii było to, że ktoś z potomków rodzin mennonickich mieszka dalej w Polsce, szczególnie, że miał miejsce ten dłuższy (choć nie wiem, jak długi) epizod pobytu na Wołyniu, no a potem cała straszna historia pierwszej połowy XX. Wieku i nie tylko!

Kilka lat temu w jednej z moich grup turystycznych z USA była pani, której mąż powiedział mi, że on ma korzenie w Holandii a żona na Ukrainie. Od słowa do słowa okazało się, że jest mennonitką, więc zasugerowałam, by dowiedzieli się czegoś więcej na temat jej przeszłości, bo pewnie wywodzi się z rodziny, która kiedyś przywędrowała z Holandii na Żuławy, a następnie w wyniku którejś z kolejnych fal ograniczeń prawnych skierowanych przeciwko mennonitom w Prusach (jak edykt z 1732 nakazujący mennonitom uchylającym się od służby wojskowej opuszczenie Prus, następnie edykt z 1789 pozbawiający mennonitów prawa do dzierżawy oraz posiadania własnego majątku, aż wreszcie utworzenie przez Fryderyka Wilhelma III Hohenzollerna w Prusach w 1817 kościoła ewangelicko-unijnego w wyniku czego dla mennonitów nie było już tam po prostu miejsca) trzeba było albo zmienić wyznanie albo wyjechać. Ci, co po 1789 pozostali w Prusach na ogół zmienili wyznanie, ci którzy chcieli pozostać przy swojej wierze, na ogół emigrowali do Rosji, niektórzy już wtedy do USA. Pan do mnie później napisał i potwierdził, że rzeczywiście takie były koleje losu rodziny jego żony.

No cóż, w artykule pana Jana Jansa zabrakło mi w zasadzie wszystkiego, i tego interesującego tła historycznego, które motywowało (niekoniecznie z ich własnej woli) jego przodków do osiedlenia się na Wołyniu, i drzewa genealogicznego, które pokazywałoby pokrewieństwo z rodzinami z projektu Mennonite (Anabaptist) DNA Project Background, o którym wspomina, poza oczywiście namiastką świetnej historii i bardzo ciekawym przykładem wywodzenia się z rodziny, której potomkowie żyją do dziś w różnych krajach oraz możliwością potwierdzenia swoich korzeni a tym samym miejsca pochodzenia przodków przy pomocy badań DNA.

Opisana pokrótce przez autora historia zdaje się mieć potencjał na dłuższy artykuł albo i książkę o fascynującej dla niejednego genealoga treści. Jest to też bardzo ciekawy przykład wykorzystania testów DNA, który warto byłoby bardziej szczegółowo opisać, gdyż w języku polskim niewiele jest opisów takich projektów, które do tego zakończyły się sukcesem. Z artykułu niestety nie dowiadujemy się na ten temat niczego, ani do jakiej haplogrupy należeli badani, ani w jaki sposób wykorzystano badanie atDNA.

Pozostaje mi jedynie nadzieja, że ta historia rodzinna, odtworzona także dzięki DNA zostanie opisana w pełniejszej (treść) i obszerniejszej (objętość) wersji.

Czego możemy się dowiedzieć o naszych przodkach badając DNA mitochondrialny?

Rzadkie na temat wyników badań DNA wykłady, artykuły a także wpisy na Facebooku odnoszą się głównie do analizy wyników badań DNA chromosomu Y a tu analizy biogeograficznej materiału genetycznego osób testujących.

Miniony weekend spędziłam może nie tak intensywnie genealogicznie jak poprzedni, ale dalej pozostałam w kręgu tematyki możliwości potwierdzania pokrewieństwa, jakie daje nam testowanie DNA. Tym razem kilka słów o niedocenianym w Polsce badaniu DNA mitochondrialnego.

DNA mitochondrialny dziedziczony jest wyłącznie w bezpośredniej linii żeńskiej to znaczy córka dziedziczy go od swojej matki, która z kolei odziedziczyła go od swojej matki czyli babci córki, babcia odziedziczyła go od swojej matki czyli prababci itd. itd. Jedną z zalet DNA mitochondrialnego jest to, że nie ulega on wielkim zmianom, więc w ramach jednej linii żeńskiej pozostaje niemalże identyczny. Inną zaleto jest to, że jest on przekazywany wszystkim dzieciom danej matki, niezależnie od ich płci. To oznacza, że jeżeli pani Kowalska ma syna i córkę, to możemy przetestować DNA mitochondrialny jednej z tych osób, matki, syna lub córki i otrzymamy zgodny albo prawie identyczny wynik. Natomiast DNA mitochondrialny dzieci syna pani Kowalskiej będzie im przekazany przez ich matkę, będzie to już więc inny DNA mitochondrialny (oczywiście poza przypadkami, gdyby istniało jakieś pokrewieństwo w linii żeńskiej między matką pana Kowalskiego i matką jego dzieci, nawet wiele pokoleń wstecz).

Co nam to może dać w potwierdzeniu pokrewieństwa? Posłużę się tutaj medialnym nieco przykładem sprzed kilku lat, który w bardzo prosty sposób to obrazuje. W tym miejscu podaję link do jednej z podstron University of Leicester, gdzie prowadzony był projekt badawczy, którym posłużę się jako przykładem. Ten i kolejne linki poniżej prowadzą do opisu niestety tylko w języku angielskim. W języku polskim natrafiłam jedynie na artykuły, które, koncentrowały się wokół brukowego nieco wątku podważania prawa obecnej królowej Zjednoczonego Królestwa do tronu. Pominęły natomiast wątek genealogiczny a zarazem przykład zastosowania testów DNA mitochondrialnego do ustalania pokrewieństwa. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że to przykład wzięty z genealogii rodziny królewskiej. Jak się okazuje potomkami, których DNA wykorzystano do tego badania, byli „zwykli ludzie”.

Pokrótce opiszę sprawę. W 2012 zostały odnalezione szczątki – jak przypuszczano – króla Anglii Ryszarda III. Chodziło o potwierdzenie tej hipotezy. Nie powiodło się to przy pomocy testów DNA chromosomu Y, trzeba było sięgnąć po DNA mitochondrialny.
Rodzicami Ryszarda III byli Ryszard Plantagenet i Cecylia Neville (ur. 1415, małż. 1429, zm. 1495). Małżeństwo to miało w sumie ośmioro dzieci ale tylko sześcioro dożyło wieku dorosłego. Nie znam szczegółów poszukiwań, które przeprowadzano, by odnaleźć współcześnie żyjącą potomkinię w nieprzerwanej linii żeńskiej (czy też jej syna) Cecylii Neville a więc potomkinię jednej z jej córek a zarazem jednej z sióstr Ryszarda III. Ostatecznie udało się odnaleźć żyjących współcześnie potomków siostry Ryszarda III, Anny z Yorku, Księżnej Exeter. Porównanie wyników badań DNA mitochondrialnego tych potomków i DNA mitochondrialnego pobranego ze szczątków Ryszarda III pozwoliło potwierdzić, że szczątki zostały zidentyfikowane poprawnie.

Oczywiście takiego samego rodzaju potwierdzenia pokrewieństwa można dokonać samemu w oparciu o wyniki testów DNA mitochondrialnego, porównując osoby posiadające wspólną przodkinię kilka pokoleń wstecz.

Zachęcam do przeczytania artykułów (linki poniżej). W jednym znajduje się zdjęcie odnalezionych potomków, których testy DNA mitochondrialnego potwierdziły, że znalezione w 2012 szczątki należały do Ryszarda III.

Richard III dig: DNA confirms bones are king’s

Richard III’s DNA throws up infidelity surprise