Bazy indeksów, dobrodziejstwo, do którego należy podchodzić z pewną dozą ograniczonego zaufania

Przede wszystkim należy podkreślić, że elektroniczne bazy indeksów ksiąg metrykalnych są wielkim dobrodziejstwem dla genealogów. Korzystając z nich powinniśmy być wdzięczni zarówno osobom, które elektronicznie indeksują dokumenty z ksiąg metrykalnych jak i wszystkim portalom (prowadzą je zarówno stowarzyszenia/organizacje jak i osoby prywatne), które udostępniają je dla nas, jak na razie w wolnym dostępie.
Wszystkie osoby indeksujące, które poznałam, po prostu lubią to robić. Niektórzy nawet śledzą historie niektórych rodzin. Indeksacja to zajęcie żmudne (szczególnie jeśli chodzi o odczytywanie tekstów napisanych nieczytelnym charakterem pisma), i chyba bez pasji nie można się indeksacją zajmować.

Jednakże użytkownicy powinni informacje udostępnione w formie bazy elektronicznej traktować z pewną dozą ograniczonego zaufania. Oznacza to też, że jeżeli w bazie indeksów czegoś nie ma, to nie znaczy, że nie istnieje czy to w zindeksowanym materiale czy w ogóle. Korzystając z baz indeksów trzeba więc pamiętać o poniżej opisanych mankamentach korzystania z indeksów elektronicznych.

Zakres zindeksowanych lat. Przykładowo „Geneteka” (genealodzy.pl) w polu „parafia” podaje w opisie zakres zindeksowanych lat w postaci lat krańcowych (najstarszego i najbliższego nam roku). Możemy spojrzeć na parafię Kobylniki w województwie mazowieckim, gdzie podano, że urodzenia zindeksowane są za lata 1819-1912 (link do „Geneteki” / Kobylniki / zindeksowane akta urodzeń). Żeby sprawdzić, z jakich lat akta zostały zindeksowane trzeba spojrzeć na diagram osi czasu, gdzie kolorem zielonym zaznaczone są lata zindeksowane. W tym konkretnym przypadku zindeksowane są akta urodzeń z lat 1819-1821, 1866-1881 oraz 1912. Więcej lat jest niezindeksowanych niż zindeksowanych. I jest to dowód na to, że jeżeli jakiegoś konkretnego aktu, który spodziewamy się znaleźć w danej parafii, nie ma w indeksie, to przede wszystkim warto popatrzeć na diagram osi czasu i sprawdzić, czy interesujące nas lata zostały już zindeksowane. Na ogół nie robimy tego automatycznie, nawet kiedy świadomi jesteśmy tych ograniczeń. Niektóre parafie mają 100% indeksacji, to znaczy, że zindeksowano wszystkie akta. Ale są i takie, gdzie zindeksowano tylko kilka lat jub jeden rok i brakujących lat jest więcej niż tych zindeksowanych.

Brak ksiąg. Indeksacja odbywa się zarówno na materiale pochodzącym z archiwów państwowych jak i diecezjalnych czy parafialnych. Mimo tego może się zdarzyć, że dla niektórych parafii będzie w ogóle brakować ksiąg z jakiegoś zakresu lat. W takiej sytuacji niepełna indeksacja może oznaczać, że nie było akt do zindeksowania. Na razie nie spotkałam się z tym, by gdzieś było zaznaczone, że brak indeksacji jest wynikiem braku ksiąg, ale być może jest to jakoś zaznaczone a tylko ja tego nie zauważyłam.

Zbyt dokładne wyszukiwanie. Innym problemem, który może utrudnić jakieś konkretne poszukiwania, są błędy o charakterze literówek, i to nie spowodowanych przez osoby indeksujące, ale przez fakt, że pisownia jakiegoś konkretnego nazwiska mogła ewoluować przez lata i jeżeli wybierzemy „wyszukiwanie dokładne”, to baza pokaże nam tylko te osoby, które miały nazwisko o wskazanej przez nas pisowni. W mojej rodzinie jest nazwisko Kaliński. We wcześniejszych aktach było zapisywane Koleński i Kaleński a może jeszcze inaczej, więc jeśli wyszukuję dokładnie to po tych wszystkich formach.

Czasem warto jest nie szukać dokładnie – i to jest zasada ogólna przeszukiwania dokumentów zindeksowanych – gdyż sami możemy w ten sposób ograniczyć sobie dostęp do informacji.

Problemy trudne do określenia. Zdarzyła mi się też sytuacja, w której nie widziałam zindeksowanych dokumentów, które widziałam w indeksach ksiąg, do których miałam dostęp. Zastanawiałam się wtedy, czy wynikało to z jakiegoś błędu technicznego przy wpisywaniu osób do indeksu. Być może nie wszystkie lata były zindeksowane i tylko ja nie zwróciłam na to uwagi. Losowo mogą zaistnieć jakieś usterki techniczne w bazie.

Błędy w indeksach w księgach. Może się też niestety zdarzyć, że jakiś akt został przeoczony w indeksie księgi. Księgi zazwyczaj indeksuje się na podstawie indeksów w nich zawartych. Nie jest tak jedynie w przypadku ksiąg, w których indeksu brakuje. Ale jeżeli tylko indeks jest, to na ogół na jego podstawie sporządzany jest indeks elektroniczny. W takiej sytuacji indeks elektroniczny powiela błędy w indeksie w księdze. Niektórzy indeksujący czytają akta i wpisują wiele identyfikujących informacji, jak na przykład rodzice pana i panny młodych. Świadczy to o wielu cechach osób indeksujących, ale przede wszystkim o ich pasji i zaangażowaniu w to, co robią. Przy takim zaangażowaniu nawet błędy z indeksu mogą być wyprostowane. Ale poziom szczegółowości informacji przy indeksacji jest różny. Nie zawsze podawane są informacje dodatkowe.
Błędy w indeksach są różne, na ogół związane z pomyleniem numeru aktu oraz błędem w imieniu, czasami też w nazwisku. Czasami pisownia nazwiska w indeksie i w akcie nie jest taka sama. Największy problem może być z podaniem w indeksie błędnego numeru aktu. Akt właściwy czasem łatwo jest odnaleźć, a czasami trzeba po prostu przeglądać księgę do momentu, aż się na ten właściwy akt natrafi.

Zmiany nazwisk i inne nieprzewidziane okoliczności. Kiedyś zdarzył mi się przypadek, że panna młoda mieszkała w danej miejscowości, a aktu ślubu w księdze dla tej miejscowości nie było. Były natomiast akty urodzenia dzieci z tego małżeństwa. Doszłam wtedy do wniosku, że być może małżeństwo przeoczono w indeksie i zaczęłam przeglądać akta małżeństw od początku. Akt małżeństwa znalazłam, ale pan młody miał w tym akcie inne nazwisko niż później już jako ojciec w aktach urodzenia dzieci. To jest tylko przykład. Mogą być inne tego rodzaju komplikacje. Są do wyłapania w indeksach, ale jeżeli podane są dodatkowe informacje. Tu można byłoby zidentyfikować to małżeństwo po imionach rodziców panny młodej, którzy byli znani. Ale nie zawsze jest to takie proste.

Warto też pamiętać, że akta metrykalne (szczególnie wcześniejsze) nie zawsze były w księgach numerowane. Wtedy jako numer aktu podawany jest zazwyczaj numer strony.

Podsumowując można powiedzieć, że brak aktu w indeksie może wynikać z wielu przyczyn:

  • podstawowa: nie został jeszcze zindeksowany – w ogóle lub w ramach lat niezindeksowanych dla danej parafii,
  • brak księgi za dany rok, w której poszukiwany akt został sporządzony, czyli nie został zindeksowany, ponieważ dziś już nie istnieje,
  • znajduje się w innym miejscu – choć często szukamy w całej bazie, więc jeżeli tylko jest zindeksowany, to powinniśmy na niego natrafić w tym innym miejscu,
  • z przyczyn technicznych baza go nie wyłapuje a tym samym nie widzimy go w bazie mimo, że jest zindeksowany,
  • poszukujemy zbyt dokładnie, baza nie pokazuje nam więc wszystkich podobnych nazwisk a jedynie te, które zadaliśmy, a pisownia tego konkretnego poszukiwanego nazwiska mogła być kiedyś inna (nie mówiąc już o zmianie nazwiska),
  • elektroniczna baza indeksów powiela błędy z indeksu z księgi.

Na pewno nie wyczerpałam katalogu problemów, które mogą utrudnić nam odnalezienie poszukiwanego przez nas aktu metrykalnego w elektronicznej bazie indeksów (a także w księdze, jeżeli pierwotny błąd tam został popełniony a baza elektroniczna jedynie go powieliła). Na pewno sam fakt braku aktu w bazie nie oznacza, że on się tam nie znajduje. Rzeczywiście może go tam nie być, ale czasami trzeba dla pewności przeszukać księgi, żeby ponad wszelką wątpliwość ustalić istnienie lub nieistnienie dokumentu. Problemy takie nie zdarzają się często, ale losowo mogą przydarzyć się właśnie nam.

Bazy indeksów ksiąg metrykalnych to tylko narzędzia ułatwiające nam poszukiwania. Jednakże, nawet przy podaniu wielu zmiennych, informacje z baz elektroniczny nie mogą w żaden sposób zastąpić zajrzenia do samego aktu i przeczytania, jakie informacje są w nim zawarte.
Spotkałam się też z podejściem, że zagląda się tylko do tych dokumentów, do których podano link do jego obrazu cyfrowego. Jest mnóstwo aktów metrykalnych, które są zindeksowane i dostępne on-line, ale nie są jeszcze podlinkowane. Trzeba ich poszukać na portalach publikujących obrazy cyfrowe aktów metrykalnych.

Trzeba też pamiętać, że indeksacja to proces. Akta, które wczoraj nie były zindeksowane, dziś mogą pojawić się w elektronicznej bazie. Jeżeli pochodzimy z terenów o dużej migracyjności rodzin (z mojego doświadczenia było tak na przykład na północnym Mazowszu), to elektroniczne bazy są dla nas nadzieją na to, że nie będziemy musieli przeglądać akt z kilkudziesięciu parafii i na naszych przodków natrafimy właśnie w tych bazach. Nie należy się poddawać, jeśli dziś niczego nie znaleźliśmy, trzeba po prostu zaglądać do bazy co jakiś czas a prawie na pewno odniesiemy sukces. Mnie się udało już kilkakrotnie o czym pisałam we wcześniejszych postach. Oczywiście nie odnalazłam jeszcze wielu aktów metrykalnych, ale czasami jeden odnaleziony akt może nas ukierunkować, gdzie należy szukać dalej i dalej możemy szukać w księgach. Nie zawsze trzeba czekać na indeksy, można szukać samemu. Jednak na rodzeństwo mojej prababci nadal czekam. Odnalezienie w „Genetece” aktu ślubu jej rodziców było wielkim przełomem w odtwarzaniu genealogii tej linii moich przodków.

Należy też mieć świadomość, że księgi o których wiemy, że istnieją, to nie muszą być wcale wszystkie księgi, które będą dostępne. Księgi metrykalne nadal się odnajdują. Może się okazać, że księgi brakujące dziś, za jakiś czas wypłyną i poszukiwania, które wydawały nam się niemożliwe, staną się dostępne.

Przykład udanych poszukiwań przodków w „Genetece”

Miejsce zgonu a miejsce pochówku oraz jak to nigdy nie wiadomo, gdzie mogą być zapisane informacje o miejscu pochówku

W aktach zgonu jest obowiązkowo wpisane miejsce zgonu osoby zmarłej. Przez przeoczenie może go brakować, ale na ogół jest podane. Poza wyjątkowymi sytuacjami akty zgonu spisywane są w urzędzie czy parafii, na terenie których znajduje się miejsce śmierci zmarłego.

W aktach zgonu nie ma natomiast informacji na temat miejsca pochówku. Prowadząc poszukiwania w czasach historycznych przyjmujemy, że osoba została pochowana na cmentarzu właściwym dla wyznania osoby zmarłej czyli na przykład na cmentarzu przyparafialnym. Nie jest to już tak oczywiste w przypadku dużych miast, gdzie cmentarzy od pewnego momentu było kilka i o miejscu pochówku mogły decydować różne czynniki. Nie jest to też oczywiste w przypadku śmierci w szpitalu czy w podróży. W takiej sytuacji pochówek może się odbyć blisko miejsca zgonu albo w miejscu zamieszkania lub miejscu, gdzie znajduje się grób rodzinny, które to miejsca nie są tożsame z miejscem zgonu.

Nie było i nadal nie ma zasady, która nakazywałaby miejsce pochówku. Oczywiście, inaczej jest w przypadkach pochówków państwowych, ale nie o takie wyjątkowe sytuacje mi w tej chwili chodzi.

Dzisiaj natknęłam się na perełkę, dotyczącą informacji o miejscu pochówku. Jeszcze chyba nigdy takiego zapisu nie widziałam. A już na pewno nie w akcie małżeństwa.  Chodzi o akt małżeństwa Walentego Sowińskiego i Magdaleny Słowińskiej, zawartego w Brwinowie w 1816. Czytamy w nim o panu młodym: „…syn Błażeja Sowińskiego i Marianny już zeszłych rodziców pochowanych przy Kościele Brwinowskim, czego księgi tego kościoła dowodzą pod rokiem tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym siódmym i tysiąc osiemset piętnastym”. Jak na tacy otrzymujemy nie tylko informacje o tym, kiedy zmarli rodzice pana młodego ale i gdzie zostali pochowani. Ta ostatnia informacja w zasadzie nigdzie się nie pojawia. Nie ma jej też a w akcie zgonu matki pana młodego, ostatecznie odnalezionym i zidentyfikowanym.

Zajrzałam do indeksu zgonów z Brwinowa za 1815 i nie widzę tam aktu zgonu ani Marianny Sowińskiej ani Błażeja, choć na podstawie kolejności zapisu w 1815 bardziej spodziewałabym się znaleźć akt zgonu Marianny niż jej męża. Zapis w akcie sugeruje, że akt zgonu powinien się znajdować w księgach cywilnych Brwinowa, skoro tego „księgi kościoła dowodzą”. Od razu rodzi się więc mnóstwo wątpliwości, czy ten zapis o miejscu pochówku jest poprawny, czy wpisane daty są poprawne itp. A być może Marianna wyszła ponownie za mąż. Jest w indeksie akt zgonu Marianny Zielińskiej. Być może Marianna z d.? Sowińska po śmierci męża wyszła ponownie za mąż. W akcie zgonu Marianny Zielińskiej nie podano niestety jej nazwiska panieńskiego (może go nie miała?) ani informacji o rodzicach.
W akcie małżeństwa pojawia się natomiast jeszcze jedna naprowadzająca informacja. Mianowicie pan młody stawił się „w asystencji ojczyma” Andrzeja Zielińskiego, lat 50. Jeżeli skonfrontujemy treść aktu małżeństwa Walentego Sowińskiego z 1816 z aktem zgonu Marianny Zielińskiej z 1815 to zauważymy, że była ona żoną Jędrzeja Zielińskiego, lat 70. Nie zgadza się więc wiek ojczyma z wiekiem męża zmarłej Marianny Zielińskiej. Nie były to jednak informacje sprawdzane urzędowo, na pewno nie są dokładne, być może zaokrąglone do dziesięciu. Można by jeszcze poszukać aktu zgonu Andrzeja/Jędrzeja Zielińskiego i sprawdzić, jaki wiek Andrzeja/Jędrzeja tam wpisano.

Tak na szybko trudno było stwierdzić, czy Marianna Sowińska i Marianna Zielińska to były dwie różne osoby czy jedna i ta sama. Wnikliwsza analiza w zasadzie potwierdziła, że Marianna Zielińska zmarła w 1815 była matką pana młodego (Walentego Sowińskiego), któremu przy ślubie asystował jego ojczym (Andrzej Zieliński) czyli drugi czy kolejny mąż jego zmarłej matki, gdyż obydwoje rodzice biologiczni pana młodego już nie żyli.

Chodziło mi przede wszystkim o pokazanie, że nigdy nie wiadomo, na jakie informacje – i to nawet kompletnie nie związane z funkcją i oczekiwaną treścią danego dokumentu – możemy natrafić w aktach metrykalnych. Ten akt ślub – jak się okazało skrywa niejedną – interesującą a także naprowadzającą dalsze poszukiwania na trop – informację. Dlatego warto czytać akta metrykalne od deski do deski. Każde słowo może mieć dodatkowe znaczenie lub nieoczekiwanie wzbogacić naszą wiedzę.

Źródła:
Gmina Brwinów, M 9 / 1816 Sowiński-Słowińska Link do aktu
Gmina Brwinów, Z 41 / 1815 Marianna Zielińska Link do aktu

 

4 ma 2017, aktualizacja: 5 maja 2017

Numeracja aktów w indeksach sporządzanych w księgach oraz jej brak

Sprawdzałam właśnie jeden akt urodzenia w aktach metrykalnych parafii Brdów z 1879. Oczywiście od razu odszukałam indeks urodzonych, gdzie przy każdej zindeksowanej osobie znajdują się dwa numery, porządkowy (z lewej strony) i drugi (z prawej strony), który początkowo wzięłam za numer aktu. Jednakże wzrok mój pobiegł do góry i widzę, że dwa różne akty urodzenia mają taki sam numer, więc od razu zorientowałam się, że to nie może być numer aktu. W nagłówku doczytałam, że to numer karty.

Jest to ciekawy przypadek indeksu, w którym nie podano numeru aktu. Rzadko się to zdarza, ale i na to trzeba być przygotowanym. Czasami w tabeli z indeksem podane są dwa: porządkowy i aktu, a czasami nawet trzy numery: porządkowy, aktu i karty. Czasami numer aktu podany jest w kolumnie po lewej stronie czyli tam, gdzie zazwyczaj jest numer porządkowy, a numer karty tam, gdzie zazwyczaj jest numer aktu, czyli w kolumnie po prawej stronie. Przy czytaniu indeksów nie można się tak do końca przyzwyczajać do tego, która strona tabeli odpowiada za jaki numer, bo nie stosowano w tej kwestii jednolitego wzorca.

I tu zaczyna się kolejny problem. Numery kart podane w indeksie odnoszą się oczywiście do paginacji (numeracja stron rękopisu) dokonanej w momencie zamykania księgi (lub w trakcie jej prowadzenia) w czasach, kiedy była spisywana. Zarówno w tej księdze przeglądanej, jak i wielu innych jeśli nie wszystkich, które dostępne są w repozytoriach, paginację na przestrzeni wieków przeprowadzano niejednokrotnie. Można więc znaleźć księgi, w których w nagłówku strony znajdują się dwa a czasami nawet trzy różne numery, z których na ogół choć nie zawsze przynajmniej jeden będzie przekreślony. W przypadku natrafienia na tak dziwny indeks, żeby ułatwić sobie odszukiwanie aktów, trzeba samemu ustalić, który z numerów na stronie pochodzi z tej pierwotnej paginacji, do której odnosi się numer karty w indeksie. W tym przypadku były to numery przekreślone, ale nie zawsze musi tak być. Są to zawsze numery najstarsze – nadane w tym samym czasie, w którym spisywana była księga, czasami można je rozpoznać po atramencie, ale nie zawsze. Czasami różnice między poszczególnymi paginacjami są niewielkie (1 strona) ale nie zawsze tak jest. Czasem przechodzi się z numeracji kart na numerację stron i różnice są o wiele większe.
Oczywiście w przypadku indeksów posługujących się numerem karty, przy okazji nowej paginacji nie praktykowane jest aktualizowanie numeracji kart w indeksie, stąd łatwo o pomyłki, dopóki nie rozszyfruje się, jak czytać indeks i jak sobie z nim radzić przy poszukiwaniu aktów.

Nie jest to może najtrudniejszy do rozszyfrowania indeks, ale trzeba po prostu pamiętać, że indeksy nie były wszędzie pisane w taki sam sposób i warto sprawdzić w nagłówku, czemu odpowiadają poszczególne kolumny tabeli, w której spisany jest indeks. Trzeba być też przygotowanym na szybkie opracowanie metody ułatwiającej wyszukiwanie, jeżeli w indeksie, znajdującym się w księdze, nie podano numerów aktów, co się może zdarzyć. Czasami nie ma dobrych rozwiązań i trzeba przeszukać wszystkie dokumenty.

Genealogia archeologiczna czy też archeologia w służbie genealogii

Termin taki („genealogia archeologiczna”) chyba nie istnieje, ale dziś zwrócił moją uwagę interesujący artykuł na temat porodu pośmiertnego. I zaczęłam się nad tym zastanawiać.

W aktach metrykalnych z terenów Polski (w granicach od historycznych do obecnych) w zasadzie na pewno przyczyna zgonu podana jest tylko w księgach wytworzonych w Imperium Habsburgów (tereny te nazywamy powszechnie Galicją). Na terenach Księstwa Warszawskiego/Zaboru Rosyjskiego bardzo rzadko można trafić na takie zapisy – dlatego też w większości przypadków przyczyna zgonu pozostaje nieznana albo trzeba się pokusić o jej ustalenie. Czasami jest to niemożliwe, ale na przykład w przypadku dużej ilości zgonów w stosunku do lat poprzednich można założyć, że przez dany teren przeszły zaraza albo jakaś klęska żywiołowa czy kataklizm a nawet działania wojenne i czasem można to potwierdzić w innych źródłach historycznych, dotyczących danego terenu czy konkretnej miejscowości. W przypadku śmierci matki w bliskiej odległości czasowej od urodzenia martwego dziecka lub śmierci niemowlęcia  można przyjąć, że śmierć była związana z urodzeniem dziecka, porodem czy ogólnie przebiegiem ciąży czy okolicznościami temu towarzyszącymi.

Jeśli chodzi o śmierć niemowląt to w zasadzie są dwie sytuacje: urodzenie martwego dziecka lub dziecka, które zmarło wkrótce (minuty, godziny czy kilka dni a nawet miesięcy) po urodzeniu. W takich sytuacjach czasami możemy odnaleźć w księdze obydwa akty: urodzenia i zgonu, gdzie w przypadku urodzenia martwego dziecka w akcie urodzeniu zapisywano, że dziecko było „nieżywo urodzone”. Ale zdarza się też często, że urodzenie martwego dziecka zapisane jest tylko w postaci aktu urodzenia a urodzenie dziecka, które zmarło wkrótce po urodzeniu tylko w postaci aktu zgonu.
Przy porodach dzieci martwych lub takich, które zmarły wkrótce po urodzeniu, zagrożenie życia matki było jeszcze większe niż w sytuacji normalnej niezagrożonej ciąży. Jeżeli widzimy, że urodzone dziecko i matka zmarły w tym samym dniu lub w ciągu kilku dni czy miesięcy, to możemy przyjąć, że przyczyny śmierci i matki i dziecka były ze sobą powiązane.
Natomiast sama nigdy nie spotkałam się z zapisem, który informowałby o tym, że zmarła kobieta była w ciąży, szczególnie w zaawansowanej ciąży. Artykuł o porodzie pośmiertnym uzmysłowił mi, że problematyczne ciąże też mogły być przyczyną śmierci matki. Mogły to być też i inne sytuacje, jak przypadek epidemii opisany w artykule (link poniżej), gdzie czynniki zewnętrzne a nie ciąża sama w sobie przyczyniła się do śmierci przyszłej matki. Jeżeli matka zmarła i została pochowana przed porodem, to informacja o nienarodzonym dziecku nie była nigdzie zapisywana i pozostaje nieznana, chyba że w „sytuacji archeologicznej” natrafi się na tak zadziwiający przypadek, który poszerza też wiedzę na temat możliwości ludzkiego organizmu także po śmierci.

Tytuł artykułu trąci nieco tanią sensacją i dlatego go nie cytuję. Natomiast samo zagadnienie wydaje mi się bardzo interesujące. Prawdopodobieństwo natknięcia się we własnych poszukiwaniach na podobną historię wydaje się bliskie zeru, ale przynajmniej dowiadujemy się o poszerzeniu możliwości poznania historii naszych przodków.

Link do artykułu

Ojcostwo biologiczne i rzeczywiste a genealogia i testy DNA

 

O ile nie posiadamy wiedzy, że było inaczej, zakładamy, że ojciec wychowujący dziecko i biologiczny to jedna i ta sama osoba.
Standardowe sytuacje, kiedy wiadomo, że było inaczej, to takie, kiedy dzieci były adoptowane, pochodziły z poprzednich związków rodziców albo kiedy wiadomo było o niewierności jednego z rodziców.
Oczywiście są jeszcze sytuacje, kiedy oficjalnie ojciec pozostaje nieznany a nieoficjalnie może być znany lub nie. Tutaj można przyjąć, że ojcostwo nie jest ustalone czy potwierdzone oficjalnie. Nie oznacza to jednak, że ta niewiedza utrzyma się bezterminowo.

Znamy wiele rodzin w naszym otoczeniu i na ogół posiadamy lub budujemy pewną wiedzę na temat ojcostwa na podstawie obserwacji lub informacji z różnych źródeł. Rzadko sprawdzamy tę wiedzę z treścią dokumentów metrykalnych i innych, które mogą potwierdzić informacje co do ojcostwa.
Jeżeli odtwarzamy genealogię naszych przodków, to oczywiście, i czasami nawet w pierwszej kolejności, zdobywamy wiedzę o ojcostwie na podstawie treści dokumentów metrykalnych, które zbieramy w trakcie poszukiwań.
Czy wiadomości pochodzą z relacji ustnych, czy z dokumentów, może się okazać, że to, co czego dowiedzieliśmy się z relacji ustnych może nie pokrywać się z informacjami, zapisanymi w dokumentach urzędowych.

Opracowując genealogię naszych przodków na podstawie informacji z dokumentów odtwarzamy zapis ojcostwa taki, jaki został zapisany w dokumentach.
Opracowując genealogię naszych przodków na podstawie przekazów ustnych, odtwarzamy genealogię zapamiętaną, ale niekoniecznie potwierdzoną.
Informacje z dokumentów i te z przekazu ustnego na temat ojcostwa dzieci mogą nie być ze sobą spójne. Ale, co jeszcze bardziej skomplikowane, żadne z tych informacji mogą nie być prawdziwe w sensie biologicznym.

Od 2000 r. „zwykły człowiek” może zrobić sobie test DNA. Oczywiście od tego czasu do dziś poszerzyły się  możliwości badawcze jeśli chodzi o DNA. Jest kilka testów do wyboru, jest kilka baz danych o charakterze bardziej globalnym, materiał porównawczy może sięgać nawet kilka milionów próbek. Na pewno nie jest to koniec możliwości nauki w tym względzie, a z całą pewnością nie jest to koniec materiału porównawczego, gdyż co chwila nowe osoby poddają się testom. Nie znaczy to jednak, że po przeprowadzeniu odpowiedniego dla nas (płeć może mieć znaczenie) i odpowiadającego naszym potrzebom poszukiwawczym (w zależności od tego, czego się chcemy dowiedzieć) testu, na pewno odnajdziemy w ten sposób nowych krewnych i rozbudujemy nasze drzewo genealogiczne. Może tak być, ale nie musi.

Poza oczywistą przeszkodą, którą jest dla niektórych cena testów, istnieje jeszcze inna bariera – można powiedzieć psychologiczna. Można ją nazwać ogólnie „lękiem przed poznaniem”. W Polsce wiele osób bada swoje DNA, żeby potwierdzić swoje pochodzenie biogeograficzne często nazywane etnicznym i tutaj niektórzy obawiają się, że może okazać się, że wywodzą się z innej grupy etnicznej niż się spodziewali. Nie mówimy tu o państwowości czy narodach, gdyż terminy te zostały zdefiniowane – w odniesieniu do okresu istnienia człowieka na ziemi – w zasadzie „wczoraj”, więc nie mają tu racji bytu. Drugi częsty motyw przeprowadzania testów, to sprawdzenie pokrewieństwa, czasami w obrębie jednego nazwiska a czasami węziej, w obrębie jednej rodziny. I tutaj właśnie istnieje niebezpieczeństwo, że może się okazać, iż DNA biologicznego ojca kogoś z rodziny będzie inne niż być powinno, to znaczy, może się okazać, że biologicznym ojcem był ktoś inny, niż osoba, która znalazła się w drzewie genealogicznym na podstawie informacji z dokumentów, odnalezionych w wyniku przeprowadzonej kwerendy lub relacji ustnych rodziny.

Jedne osoby robią testy, gdyż są otwarte na każdą wiedzę, inne przeprowadzają testy, choć nie mają świadomości ewentualnych konsekwencji. W zasadzie z genealogią odtwarzaną przy pomocy kwerendy w dokumentach papierowych jest tak samo. Musimy liczyć się z tym, że prawda okaże się inna niż znana.

Jeżeli chodzi o ojcostwo biologiczne – gdybyśmy chcieli je potwierdzić – to jedynym ogólnodostępnym rozwiązaniem na dziś (choć nie daje żadnej gwarancji sukcesu takiego potwierdzenia, o czym warto pamiętać) – i jest to żmudny proces, co bardzo przejrzyście opisał Richard Hill w swojej książce Finding Family, My Search for Roots and the Secrets of My DNA link do książki (w luźnym tłumaczeniu: jak odnalazłem rodzinę, moje poszukiwania własnych korzeni oraz sekrety mojego DNA) (2012) – jest przeprowadzenie właściwych do tego celu testów DNA.

Samo nazwisko nie jest więc dowodem jeśli chodzi o ojcostwo biologiczne.

Oczywiście, trzeba bardzo uważać, by w sytuacjach, kiedy okaże się, że którekolwiek z lub obydwoje rodziców biologicznymi rodzicami nie byli, nie skrzywdzić samego siebie oraz tych właśnie rodziców, którzy mogli nam „nieba przychylić” mimo, że biologicznymi rodzicami nie byli.

Osoby, które wchodzą na drogę poszukiwań genealogicznych czy korzystania z analizy wyników testów DNA do odtwarzania historii swoich przodków powinny podchodzić do tego z otwartą głową i być także przygotowanymi na ewentualne „rewelacje”, które nie będą miały związku z wiedzą, którą być może przekazano im w rodzinie. Osoby, które cechuje „lęk przed poznaniem” mogą przejść wiele rozczarowań. Najlepiej jest pozbyć się tego lęku i poznać przeszłość swoich przodków a tym samym swoją własną!

 

Czy „napoleońskie” urzędy stanu cywilnego były prowadzone tylko przy parafiach rzymskokatolickich przez proboszczów tych parafii? Cz. II.

Poprzednio pisałam o przypadku parafii ewangelicko-augsburskiej w Lipnie, przy której istniał urząd stanu cywilnego.

Jednakże okazuje się, że urzędy stanu cywilnego były też prowadzone jako urzędy zupełnie świeckie, a nie przy parafii jakiegokolwiek wyznania.
Trudno mi powiedzieć, czy opisany poniżej przypadek był odosobniony i związany wyłącznie z dobrami autora Podróży do Ciemnogrodu, czy też takich przykładów można by znaleźć więcej.

Kiedyś przypadkowo przeglądałam księgi metrykalne z Wilanowa z okresu obowiązywania „napoleońskich” urzędów stanu cywilnego i zauważyłam, że urzędnikiem stanu cywilnego bywał notariusz a nawet nauczyciel. Nie od razu powiązałam te fakty z osobą właściciela dóbr wilanowskich (po 1797), Stanisława Kostki Potockiego.

Poniżej przytaczam w postaci transkrypcji akt zgonu Stanisława Kostki hrabiego Potockiego, sporządzony w wilanowskim urzędzie stanu cywilnego (pisownia została częściowo zmodernizowana).
źródło: USC Wilanów, Z 53 / 1821 Stanisław Kostka Potocki

Nr 53. Roku tysiąc osiemset dwudziestego pierwszego dnia siedemnastego miesiąca września przed Nami, Nauczycielem Szkoły Elementarnej Wilanowskiej, sprawującym obowiązki Urzędnika Stanu Cywilnego Gminy Wilanowskiej w Powiecie Warszawskim, Województwie Mazowieckim, stawili się Bartłomiej Biernacki, mający lat 30, Zastępca Wójta Gminy Wilanowskiej, tudzież Wincenty Żabiński, liczący lat 40, Rządca Dóbr Klucza Wilanowskiego i Karol Smoczyński, rachujący lat 36, Kassyer Jeneralny tychże Dóbr, i oświadczyli Nam, iż Jaśnie Wielmożny Stanisław Kostka Hrabia Potocki, Prezes Senatu Korony Polskiej, Kawaler Orderów Polskich i Legii Honorowej, Dziedzic Dóbr Wilanowskich i wielu innych, żyjący lat 64, syn Eustachego Hrabiego Potockiego, Generała Artylerii Litewskiej, i Marii z Konckich, już nieżyjących małżonków, w dniu czternastym miesiąca września roku bieżącego, o godzinie piątej wieczorem umarł w Pałacu Wilanowskim, pod numerem trzydziestym pierwszym. Po czym Oświadczającym akt niniejszy przeczytany, przez Nas podpisany został, i świadków.
Stanisław Pawłowski, Urzędnik Stanu Cywilnego.
[podpisali] Karol Smoczyński i Wincenty Żabiński

Nie przeglądałam wszystkich aktów metrykalnych z wilanowskiego urzędu stanu cywilnego. Jednakże pierwszym pełniącym obowiązki urzędnika stanu cywilnego gminy wilanowskiej był Notariusz Powiatu Warszawskiego, Piotr Staszewski. Występuje on jako urzędnik USC w akcie urodzenia numer jeden, spisanym w 1808. Być może pomiędzy Piotrem Staszewskim a Stanisławem Pawłowskim byli inni urzędnicy stanu cywilnego. W każdym razie, jak wynika z treści przytoczonego aktu zgonu, Stanisław Pawłowski był nauczycielem szkolnym i urzędnikiem stanu cywilnego w 1821 a w aktach urodzenia, małżeństwa i zgonu, zamykających księgę wilanowskiego urzędu stanu cywilnego za rok 1825 (czyli ostatni rok przed wejściem w życie nowych przepisów) występuje on już wyłącznie jako urzędnik stanu cywilnego, co oznacza, że prawdopodobnie prowadził już wtedy USC „na pełny etat”.

Poniżej podaję linki do tych innych dokumentów oraz do Podróży do Ciemnogrodu, z którą w wersji zdigitalizowanej można się zapoznać korzystając z Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej.

Akt zgonu (USC Wilanów Z 53 / 1821) Stanisława Kostki Potockiego

Akt urodzenia Amalii Anny Strasburg, USC Wilanów 1 / 1808/1809 (1808)

Akt urodzenia zamykający akta urodzeń za 1825, USC Wilanów B 130 / 1825 Anna i Maryanna Witkowskie, bliźniaczki zapisane pod jednym numerem aktu

Podróż do Ciemnogrodu, Wydanie N. Glücksberga z 1820, Mazowiecka Biblioteka Cyfrowa

Link do strony tytułowej cz. 1 Podróży do Ciemnogrodu, Wydanie N. Glücksberga z 1820, Mazowiecka Biblioteka Cyfrowa

 

Akty metrykalne. To tylko informacje o „zdarzeniach metrykalnych” czy też możemy dowiedzieć się czegoś więcej? Czy Fryderyk Chopin wybierał się do Warszawy na początku lat 40. XIX w.?

Fryderyk Chopin opuścił Warszawę 2 listopada 1830. Na pewno nie zastanawiał się wtedy, czy wyjeżdża na stałe, czy tylko na jakiś czas. Po prostu wyjeżdżał. Do Warszawy jednak osobiście nigdy już nie powrócił. Ze swoją rodziną utrzymywał regularny kontakt, o czym wiemy choćby z zachowanej korespondencji z rodzicami, innymi członkami rodziny i znajomymi. W 1835 spotkał się z rodzicami poza granicami Francji i Rosji, w Karlsbadzie, dziś Karlowych Warach. Po śmierci ojca kompozytora (Mikołaj Chopin zmarł 3 maja 1844) w 1844 w Paryżu i Nohant odwiedziła go jego siostra Ludwika wraz z mężem. Mimo odległości i komplikacji wyjazdów zagranicznych co kilka lat Fryderyk Chopin spotykał się z członkami swojej rodziny. Czy planował zatem wizytę w Warszawie? Być może. Nie przeglądałam źródeł pod tym kątem. Jednakże podczas pracy nad książką Data urodzenia Fryderyka Chopina. Ewaluacja źródeł, analiza informacji, konkluzja. trafiłam na informacje, które pośrednio tego dowodzą. Przynajmniej jeśli chodzi o jedno konkretne wydarzenie rodzinne.

Czy zatem na podstawie analizy aktów metrykalnych można postawić hipotezę, że Fryderyk Chopin planował lub jego rodzina uważała za możliwą wizytę kompozytora w Warszawie na początku lat 40. XIX w.? Moim zdaniem tak.

Przy okazji pracy nad potwierdzeniem daty urodzenia Fryderyka Chopina analizowałam akty urodzenia siostrzeńców i siostrzenicy kompozytora – dzieci jego siostry Ludwiki (Chopin) Jędrzejewicz. Treść dwóch z nich skłania do postawienia powyższej hipotezy.

Zacznę od przytoczenia (w postaci transkrypcji) treści dwóch aktów urodzenia wraz z linkiem do dokumentów zdigitalizowanych, które zdają się potwierdzać powyższe przypuszczenie. W obydwu przypadkach pisownia jest tylko częściowo zmodernizowana.

Działo się w Warszawie dnia siódmego miesiąca grudnia tysiąc osiemset czterdziestego trzeciego roku, o godzinie jedenastej z rana – Stawił się Józef Kalasanty Jędrzejewicz Radca Dyrekcji Ubezpieczeń liczący lat czterdzieści, w Warszawie przy ulicy Podwale pod liczbą pięćset dwadzieścia sześć zamieszkały, w obecności Antoniego Barcińskiego, Naczelnika Kancelarii Wydziału Górnictwa Krajowego tudzież Mikołaja Chopin byłego Profesora, Emeryta, obydwóch pełnoletnich, w Warszawie zamieszkałych, i okazał nam dziecię płci męzkiej urodzone tu w Warszawie, w mieszkaniu jego, na dniu dwudziestym czwartym lipca tysiąc osiemset czterdziestego roku, o godzinie dziesiątej w nocy, z jego małżonki Ludwiki z Chopinów, lat trzydzieści pięć mającej. Dziecięciu temu na Chrzcie Świętym, poprzednio z wody tylko, a w dniu wczorajszym z ceremonii przez Jego Mość Xiędza Jana Dekierta, prałata archidiakona Metropolitalnego Warszawskiego odbytym, nadane zostały imiona Fryderyk Bolesław – obecnemi byli temu obrzędowi wyż. wspomniany Mikołaj Chopin, w imieniu syna swego Fryderyka Chopin z Izabellą z Chopinów Barcińską. – Spisanie aktu tego spóźnione zostało z powodu nieczasowości ojca. Poczem akt niniejszy po odczytaniu onego, podpisanym został przez nas wraz z ojcem i świadkami.

[odręczne podpisy ks. Augusta Siekluckiego (po. Proboszcza parafii św. Jana, Józefa Kalasantego Jędrzejewicza, Antoniego Barcińskiego, Mikołaja Chopina]

Transkrypcja na podstawie: Fryderyk Bolesław Jędrzejewicz, akt urodzenia nr 687 (1843), [w:] „Akta stanu cywilnego parafii rz.-kat. pw. św. Jana w Warszawie, Urodzenia, 1842‒1844”; dokumenty zdigitalizowane, Serwis Polskiego Towarzystwa Genealogicznego, genealodzy.pl, zakładka „Metryki”.

Działo się w Warszawie dnia siódmego miesiąca grudnia tysiąc osiemset czterdziestego trzeciego roku, o godzinie wpół do dwunastej z południa – Stawił się Józef Kalasanty Jędrzejewicz Radca Dyrekcji Ubezpieczeń liczący lat czterdzieści, w Warszawie przy ulicy Podwale pod liczbą pięćset dwadzieścia sześć zamieszkały, w obecności Antoniego Barcińskiego, Naczelnika Kancelarii Wydziału Górnictwa Krajowego tudzież Mikołaja Chopin byłego Profesora, Emeryta, obydwóch pełnoletnich, w Warszawie zamieszkałych, i okazał nam dziecię płci męzkiej urodzone tu w Warszawie, w mieszkaniu jego, na dniu dwudziestym trzecim lipca roku bieżącego, o godzinie czwartej z rana, z jego małżonki Ludwiki z Chopinów, lat trzydzieści pięć mającej. Dziecięciu temu na Chrzcie Świętym, poprzednio z wody tylko, a w dniu wczorajszym z ceremonii przez Jego Mość Xiędza Jana Dekierta, prałata archidiakona Metropolitalnego Warszawskiego odbytym, nadane zostały imiona Antoni Zdzisław – obecnemi byli temu obrzędowi wyż. wspomniany Antoni Barciński z Humellą Moszkowską Kanoniczką warszawską. – Spisanie tego aktu spóźnione zostało z powodu nieczasowości ojca. Poczem akt niniejszy po odczytaniu onego, podpisanym został przez nas wraz z ojcem i świadkami.

[odręczne podpisy ks. Augusta Siekluckiego (po. Proboszcza parafii św. Jana, Józefa Kalasantego Jędrzejewicza, Antoniego Barcińskiego, Mikołaja Chopina]

Transkrypcja na podstawie: Antoni Zdzisław Jędrzejewicz, akt urodzenia nr 688 (1843), [w:] „Akta stanu cywilnego parafii rz.-kat. pw. św. Jana w Warszawie, Urodzenia, 1842‒1844”; dokumenty zdigitalizowane, Serwis Polskiego Towarzystwa Genealogicznego, genealodzy.pl, zakładka „Metryki”.

Link do obydwu zdigitalizowanych aktów urodzenia

Obydwa akty urodzenia zostały sporządzone w dniu 7 grudnia 1843. Chłopcy nie byli jednak bliźniętami. Pierwszy, Fryderyk Bolesław, urodził się 24 lipca 1840, a drugi, Antoni Zdzisław, 23 lipca 1843. Obydwaj zostali wprawdzie uprzednio – choć nie podano kiedy miało to miejsce – ochrzczeni z wody, ale dopiero następnego dnia po chrzcie „z ceremonii odbytym” sporządzone zostały akty urodzenia chłopców. Dlaczego tak późno? Kilkumiesięczne opóźnienie w spisaniu aktu urodzenia Antoniego Zdzisława można by jeszcze jakoś zaakceptować, ale ponad trzyletnie opóźnienie rejestracji Fryderyka Bolesława musiało mieć jakieś inne wytłumaczenie.
Akty urodzenia oczywiście podają tego przyczynę, którą w obydwu przypadkach była dość enigmatyczna „nieczasowość ojca”. Wydaje się, że wszystko można by pod nią podciągnąć, podróże służbowe na przykład, chorobę czy inne okoliczności. Jednakże, biorąc pod uwagę fakt, że w lipcu 1843 Józefowi Kalasantemu Jędrzejewiczowi urodził się kolejny syn wyklucza raczej jego nieobecność w domu przez ponad trzy lata.

Światło na sprawę rzuca zapis, który znajdujemy w akcie urodzenia Fryderyka Bolesława. Podaje on mianowicie, że obecnym przy ceremonii uzupełnienia obrzędów chrztu (czyli innymi słowy „chrzestnym z ceremonii”) był Mikołaj Chopin „w imieniu syna swego Fryderyka Chopin”. Chłopcu nadano imiona Fryderyk Bolesław. Pierwsze imię otrzymał więc na pewno po swoim wujku. Informacja, że Mikołaj Chopin występował przy ceremonii uzupełnienia obrzędów chrztu „w imieniu” swojego syna wydaje się potwierdzać, że nie chodziło jedynie o nadanie dziecku imienia po słynnym już wtedy krewnym ale o to, że Fryderyk Chopin był zapewne planowanym przez rodzinę ojcem chrzestnym (czy w ogóle czy tylko z ceremonii) chłopca. Ponieważ wpis aktu urodzenia Fryderyka Bolesława Jędrzejewicza do księgi odbył się ponad trzy lata po jego urodzeniu, wydaje się wielce prawdopodobne, że rodzina liczyła na przyjazd Fryderyka Chopina do Warszawy, którą to okazję wykorzystano by do spisania aktu urodzenia chłopca przy okazji „chrztu z ceremonii”, przy którym kompozytor byłby obecny. Być może celem przyjazdu Fryderyka Chopina miała być obecność przy takiej rodzinnej okazji. Było to dla rodziny – być może dla samej Ludwiki – tak ważne, że zdecydowano się na czekanie przez kilka lat. Wydaje się, że w 1843 było już pewne, że Fryderyk Chopin do Warszawy jednak nie przyjedzie i akt urodzenia Fryderyka Bolesława Jędrzejewicza został wpisany do księgi urodzeń tego samego dnia co stosowny zapis, dotyczący jego młodszego, urodzonego w 1843, brata Antoniego Zdzisława.

Tak można zinterpretować treść aktu urodzenia Fryderyka Bolesława Jędrzejewicza.

Nie wiadomo, czy Fryderyk Chopin miał takie plany przyjazdowe. Być może były to tylko nadzieje jego siostry. Być może takich okoliczności, gdy kompozytor liczył na to, że uda mu się jednak wjechać do Rosji, było kilka. Akt urodzenia Fryderyka Bolesława Jędrzejewicza dowodzi, że mogło tak być przynajmniej w latach 1840-1843.

Odczytanie tego dokumentu w powyżej opisany sposób jest też przykładem, jak poprzez analizę treści dokumentu metrykalnego można dotrzeć do dowodów pośrednich w poszukiwaniu rozwiązania zupełnie innego problemu niż jedynie pozyskanie dat i informacji porządkujących rodzinne genealogie.

Warszawa, 26 marca 2017