Ślub księcia Harry’ego i Meghan Markle tuż tuż.

To będzie krótki wpis. Jednakże nie często zdarza się królewski/książęcy ślub, warto więc odnieść się do niego – z racji tematyki tego blogu – w kontekście genealogicznym. Polska nie jest dziś monarchią i dlatego takie śluby nie odbywają się współcześnie w Polsce, choć czasem w europejskich ślubach królewskich i książęcych przewijają się polskie wątki.

Ten ślub – który odbędzie się za kilkanaście godzin w dniu dzisiejszym – nie należy do takich, w którym przewijają się polskie wątki. Jednak wart jest genealogicznej uwagi, gdyż genealodzy badający genealogie rodów królewskich udowodnili pokrewieństwo pary sięgające XIV w. W Polsce doszukiwano się w tym – zupełnie niesłusznie – wątków sensacyjnych o czym pisałam jakiś czas temu.

Dla chętnych – znających język angielski – podaję link to interesującego artykułu pt. How Meghan Markle Was Destined for the Spotlight (w luźnym tłumaczeniu: w jaki sposób przeznaczeniem Meghan Markle było stanąć w świetle reflektorów), zamieszczonego na stronie Vanity Fair, który w swojej treści odnosi się także do wątków genealogicznych a zatem do sięgającego Średniowiecza pokrewieństwa między przyszłymi jeszcze małżonkami.

 

Być może Meghan Markle doczeka się – podobnie jak stało się to w przypadku księżnej Cambridge, żony księcia Wilhelma (ang. William)  – książki poświęconej jej genealogii.

Genealogia księżnej Cambridge Catherine Middleton została wydana w postaci książki pt. The Ancestry of Catherine Middleton (w luźnym tłumaczeniu: przodkowie Catherine Middleton) w 2011 czyli roku, w którym poślubiła księcia Wilhelma. Autorem jest William Addams Reitwiesner. Książka dostępna jest w sklepie internetowym Stowarzyszenia Historycznego i Genealogicznego Nowej Anglii (New England Historic and Genealogical Society).
Książka jest także przykładem wykorzystania systemu zapisu genealogicznego znanego pod niemiecką nazwą Ahnentafel. Tablica genealogiczna, która powstaje w rezultacie zastosowania tego systemu zapisu, prezentuje przodków osoby, dla której taki wywód przodków jest przygotowany, jedynie w linii prostej, co oznacza, że nie dowiemy się niczego o rodzeństwie tych przodków.
W książce znajdują się też interesujące tablice prezentujące pokrewieństwo księżnej – wtedy jeszcze przyszłej księżnej – z osobami znanymi z historii Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

Zachęcam do lektury w szczególności artykułu o Meghan Markle.

Grażyna Rychlik
19 V 2018
Reklamy

Jeżeli PRADZIAD podaje, że mikrofilmów z ksiąg metrykalnych nie ma, to czy naprawdę ich nie ma??? I jaki model informacji na ten temat należałoby przyjąć???

Być może problem ten dotyczy tylko ewangelickich ksiąg metrykalnych, być może innych… tego nie zgłębiłam… Jednakże przeglądałam ostatnio religijne księgi metrykalne parafii ewangelickiej w Grębocinie – miejscowości położonej na północny wschód od Torunia – i skutkiem ubocznym było właśnie postawienie tych pytań oraz przeprowadzenie małego śledztwa w celu odnalezienia odpowiedzi na pierwsze zamieszczone w tytule pytanie.

Jeżeli sprawdzicie Grębocin w PRADZIADZIE, to okaże się, że religijne księgi metrykalne sięgają końca XVII w., ale mikrofilmów tych ksiąg w Archiwum Państwowym w Toruniu (archiwum, które wg bazy PRADZIAD przechowuje te księgi) brak. Jeżeli sprawdzicie katalog FamilySearch, okaże się, że księgi te są w pełni zmikrofilmowane i mikrofilmy te w wersji zdigitalizowanej można przeglądać w Centrum Historii Rodziny. Sprzeczność???
Na zdigitalizowanych mikrofilmach można zobaczyć karty katalogowe Wojewódzkiego Archiwum Państwowego w Bydgoszczy, którego oddziałem w minionym podziale administracyjnym było obecne Archiwum Państwowe w Toruniu.
Grębocin Gramtschen MF 812367 Opis AP do tego MF 2

Ponieważ od momentu likwidacji przez FamilySearch możliwości zamawiania mikrofilmów i konieczności przeglądania wielu z nich w wersji zidigitalizowanej jedynie na miejscu w Centrum Historii Rodziny a nie przy pomocy domowego komputera, w połączeniu z godzinami otwarcia, które na razie nie są w stanie sprostać popytowi na tyle, by zawsze można było skorzystać z wolnego komputera bez uprzedniej rezerwacji (co miejmy nadzieję w przyszłości ulegnie zmianie) zawsze (ponownie) biorę pod uwagę możliwość zamówienia mikrofilmów do pracowni naukowej najbliższych mojemu miejscu zamieszkania archiwów, zainteresowałam się tym tematem. Chodzi mi o mikrofilmy, które zostały wykonane z ksiąg, znajdujących się w Archiwach Państwowych w Polsce.

Księgi z Grębocina musiały zostać zmikrofilmowane przez Mormonów, skoro są dostępne na stronie FamilySearch. Opis mikrofilmu wskazuje natomiast, że księgi te zostały zmikrofilmowane z materiałów z „Archiwum Państwowego, Warszawa”.

Moje mini śledztwo rozpoczęłam od telefonu do AGAD-u, gdzie w przeszłości zetknęłam się z podobną sytuacją, choć dotyczącą ksiąg z innej części Polski, a następnie (po nitce do kłębka) do Archiwum Państwowego w Toruniu. W wyniku rozmów z pracownikami tych instytucji dowiedziałam się, że księgi, o które pytam, były zapewne mikrofilmowane w Archiwum Dokumentacji Mechanicznej (ADM), które zostało ostatecznie „wchłonięte” przez Narodowe Archiwum Cyforwe (NAC). Skontaktowałam się więc z NAC i ostatecznie otrzymałam odpowiedź, że rzeczywiście, poszukiwane przeze mnie mikrofilmy znajdują się w posiadaniu NAC – zapewne zgodnie z zasadą, że jeżeli mikrofilmy wykonywali Mormoni, to ich kopia powinna się znajdować w instytucji, która udostępniła materiały. Choć w tym konkretnym przypadku materiały znajdowały się nie w kolekcji archiwum w Warszawie tylko w Wojewódzkim Archiwum Państwowym w Bydgoszczy.
Dowiedziałam się też, że mikrofilmy te nie są przewidziane przez NAC do digitalizacji w tym roku, i żeby skorzystać z tego materiału, powinnam udać się do Torunia.

I tu rodzi się kilka pytań:

  • Czy te mikrofilmy powinny być w ogóle digitalizowane przez NAC, jeżeli zostały już zdigitalizowane przez FamilySearch?
  • Czy NAC w ogóle posiada wiedzę na temat tego, że FamilySearch digitalizuje materiały niegdyś mikrofilmowane w Polsce, a w szczególności takie, które w wersji zmikrofilmowanej nie zostały przekazane do przechowującego je archiwum i znajdują się dziś w NAC?
  • Czy NAC powinno udzielać tak bardzo nieścisłych odpowiedzi na pytania, dotyczące przechowywanych przez nie mikrofilmów??? I – przynajmniej teoretycznie w niektórych przypadkach – wprowadzać w błąd osoby, którym łatwiej i taniej może być dotrzeć do Centrum Historii Rodziny niż jechać do Archiwum Państwowego w Toruniu, gdzie na pewno – podobnie jak we wszystkich archiwach – istnieją ograniczenia zarówno czasowe, jak i co do ilości ksiąg, które można zamówić jednego dnia?
  • Żeby odwrócić pytanie: Czy NAC powinno podawać pełną informację na temat dostępności materiałów w podobnych do opisanego przypadkach?
  • Czy NAC powinno dołączyć do systemu wypożyczania mikrofilmów między archiwami? Szczególnie, że samo na miejscu nie dysponuje – jak mnie poinformowano – sprzętem do przeglądania materiałów mikrofilmowanych.
    Zadałam pytanie, czy mogłabym zamówić te mikrofilmy do któregoś z warszawskich archiwów (AGAD lub na Krzywym Kole) ale niestety nie otrzymałam odpowiedzi na to kolejne moje pytanie.

No cóż, odniosłam wrażenie, że NAC nie posiada pełnej wiedzy na temat swoich zbiorów, którą może podzielić się od ręki. Zrozumiałam też, że NAC nie posiada zdania na temat możliwości wypożyczania przechowywanych u nich materiałów do pracowni naukowych archiwów państwowych. Z przeprowadzonej korespondencji mogę też wnioskować, że NAC nie śledzi działalności FamilySearch, dotyczącej digitalizacji mikrofilmów z materiałów z Polski, w szczególności tych, których kopie (mikrofilmów) posiada w swojej kolekcji a które nie są dostępne w archiwach przechowujących oryginalne rękopisy.

No cóż….

Ale pytanie o sposób informacji o istnieniu mikrofilmów dotyczy także bazy danych PRADZIAD czy jakiegokolwiek systemu informacji na ten temat, opracowanego przez Archiwa Państwowe. Informacja zamieszczona w PRADZIADZIE – jeśli chodzi o przykładowe księgi z Grębocina – według mnie sugeruje, a przynajmniej może zostać tak odczytana, że księgi nie zostały zmikrofilmowane, co po prostu nie jest prawdą.
Oczywiście za chwilę mikrofilmy w ogóle wyjdą z użycia. Ale dokumenty zdigitalizowane, które będziemy przeglądać, w wielu przypadkach będą faktycznie zdigitalizowanymi mikrofilmami. Być może informację o istnieniu mikrofilmów należy zastąpić informacją o istnieniu wersji zdigitalizowanej. Dalej pozostaje pytanie, czy w przypadku, kiedy z przechowywanych w Archiwach Państwowych materiałów zostały wykonane kopie cyfrowe – choć nie zawsze przez rodzime archiwa – informacja na ten temat powinna się znaleźć w elektronicznych inwentarzach zasobu polskich archiwów, dostępnych on-line. Świetnie byłoby, gdyby tak było!!!

Grażyna Rychlik

16 IV 2018

Prof. Miodek i genealogia po raz kolejny

Wczoraj oglądałam 385 odcinek Słownika polsko@polskiego i natrafiłam na zadawane być może także przez niektórych genealogów pytanie na temat odpowiednika końcówki (lub innej formy oznakowania takiej sytuacji) nazwiska, która w różnych językach odpowiada za zapis świadczący o tym, że nazwisko jest pochodną imienia ojca (oczywiście kiedyś w czasach historycznych, w którymś z przeszłych pokoleń). Okazuje się, że w języku polskim jest to końcówka -ic, modyfikowana często do -icz. Zachęcam do wysłuchania odpowiedzi profesora Miodka na to pytanie (link, początek na 19 min. 20 sek.). Być może warto z odsłuchaniem odczekać kilka dni, gdyż odcinek był emitowany, jak rozumiem po raz pierwszy, wczoraj (7 IV 2018), więc ilość reklam nieco przeszkadza w złapaniu tego miejsca w nagraniu bez konieczności ich oglądania.

Osoba, która pytała o zapis nazwiska wywodzącego się od imienia ojca, pytała też o nazwiska zakończone na -ski. Tutaj odpowiedź profesora była bardzo krótka i dla genealoga mało zadowalająca, ale też można się do tej wypowiedzi odwołać.

W odcinku tym poruszono też kwestię znaczenia słowa powinowaci. Myślę, że „nie postawiono tak do końca kropki nad i” w tej sprawie – przynajmniej jeśli chodzi o podstawowe i nie pozostawiające wątpliwości znaczenie tego słowa. Pozwolę sobie wyjaśnić, o co chodzi – przynajmniej z dosyć prostego i rzeczowego genealogicznego punktu widzenia.
Są w zasadzie dwa słowa, których możemy użyć na określenie pojęcia „rodzina”: krewni i powinowaci. Krewni – co bardzo dobrze wyjaśniła przynajmniej jedna osoba w sondzie ulicznej, to osoby, z którymi łączą nas więzy krwi czyli nasi rodzice, ich rodzice itd. oraz rodzeństwo tych krewnych na każdym poziomie genealogicznym (pokoleniowym). Powinowaci to natomiast osoby wchodzące do rodziny poprzez małżeństwo – nie są oni spokrewnieni, ale są rodziną.
Prosty przykład. Dla nas rodziny naszych rodziców czyli zarówno ojca jak i matki są naszymi krewnymi – oczywiście w myśl powyższej definicji – czyli na przykład brat mamy, brat i siostra ojca itd., ale ich małżonki i małżonkowie (oraz rodziny tych małżonek/małżonków) będą naszymi powinowatymi, ich dzieci – czyli nasze rodzeństwo cioteczne czy stryjeczne – będą naszymi krewnymi. Brat czy siostra dziadka czy babci będą naszymi krewnymi a ich małżonki/małżonkowie i ich rodziny naszymi powinowatymi.
Natomiast w przypadku małżeństwa rodzina żony dla męża jak i rodzina męża dla żony to powinowaci.

Oczywiście wyjątki stanowią sytuacje, jeśli osoby wchodzące do rodziny są z nią także spokrewnione w poprzednich pokoleniach. Pisałam o takich sytuacjach we wcześniejszym artykule.

Rozumienie tych pojęć jest bardzo ważne przy analizowaniu wyników badań DNA, gdzie skupiamy się na pokrewieństwie. Powinowaci też mogą odegrać w tych analizach ważną rolę, jeżeli okaże się, że są z nami spokrewnieni, czyli technicznie uzyskają podwójny status krewnych i powinowatych. Z punktu widzenia badań genetycznych staną się po prostu naszymi krewnymi, co czasem może zmienić bieg historii rodziny i utrudnić narysowanie drzewa genealogicznego – szczególnie, gdy taka zmiana statusu odbywa się w bliskich sobie pokoleniach.

Akurat ten odcinek Słownika polsko@polskiego, mimo uwagi skupionej często na potocznym znaczeniu słów a nie bardziej dokładnym, które byłoby bardziej jednoznaczne i zadowalające na przykład dla genealoga, warto obejrzeć.

Grażyna Rychlik

8 IV 2018

 

 

Blogi genealogiczne – inspiracje okołoświąteczne i nie tylko

Idą święta, czas spotkań z rodziną, odwiedzin na cmentarzach, wspólnego biesiadowania, być może wspomnień, jak święta obchodzono kiedyś, być może oglądania zdjęć rodzinnych, być może wykonywania grupowych fotografii rodzinnych.

Być może dla niektórych osób okaże się to czas, kiedy podejmą życiową (tak, to jest decyzja na całe życie!) decyzję o zainteresowaniu się bardziej niż tylko przy świątecznym stole genealogią czy historią własnej rodziny.
Jeżeli taka decyzja zostanie podjęta, to łatwo jest zorientować się, jak się do tego zabrać. Dziś jest już wiele możliwości przeczytania interesujących artykułów na ten temat lub zapoznania się z osobami, które taką decyzję podjęły już jakiś czas temu i mają większe doświadczenie w poszukiwaniach, a być może opublikowały nawet historie rodzinne w jakiejś formie. Oczywiście, najprościej jest poszukać takich opowieści w Internecie.

Kiedyś w zasadzie można było opublikować papierową książkę lub pozostawić spisane informacje w formie rękopisu. Dziś rodzinne opowieści  oraz rezultaty własnych poszukiwań można spisywać i umieszczać na stronach internetowych. Jeszcze praktyczniejszym rozwiązaniem jest prowadzenie strony-bloga genealogicznego, które to rozwiązanie daje wiele możliwości a jednocześnie nie ogranicza nas do sztywnego trzymania się określonych zasad. Jest to szczególnie istotne, jeśli nasze doświadczenie jest niewielkie. Z czasem na pewno wypracujemy własny styl a może nawet bardziej określone zasady, których będziemy chcieli się trzymać. Dziś nie trzeba posiadać szczegółowej wiedzy informatycznej, żeby podjąć się takiego przedsięwzięcia.

Sama nie publikuję listy blogów genealogicznych, których ilość przybywa. Zachęcam więc do odwiedzenia znanych mi blogów, które takie listy publikują. Przy okazji i z artykułami na tych dwóch blogach warto się zapoznać.

Genealogia rodów z Ziemi Tarnowskiej publikuje adresy blogów pod nagłówkiem „Lista genblogów”

Kim Oni byli publikuje adresy blogów w zakładce Genealogia a tam „Blogi genealogiczne”

Mam nadzieję, że w te święta przybędzie osób, które zdecydują się wyruszyć w taką interesującą podróż w przeszłość własnej rodziny. Istniejące blogi powinny być zachętą i budować przekonanie, że taka podróż jest możliwa, także że można ją opisać i podzielić się własnymi doświadczeniami z innymi, być może także odnaleźć nieznanych krewnych.

Oczywiście, okres świąteczny minie, a inspiracje internetowe będą dalej dostępne.

Grażyna Rychlik

31 III 2018

Alfabet indeksu aktów metrykalnych

Niedawno pisałam o numeracji aktów metrykalnych w indeksach. Tym razem kilka słów o tym, w jakiej kolejności osoby zapisywane są w indeksach ksiąg metrykalnych czy też, jak szukać kogoś w indeksie: po nazwisku czy inaczej.

Ostatnio przeglądałam księgi metrykalne z terenów Kujaw, w których nie po raz pierwszy w moich poszukiwaniach natknęłam się na kolejny ewenement w księgach, na który czasem można natrafić nie tylko zresztą na Kujawach.

Problem ten nie pojawia się ani w Galicji, gdzie indeksów w księgach po prostu nie ma ani na terenach zaboru pruskiego. W tym ostatnim przypadku wynika to zarówno z tego, że indeksy nie zawsze były spisywane ale także z tego, że alfabet łaciński zachowuje w miarę tę samą kolejność liter niezależnie od języka (w tym przypadku mówimy o języku polskim) oraz z tego, że językiem zapisu w księgach metrykalnych rzymskokatolickich była nadal łacina lub czasami język polski – nie było więc zmiany języka tak znacznej, jak w zaborze rosyjskim. Kiedy zmiana nastąpiła – na przykład przy pojawieniu się ksiąg stanu cywilnego, które prowadzone były wyłącznie w języku niemieckim – to kolejność liter w alfabecie pozostała w zasadzie taka sama.

Kuriozalne zjawisko, choć trzeba o nim pamiętać, gdyż czasem pojawia się w księgach, polegało na tym, że mimo iż rejestrację prowadzono w języku rosyjskim, to – jeśli chodzi o kolejność alfabetyczną w indeksie – stosowano kolejność taką samą jak w alfabecie polskim. Wytłumaczeniem takiego kuriozum może być chyba to, że być może była to forma małego sabotażu w stosunku do zaborcy. Być może wynikało to jedynie z trudności z zapamiętaniem kolejności liter w cyrylicy, która nie jest identyczna z kolejnością w alfabecie łacińskim. Pewne grupy liter znajdują się w obydwu alfabetach mniej więcej w tym samym miejscu i w tej samej kolejności. Ale wiele liter znajduje się w każdym z alfabetów w zupełnie innym miejscu, jak na przykład litera „w”, która w alfabecie polskim jest prawie na samym końcu a w cyrylicy jest trzecią literą. Jest też wiele liter, które nie występują w języku polskim.

Pod spodem podaję kolejność liter w alfabetach polskim i rosyjskim – podkreśliłam te litery, które w obydwu alfabetach występują koło siebie i w tej samej kolejności. Nie wpisywałam też liter ze znakami diakrytycznymi, od których nie zaczynają się nazwiska w języku polskim.

А Б В Г Д Е Ё Ж З И Й К Л М Н О П Р С Т У Ф Х Ц Ч Ш Щ Ъ Ы Ь Э Ю Я

A B C Ć D E F G H I J K L Ł M N O P Q R S Ś T U V W X Y Z Ź Ż

Warto o tych różnicach pamiętać. Ciekawym przykładem jest litera „я”, która zastępuje dwie litery w języku polskim: „ja” i będzie się pojawiać w nazwiskach takich jak Jabłoński itd. Innym przykładem jest litera „щ” która zastępuje aż cztery litery w języku polskim „szcz” i pojawi się na przykład w nazwisku Szcześniak. W takiej sytuacji tego nazwiska nie będziemy szukać pod literą „S”, która w obydwu alfabetach znajduje się mniej więcej w tym samym miejscu i w obrębie liter uporządkowanych w takiej samej kolejności, tylko właśnie pod literą „Щ”, która znajduje się bliżej końca alfabetu.

Niezależnie od użytego alfabetu warto pamiętać, by sprawdzać koniec indeksu, gdyż mogą się tam znajdować nazwiska osób z takich czy innych względów przeoczonych w uporządkowanym indeksie, które dopisano na końcu już bez zachowania kolejności alfabetycznej – to znaczy nie dopisano ich przy danej literze w indeksie tylko po prostu na samym końcu indeksu.

Można też natrafić na indeksy pisane w dwóch wersjach językowych, gdzie po jednej stronie znajduje się indeks w języku polskim – zazwyczaj po lewej, ale niekoniecznie – a po drugiej w języku rosyjskim. Wydaje mi się, że zetknęłam się z obydwoma kolejnościami liter w alfabecie po rosyjskiej stronie indeksu – polskiej i rosyjskiej.

Do tej pory miałam w zasadzie na myśli indeksy, gdzie osoby porządkowane są w kolejności alfabetycznej według nazwisk.

Szczególnie na samym początku funkcjonowania Kodeksu Napoleona można też natrafić w księgach na coś co wydaje się dziś absolutnie zadziwiające. Mianowicie alfabetyczne porządkowanie indeksu aktów urodzenia według imion dzieci, co po prostu zmusza nas do przeczytania wszystkich nazwisk. Oczywiście, losowo może się zdarzyć, że znamy imię osoby szukanej, ale czasami szukamy wszystkich dzieci urodzonych w danej rodzinie i po prostu musimy szukać po nazwisku.

Innym stosowanym rozwiązaniem jest spisywanie indeksu po prostu w kolejności numerów aktów czyli innymi słowy chronologicznej. Wtedy też trzeba po prostu przeczytać cały indeks.
Czasami te indeksy są króciutkie, więc nie jest to duży problem. Ale zdarzają się indeksy urodzeń na kilka stron i wtedy po prostu musimy uzbroić się w cierpliwość.

Nie ma więc jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, jak szukać kogoś w indeksie księgi. Wszystko zależy od tego w jaki sposób dany indeks został opracowany. Najczęściej będziemy szukać w spisie nazwisk w kolejności alfabetycznej – tu trzeba pamiętać, że w alfabecie rosyjskim obowiązuje inna niż w alfabecie polskim kolejność wielu liter oraz występują litery, których nie ma w języku polskim. Trzeba wtedy pamiętać, by w przypadku różnic w pisowni tego samego nazwiska w zależności od języka szukać pod taką literą pod jaką nazwisko zostałoby zapisane w języku rosyjskim a nie pod taką pod jaką było zapisywane w języku polskim. Trzeba też zorientować się, według jakiej kolejności liter w alfabecie / którego alfabetu – niezależnie od języka zapisu – sporządzony został indeks. Musimy być też przygotowani na czytanie całego indeksu w sytuacji, kiedy nie zastosowano spisu alfabetycznego według nazwisk.

24 III 2018

Grażyna Rychlik

Kobieta w genealogii

Temat dopasowałam do dzisiejszej daty, ale jest to jedno z istotnych zagadnień genealogicznych, które rzadko jest omawiane.

Mimo dowodu w postaci DNA (a którego badanie jest dziś integralną częścią poszukiwań genealogicznych), który potwierdza, że każdy człowiek dziedziczy swój materiał genetyczny zarówno po ojcu jak i po matce i na potrzeby tego krótkiego artykułu możemy w dużym uproszczeniu powiedzieć, że jedno 50% naszego materiału genetycznego pochodzi od ojca a drugie 50% od matki, to w tradycyjnej genealogii nadal częściej napotyka się na opracowania dotyczące potomków protoplasty rodu ojca niż dobrze opracowane drzewa genealogiczne rodów linii żeńskich z któregokolwiek poziomu pokoleniowego.
W tych opracowaniach linii męskich potomkinie rodu są często marginalizowane i nie zawsze bada się, co się z tymi wszystkimi kobietami z danego męskiego rodu stało, a szkoda.
W rzeczywistości badanie linii żeńskich może nas zaprowadzić o wiele dalej niż badanie linii męskich a nawet udowodnić, że uważane za męskie nazwisko rodowe zostało przyjęte od nazwiska małżonki przy zawieraniu związku.

Jednym z pokutujących błędów (niezależnych od ilości podawanych informacji) jest wpisywanie do drzew genealogicznych kobiet pod nazwiskiem mężów. Czasem wynika to z tego, że po prostu nie znamy nazwisk rodowych kobiet, gdyż informacje o nich otrzymujemy ze źródeł, które panieńskiego nazwiska nie wymieniają. Lepiej jest pozostawić puste miejsce, znak zapytania czy przyjąć inną formę, która jednocześnie zachęci nas do jak najszybszego załatania tej „genealogicznej dziury” niż wpisywać nazwisko męża, które może przez niektórych zostać odczytane jako nazwisko panieńskie. Oczywiście zdarza się, że nazwiska panieńskie i po mężu są identyczne. Taka sytuacja może nas zachęcić do sprawdzenia, czy małżonkowie są ze sobą spokrewnieni, czy zbieżność nazwisk jest przypadkowa. Bez dodatkowego wyjaśnienia, które czasem może być widoczne w samym drzewie, ale nie zawsze będziemy je mieć pod ręką, identyczne nazwisko obydwojga małżonków rodzi pytanie, czy jest to błąd w zapisie, czy też poprawna informacja.

Poniżej podaję linki do kilku artykułów, które napisałam w bliższej lub dalszej przeszłości, a które dotyczą różnych sytuacji w jakich kobiety pojawiają się w genealogii – czy to w dokumentach czy choćby w języku polskim. Oczywiście jest to temat rzeka i moim celem nie jest tutaj całościowe jego omówienie. Jednakże mam nadzieję, że poruszone w artykułach zagadnienia będą inspiracją do badania zarówno linii żeńskich jak i genealogii kobiet z linii męskich spoza bezpośredniej linii dziedziczenia, także do stosowania poprawnego zapisu genealogicznego.
Genealogie i historie kobiet na ogół wnoszą bardzo dużo interesujących faktów i informacji nie tylko do drzewa genealogicznego ale i do opowieści o życiu naszych przodków. Marginalizowanie kobiet czy pozostawianie ich w drzewie genealogicznym bez rozpoznania zubaża naszą wiedzę genealogiczną.

Nazwiska kobiet panieńskie i po mężu. Czy da się odgadnąć nazwisko w formie podstawowej?

Pod jakim nazwiskiem powinno się wpisywać zamężną kobietę do oprogramowania genealogicznego/tablicy genealogicznej?

Jak często matki same zgłaszały urodzenie dziecka?

Po kim dziecko otrzymuje nazwisko?

Czego możemy się dowiedzieć o naszych przodkach badając DNA mitochondrialny?

Grażyna Rychlik

8 III 2018

Kolejność testowania DNA autosomalnego

W zeszłym roku opisałam moje przykładowe poszukiwania krewnych przy pomocy wyników testu DNA autosomalnego. Chodziło o określenie przynajmniej potencjalnego wspólnego przodka, którego mogłabym odnaleźć (w już istniejącej) lub umieścić w tablicy genealogicznej w sytuacji, gdy wspólny odcinek DNA z osobą wskazaną przez bazę wyników testów DNA autosomalnego – wprawdzie na jednym tylko chromosomie – wynosi około 20 cM. Na podstawie zgodnego nazwiska i pasującego obszaru geograficznego postawiłam hipotezę, że wspólnym przodkiem dla tych dwóch testowanych osób mógł być ich prapradziadek. Faktycznie jedną z dwóch osób testowanych był mój ojciec, czyli dla mnie wspólnym przodkiem byłby mój praprapradziadek, ojciec mojej praprababci (a prababci mojego ojca) Balbiny z domu Krajczyńskiej po mężu Dołeckiej.

Odpowiadam w tym miejscu na tytułowe pytanie. Podstawową zasadą wyboru krewnych do poddania się testowi DNA autosomalnego jest kryterium pokolenia. Zawsze testujemy jako pierwsze osoby pokoleniowo najbardziej odległe od nas. Czasem są to najstarsze osoby w rodzinie, ale nie zawsze – nie jest to tożsame.

Co to oznacza? Jeżeli testowanie DNA jest dla nas czymś więcej niż zabawą – a tak wiele osób podchodzi do tematu – która ma służyć potwierdzeniu swojego pochodzenia etnicznego, to na ogół sami testujemy swoje własne DNA. Nie będę tu rozwijać tematu, ale prawdą jest, że wiele osób wykonuje testy, nie rozumiejąc możliwości, jakie dają te badania, niektóre osoby nawet w ogóle nie interesują się genealogią.

Jeżeli natomiast testując DNA chodzi nam o coś więcej, na przykład chcemy w ten sposób odnaleźć dalszych krewnych, powiększyć nasze drzewo genealogiczne lub uprawdopodobnić różne hipotezy, które stawiamy w trakcie poszukiwań, to na pewno będziemy musieli przetestować więcej osób. Zaczynamy zawsze od najstarszego pokolenia czyli od dziadków czy pradziadków, jeżeli oczywiście ich mamy, bo niestety nie zawsze mamy wokół nas te starsze pokolenia. Dalej testujemy rodziców a następnie samych siebie. Testowanie genetyczne to czasem także plan finansowy, dobrze jest ułożyć go z głową.

Nie mając już dziadków testowałam najpierw moich rodziców a ostatnio także nareszcie siebie!!! Moje dane też przerzuciłam do GEDMatch i co się okazało? Na liście moich potencjalnych krewnych do standardowej wartości progowej wspólnego odcinka DNA (7 cM) osoba, która z moim ojcem posiadała wspólny odcinek o długości ok. 20 cM, w ogóle się nie pojawiła.
Zrobiłam też porównanie z tym naszym dalekim krewnym w przeglądarce chromosomów, w której porównuje się tylko dwie osoby testujące („One-to-one” compare). Mój ojciec ma z naszym odległym krewnym ten wspólny odcinek na chromosomie 12, ja natomiast nie mam z tą drugą osobą żadnych wspólnych odcinków na żadnym z chromosomów. Obniżyłam więc wartość progową do 1 cM, gdzie nie można już raczej mówić o pokrewieństwie, choć losowo może ono zaistnieć, i odnalazłam wspólny odcinek o długości 3,3 cM na chromosomie 10. Taki sam eksperyment przeprowadziłam także dla wyników ojca i dalekiego krewnego – na 10 chromosomie nie mieli żadnego wspólnego odcinka. Mieli natomiast jeszcze krótszy wspólny odcinek (1 cM) na chromosomie 6.

Jakby na to nie patrzeć dość długi odcinek ok. 20 cM na chromosomie 12 nie został mi przekazany, nawet w formie szczątkowej. Gdybym więc tylko ja poddała się badaniu, baza danych nigdy nie skojarzyła mnie z tym naszym odległym krewnym a ja nigdy nie natrafiłabym na to pokrewieństwo i tym samym nie rozbudowałabym tą drogą linii moich Krajczyńskich do XVIII w., co udało mi się uczynić, właśnie dzięki potrzebie odpowiedzi na pytanie o pokrewieństwo z osobą z bazy.

Na tym prostym przykładzie widać, jak ilość dziedziczonego DNA kurczy się a nawet zanika z pokolenia na pokolenie. Jeżeli tylko jest to możliwe warto testować przedstawicieli najstarszych pokoleń wokół nas, ponieważ mogą oni posiadać istotny dla poszukiwań genealogicznych materiał genetyczny, który nam nie został już przekazany.

Grażyna Rychlik

5 III 2018