Parantele – Rocznik Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego – 2020 już są!

Parantele – Rocznik Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego – 2020 już są!
W tym roku mają też niesamowitą okładkę spinającą dwie pandemie, tę sprzed stu lat i tę obecną!

Chciałabym zachęcić także do przeczytania mojego najnowszego artykułu zamieszczonego w tych bieżących Parantelach pt. Czego możemy się dowiedzieć badając DNA oraz jak odnaleźć krewnych przy pomocy DNA na przykładzie Dołeckich i Andrzejewskich.
Opisuję w nim moje zakończone sukcesem poszukiwania krewnych mojego pradziadka Jana Dołeckiego (osoby, której genealogii/historii poświęciłam kilka artykułów na blogu ze względu na wieloaspektowe poszukiwania genealogiczne, które podejmowałam z powodu jej wczesnego zniknięcia z życia rodzinnego a w rezultacie brakiem informacji rodzinnych na jej temat) w szerszym kontekście jakim jest wykorzystywanie DNA do poszukiwań genealogicznych.

Podaję link do podstrony Stowarzyszenia poświęconej wydawnictwom, tam znajduje się link do miejsca, gdzie można rocznik zamówić:
http://genealodzy.wroclaw.pl/publikacje

Grażyna Rychlik

8 X 2020

Ogólnopolska Konferencja Genealogiczna 25-27 IX 2020

Tegoroczna konferencja odbędzie się oczywiście w Brzegu już w przyszły weekend czyli 25-27 września 2020.

Jak zwykle, dla osób które z różnych przyczyn nie dotrą w tym roku do Brzegu, a w tym roku część przyczyn jest zupełnie niezależna od naszych chęci, organizatorzy jak zwykle przygotowali możliwość brania udziału w konferencji online.

Organizatorzy Ogólnopolskiej Konferencji Genealogicznej na Zamku Piastów Śląskich w Brzegu mimo towarzyszącej nam w tym roku pandemii spowodowanej wirusem
COVID-19 nie poddali się i zorganizowani kolejną konferencję!
Jesteśmy wdzięczni, podziwiamy zaangażowanie i pielęgnowanie tradycji tej konferencji, by odbywała się regularnie i co roku!

Na razie przesyłam link do informacji o konferencji a bliżej terminu postaram się dorzucić link do kanału konferencji na YouTube.

https://genealodzy.opole.pl/konferencja2020/program

Grażyna Rychlik

20 IX 2020

Panieńskie dzieci przedślubne

Od czasu do czasu na różnych forach genealogicznych powraca dyskusja na temat dzieci panieńskich, także tych przedślubnych, i poszukiwania potwierdzenia tożsamości ich ojców.

Oczywiście istnieją różne potencjalne i domniemane scenariusze dotyczące ojcostwa w takich sytuacjach. Należy do nich także scenariusz zawarty w istniejącym przekazie rodzinnym co do domniemanego ojcostwa, gdzie jedną z możliwości jest przeświadczenie, że ojcem był późniejszy mąż matki.
Celem utrwalania niepotwierdzonego przekazu ustnego jest często – choć nie zawsze – próba zatuszowania istnienia w rodzinie dzieci panieńskich, także tych przedmałżeńskich, poprzez nadanie im ojców w przekazie ustnym, co do których nie ma jednak żadnego potwierdzenia, że ojcami byli. Czasem właśnie potwierdzenia, kto faktycznie był ojcem dziecka panieńskiego, przedślubnego lub zawsze panieńskiego, szukają osoby, które piszą na ten temat.

Pisałam już wcześniej, że cokolwiek zapisane jest na temat ojcostwa każdego dziecka w dokumentach tradycyjnych może być w dzisiejszych czasach podważone przy pomocy badań DNA. Z drugiej strony badanie DNA może doprowadzić do ustalenia faktycznego ojca jakiegoś dziecka, którym może być nie tylko osoba wcześniej nieznana ale także osoba inna niż znana i dotyczy to zarówno dzieci panieńskich jak i małżeńskich.

Jeżeli pozostawimy na boku możliwości jakie daje nam DNA i szukamy dowodu na ojcostwo dzieci panieńskich w sytuacji, kiedy były one dziećmi późniejszego męża matki, to – być może choć nie zawsze – możemy się spotkać z potwierdzeniem takiej informacji w akcie małżeństwa matki dzieci.
W akcie małżeństwa z 1917 w jednej z warszawskich parafii spotkałam się z takim zapisem:

[Małżonkowie] Oświadczyli jednak, że spłodzone przez nich w przedślubnem wspólnem pożyciu swojem dzieci urodzone w parafii tutejszej… – tutaj wymienione są imiona dzieci i ich pełne daty urodzenia – …niniejszym aktem ślubnym uznają za swoje własne i na zasadzie paragrafu dwieście dziewięćdziesiątego pierwszego Kodeksu Cywilnego Królestwa Polskiego zabezpieczają im stan i prawa dzieci legalnych.

Oczywiście nie wiadomo, czy treść zapisu jest faktycznie zgodna z prawdą, ale można przyjąć, że tak. Jeżeli poszukujemy dowodu na to, że dzieci przedślubne były dziećmi małżonków, którzy dopiero jakiś czas po urodzeniu tych dzieci zawarli związek małżeński, to taki zapis w akcie małżeństwa jest na to dowodem „na piśmie”.
Z kolei można też przyjąć, że dzieci panieńskie niewpisane do aktu małżeństwa rodziców, nie były ich wspólnymi dziećmi przedślubnymi.
Na ogół nie spotyka się w aktach małżeństwa takich zapisów jak powyższy w sytuacji, kiedy kobieta wstępująca w związek małżeński posiada przedślubne dzieci panieńskie, ale może to też świadczyć o czymś innym a nie wyłącznie przekreślać możliwość, że późniejszy mąż matki był faktycznie ojcem panieńskiego dziecka przedślubnego/panieńskich dzieci przedślubnych. Jednakże, jeżeli takiego zapisu w akcie ślubu nie ma, to nie można się nim podeprzeć i sugeruje to, że ojcem dzieci panieńskich był ktoś inny niż późniejszy mąż.

Osobiście bardzo rzadko spotykam się z podobnymi zapisami. Być może macie podobne lub inne interesujące doświadczenia w tej tematyce, szczególnie jeśli chodzi o czasy wcześniejsze niż 1917. Jeżeli tak, to zachęcam do podzielenia się nimi w komentarzach.

Grażyna Rychlik

20 IX 2020

Zgoda biskupa na zawarcie małżeństwa, któremu na przeszkodzie stoi affinitas – czy to zawsze oznacza pokrewieństwo?

Prowadząc poszukiwania w księgach metrykalnych spisywany w urzędzie stanu cywilnego przy parafii rzymskokatolickiej w Regowie natrafiłam na kilka aktów małżeństwa, którym towarzyszyła zgoda biskupa sandomierskiego na zawarcie małżeństwa. Ponieważ nie zawsze łatwo jest trafić na takie dokumenty w księgach pokrótce opisuję jeden przykład.

Sama parafia w Regowie ma interesującą historię. Też możecie natrafić w swoich poszukiwaniach na parafię, która zmieniła swoją siedzibę, i na ogół w historii parafii trzeba doczytać, jaka była tego przyczyna. Przeniesienie siedziby parafii z Regowa do Wysokiego Koła (obydwie miejscowości znajdują się w gminie Gniewoszów, powiecie kozienickim) związane było do pewnego stopnia z nadrzecznym położeniem budynku kościelnego w Regowie, który jeszcze w odległych czasach uległ zniszczeniu w wyniku zalewania terenu wodą. Nowy budynek kościoła nie utrzymał się w dobrym stanie do XIX w. i ostatecznie od 1891 msze zaczęły odbywać się w Wysokim Kole, gdzie ostatecznie ustanowiono siedzibę parafii w Regowie. W tym konkretnym przypadku jeszcze w 1912 biskup używał nazwy historycznej siedziby parafii, więc czasami tak bywało, że nadal funkcjonowała stara nazwa, choć faktycznie siedziba parafii znajdowała się w innym miejscu. W takich przypadkach warto jest więc przy poszukiwaniach genealogicznych czy odtwarzaniu historii miejsca sprawdzać obydwie miejscowości. Podana przeze mnie historia zmiany siedziby parafii podana jest w uproszczeniu, częściowo opartym na informacjach ze strony parafii. Miłośnicy tematu powinni szukać bardziej dokładnych informacji. Mnie przede wszystkim chodzi o ciekawy przykład aktu małżeństwa, na które musiał wyrazić zgodę biskup.

W 1912 w Wysokim Kole zawarli związek małżeński Jan Bernatek, lat 20, syn Ignacego Bernatka i Józefy z domu Kozioł i Katarzyna Bernatek, wdowa, lat 30, córka Ludwika Bala i Ludwiki z domu Mizak. Do tego aktu małżeństwa załączony jest dokument zezwolenia biskupa na zawarcie tego małżeństwa, który stwierdza, że istnieje między tymi osobami pokrewieństwo pierwszego stopnia (łac. affinitas primi gradus). Czy to brat i siostra, czy rodzeństwo stryjeczne? Tak by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać patrząc na takie same nazwiska przyszłych małżonków, ale jak podaje akt ślubu Katarzyna była wdową, więc Bernatek nie było jej panieńskim nazwiskiem. W wielu aktach małżeństwa w przypadku wdowca czy wdowej zawierających związek małżeński podane jest imię i nazwisko zmarłego małżonka/zmarłej małżonki a często także miejsce i data śmierci a nawet numer aktu zgonu. Tutaj nie ma takich informacji.
Druga oczywista myśl – z powodu tak bliskiego affinitas i identycznych nazwisk – która przychodzi do głowy to taka, że Katarzyna wychodzi za mąż za brata zmarłego męża. Czy jest z nim spokrewniona? Być może, ale na pewno nie jest to pokrewieństwo pierwszego stopnia, jej nazwisko panieńskie i nazwisko panieńskie jej matki tego nie sugerują. I nie o pokrewieństwo w tym przypadku chodzi.

Odnalazłam akt ślubu Katarzyny Bali z pierwszym mężem, Wincentym Bernatkiem w 1909 również w Wysokim Kole. Imiona rodziców i nazwisko panieńskie matki obydwu małżonków Katarzyn są zgodne: Ignacy Bernatek i Józefa z d. Kozioł. Dokument ten potwierdza, że drugie małżeństwo Katarzyna zawierała z dużo młodszym bratem pierwszego męża (różnica wieku wg aktu małżeństwa wynosiła 10 lat).

W małżeństwach wymagających zgody biskupa, gdy przeszkoda do zawarcia małżeństwa zapisana jest po łacinie słowem affinitas będziemy mieć do czynienia albo z pokrewieństwem albo z powinowactwem, a nie wyłącznie z pokrewieństwem. Dlatego w przypadkach aktów małżeństwa, którym towarzyszy zgoda biskupa w związku z przeszkodą określoną słowem affinitas warto jest sprawdzić przy pomocy tradycyjnych metod poszukiwań genealogicznych, czy w ogóle istnieje i jeżeli tak, to jakie pokrewieństwo łączy małżonków. Wtedy można potwierdzić, czy faktycznie chodzi o pokrewieństwo czy o powinowactwo.
Ze współczesnego punktu widzenia zawieranie związku z bratem zmarłego męża lub – odwracając sytuację – siostrą zmarłej żony nie jest zawieraniem małżeństwa z krewnym bliskiego stopnia, chyba że rodziny małżonków są w jakiś sposób spokrewnione.

Powinowactwo jest innym rodzajem relacji niż pokrewieństwo.

Opisany przykład obrazuje natomiast, że kościół katolicki powinowactwo również traktował jako przeszkodę do zawarcia małżeństwa, w takich sytuacjach biskup wyrażał na nie zgodę.

Poniżej skany obydwu aktów małżeństwa oraz zgoda biskupa sandomierskiego.

Akt ślubu z 1909

Akt ślubu z 1912

Zgoda biskupa z 1912 (2 strony)



Źródła:
RzK Regów (Wysokie Koło) asc M 14 / 1909 (M 1898-1925) Wincenty Bernatek i Katarzyna Bala
RzK Regów (Wysokie Koło) asc M 18 / 1912 (M 1898-1925) Jan Bernatek i Katarzyna Bernatek
RzK Regów (Wysokie Koło) asc M 1898-1925, zgoda biskupa sandomierskiego na zawarcie małżeństwa nr aktu 18 z 1912, s. 1-2

Grażyna Rychlik

19 IX 2020

„The lost family” – nowa książka o badaniu DNA do celów genealogicznych

Dzięki czytaniu cotygodniowych newsów płynących z New England Historic Genealogical Society trafiłam na moderowaną rozmowę z autorką The lost family, How DNA testing is uppending who we are (wyd. Abrams Press, Nowy Jork, 2020), Libby Copeland, co skłoniło mnie do zamówienia tej książki.

Zamówienie książki było samo w sobie ciekawym doświadczeniem. Wiele osób nie zauważyło, że na początkowym etapie ograniczeń z powodu pandemii COVID-19 przestała działać poczta międzynarodowa. Pozostały usługi kurierskie, które jednak są o wiele droższe. Oczywiście wiele rzeczy można dziś załatwić przy pomocy emaila, skypa, zooma itd., ale jeżeli potrzebna była konkretna rzecz z zagranicy to przez około 6 tygodni przy pomocy tradycyjnych usług pocztowych nie można było jej przesłać. Książkę zamawiałam na amerykańskim Amazonie – książka została wydana w USA – już kiedy poczta zaczęła działać, ale Amazon dalej oferował tylko przesyłkę kurierską… za ok. 50 zł. za przesyłkę tylko tej jednej książki. Przebolałam to, książkę zamówiłam. Plus w usługach kurierskich jest taki, że przesyłki przychodzą szybciej, w końcu za to się płaci. Cena za przesyłkę kurierską przez Amazon była i tak względnie niska w porównaniu do ceny jednorazowej zagranicznej przesyłki kurierskiej, więc nie spodziewałam się, że książka przyjdzie następnego dnia. System zamawiania określił termin dostawy na za dwa tygodnie. Potem dostałam sms z firmy kurierskiej, potwierdzający tę informację. Za tydzień dostałam kolejny sms z informacją, że książka będzie za tydzień a za kilka godzin tego samego dnia kolejny sms, który informował, że książka zostanie dostarczona w tym dniu. I tak otrzymałam tę książkę w ciągu tygodnia… tempo usług kurierskich w czasach pandemii bardzo mi odpowiadało….

The lost family to nowa interesująca książka na temat różnych aspektów badania DNA do celów, które ogólnie rzecz biorąc można określić „genealogicznymi”.

Książka ta nie bardzo mi się podoba, ale to ocena subiektywna. Być może jest to książka pionierska jeśli chodzi o opisanie zjawiska jakim jest badanie DNA przez konsumentów do prywatnego użytku dotyczącego szeroko rozumianej genealogii. Jest to książka pionierska między innymi dlatego, że można się z niej dowiedzieć jak odmienne/odległe od siebie są opinie o tym zjawisku wydawane przez świat nauki w odniesieniu do reakcji konsumentów, którzy zrobili badanie szczególnie, kiedy jego wynik przerasta poradzenie sobie z nim i wynikającymi z niego konsekwencjami w obliczu braku istnienia poradnika na temat tego, jak radzić sobie w nietypowych sytuacjach, jeżeli takie wyniknęły w procesie odczytywania wyników badania.
Istnieje jednak także niebezpieczeństwo, że branie pod lupę pewnych tematów, na które w zasadzie nie ma rozwiązań jest o tyle niebezpieczne, że osoby decyzyjne o ograniczonych horyzontach, których na świecie ostatnio wydaje się być coraz więcej, mogą z tego wyciągnąć potencjalnie szkodliwe wnioski.

Czytając tę książkę można też zrozumieć na czym polega różnica między autorem (tutaj konkretnie autorką), który jest dziennikarzem i zgłębia jakiś temat, żeby go opisać, a ekspertem w danej dziedzinie, który mógłby napisać podobną książkę. W tej książce mamy do czynienia z wersją dziennikarską. Ja osobiście wolę książki ekspertów, którzy nie są dziennikarzami i stąd może wynika moja subiektywna opinia o książce.

Z moderowanego spotkania autorskiego online zrozumiałam, że jest to książka, która opisuje doświadczenia wielu osób, które przeprowadziły badania DNA. I z grubsza tak jest. Najpierw przestraszyłam się, że ostatecznie będzie to książka jedynie o historii Alice Collins Plebuch, która jest mi znana i o której sama pisałam w mojej książce, odnosząc się do artykułu Libby Copeland sprzed kilku lat, opisującego, jakie konsekwencje dla Alice miało wykonanie „dla zabawy” testu DNA. W książce są jednak i inne historie.

Książka ta jest także próbą przedyskutowania przy pomocy opinii różnych ekspertów z wielu dziedzin tematów wiążących się z udostępnianiem materiału genetycznego prywatnym firmom z jednej strony a samodzielnym radzeniem sobie z wynikami badań w przypadku, kiedy odbiegają one od oczekiwań oraz z konsekwencjami takich sytuacji. Do tych tematów należą między innymi polityka prywatności, ochrona danych, zagrożenie rozwoju rasizmu oraz problemy z tożsamością osób, które odkrywają, że ich tożsamość którą znali a może nawet budowali nie jest ich tożsamością w sensie jakim to rozumieli. Szczególnie tematyka rasizmu amerykańskiego w odniesieniu do badań DNA w warunkach polskich wydaje się bardzo odległa, choć jest to jedno z bardzo ciekawych i trudnych zagadnień poruszonych przez autorkę. Opisanie tych aspektów badania DNA w sposób w jaki zostały opisane daje poczucie, że jest to książka odnosząca się do społeczeństwa amerykańskiego. Dla mnie momentami zabrakło w tej książce pewnego uniwersalizmu, co odebrałam jako ograniczenie, gdyż w firmach badających DNA do celów genealogicznych testy wykonują ludzie z całego świata a nie tylko z USA a wielu Amerykanów ma korzenie na całym świecie a nie wyłącznie na amerykańskiej ziemi.

Z drugiej strony w Polsce mamy swoje rodzime zagrożenia dotyczące zarówno poszukiwań genealogicznych jak i badań DNA, jak choćby świadomy czy nieświadomy męski szowinizm. Należący do osób o takich poglądach badacze historii swoich przodków skupiają się na badaniu wyłącznie linii męskich, zupełnie jakby kobiety i ich przodkowie nie miały wpływu na swoje dzieci i kolejne pokolenia. Wiedza na temat badanie DNA autosomalnego od razu porządkuje takie podejście do sprawy, gdyż każdy człowiek 50% swojego materiału genetycznego otrzymuje od matki a drugie 50% otrzymuje od ojca. W kręgach męskich szowinistów wiele osób bada tylko DNA chromosomu Y czyli tak zwane „męskie DNA”.

Dziennikarze mają to do siebie, że piszą na tematy, które „się sprzedadzą” i które cechują się przynajmniej pewną dozą sensacji. Omawiana książka nie jest tego pozbawiona.
Mnie brakuje w niej rozważań na temat przypadków niekontrowersyjnych. Nie wszyscy po zbadaniu DNA dowiadują się, że byli adoptowani lub że jedno z rodziców czy dziadków miało „skok w bok”, ich poczęcie odbyło się przy pomocy nasienia dawcy itd. Większość badanych nie odkrywa takich informacji.
Kiedy zrobiłam mojemu ojcu badanie w AncestryDNA odnalazłam tam wielu krewnych, których pokrewieństwo mogłam bardzo łatwo określić – oczywiście mając już opracowane drzewo genealogiczne. Z niektórymi osobami nawiązałam kontakt. Jedna z prawnuczek brata jednej z moich prababci zapytała mnie – z lekkim chyba przerażeniem – że skoro się odnalazłyśmy, to czy powinnyśmy ze sobą utrzymywać kontakt. Odniosłam wrażenie, że była przerażona, że powiem tak. Odpowiedziałam jej, że nie ma takiej potrzeby, ALE gdyby ona się wybierała do Polski lub ja do USA to może mogłybyśmy się spotkać. Pytałam też o zdjęcia rodzinne, które zawsze są w kręgu moich zainteresowań. Zdjęć niestety nie miała, ale pomysł spotkania „na żywo” wydał jej się ciekawy.
W końcu każda z nas od dawna żyje własnym życiem. Nie zrobiłyśmy badań DNA, żeby się odnaleźć, ale tak się stało, wiemy teraz o swoim istnieniu. Nawiązałyśmy kontakt, wymieniłyśmy adresy emailowe i nie trzeba będzie już przeprowadzać żadnych mozolnych poszukiwań, gdyby ktoś z każdej strony rodziny nagle zainteresował się historią rodziny, po prostu będzie się można skomunikować.
Choć są osoby, dla których nawiązanie takiego kontaktu ma znaczenie emocjonalne i pewnie będą dążyły do względnie pilnego spotkania. Wszystko zależy od charakterów osób, które się poznały/odnalazły przez DNA oraz od ich zainteresowania historią swoich przodków. Czasem osoba, dzięki której kontakt został nawiązany, nie jest zbytnio zainteresowana dowiedzeniem się czegoś więcej o rodzinie, ale być może ktoś inny z jej rodziny będzie chciał nawiązać kontakt i wymienić informacje.

Szkoda, że historie nawiązywania kontaktów z krewnymi dzięki badaniom DNA bez żadnego dramatu w tle, nie znajdują większego zainteresowania u autorów liczących na pewnego rodzaju sensację.
Są to właśnie historie, które genealodzy powinni opisywać w artykułach, czy to na swoich blogach/stronach internetowych czy to w czasopismach genealogicznych. Właśnie dla genealogów te zwykłe historie odnalezienia krewnych, nawiązania z nimi kontaktu i wymiany informacji są najcenniejsze. Jeżeli przy okazji zostanie odkryta jakaś nieoczekiwana historia, to staje się ona częścią rodzinnej opowieści, ale nie sensacją, na której buduje się rodzinną narrację.

Książka The lost family nie jest przetłumaczona na język polski. Na pewno jest warta przeczytania przez osoby, które chcą się dowiedzieć czegoś więcej o społecznym wymiarze badań DNA do celów genealogicznych jak i poznać różne historie i ich zakończenia na pewnym etapie procesu jakim jest odnajdywanie krewnych w wyniku przeprowadzenia badania DNA.

Grażyna Rychlik

15 VIII 2020

Nie wiem dlaczego szacowne instytucje publikują bzdury….

Jedna z koleżanek swoim wpisem na jednej ze stron dla miłośników genealogii zwróciła moją uwagę na nową wystawę online, która pojawiła się na stronie www Archiwum Państwowego w Kaliszu.

Wystawa ma tytuł „Nadaję Ci imię…” (link do wystawy).

Nie wiem dlaczego instytucje, które powinny przodować w podawaniu rzetelnych informacji, szczególnie w zakresie tematycznym, w którym powinne być bliższe gronu ekspertów a nie gronu amatorów, popełniają takie błędy….

Czy jest to smutny przykład upadku wiedzy w naszych czasach i oddania jej prezentacji w ręce amatorów???? Nie wiem, co o tym myśleć….

Poniżej kilka uwag do treści wystawy.

Dlaczego tylko w przypadku zaboru pruskiego mowa jest o stworzeniu jednolitej rejestracji cywilnej i urzędów stanu cywilnego a nie ma żadnej informacji o stworzeniu rejestracji cywilnej i urzędów stanu cywilnego w epoce napoleońskiej i kontynuacji tego systemu w późniejszym zaborze rosyjskim, do którego przecież należał Kalisz, więc chyba w Archiwum Państwowym w Kaliszu ktoś coś o tym wie. A może już nie?

Dlaczego akt urodzenia z zaboru rosyjskiego podpisany jest jako akt urodzenia ale w nagłówku zdjęcia widnieje napis: „akt chrztu w zaborze rosyjskim pełnił funkcję aktu urodzenia”.
Akt chrztu w zaborze rosyjskim nie pełnił takiej funkcji. Istniały albo akty chrztu albo akty urodzenia albo akty o charakterze mieszanym cywilno-religijnym. Pisałam w mojej książce „Data urodzenia Fryderyka Chopina….” dlaczego akty chrztu istniały w czasach Księstwa Warszawskiego i do zmiany prawa o aktach stanu cywilnego od 1 stycznia 1826 a potem zaczęły zanikać a ok. połowy lat 1840-tych w ogóle zanikły. Osoby zainteresowane zgłębieniem tego tematu zachęcam do lektury mojej książki a także artykułów na blogu, które dotyczą tego tematu.
W latach od 1 V 1808 do końca 1825 urzędnicy stanu cywilnego wystawiali tylko akty cywilne. Od 1 stycznia 1826 akty cywilne miały dwojaki charakter, cywilno-religijny.
We wszystkich przykładach zaprezentowanych na wystawie wszystkie akty podpisane są przez urzędnika stanu cywilnego, którym na ogół był proboszcz parafii danego wyznania (dla Żydów i wyznań niechrześcijańskich więc i muzułmanów urzędnik cywilny w magistracie/urzędzie gminy) ale nie zawsze tak było.

Nie jest prawdą, że Żydzi nie nadawali dzieciom imion po osobach żyjących. Jedynie chasydzi nadając dzieciom imiona po przodkach i krewnych nadawali je wyłącznie po osobach zmarłych.

Niestety, żadna z tych rewelacji zamieszczonych na wystawie nie jest poparta żadnymi źródłami. Być może to było jakieś zadanie w szkole średniej, które zamieniono na wystawę, ale niestety nikt nie zweryfikował prezentowanych informacji.

Zawiedziona Archiwum Państwowym w Kaliszu.

Grażyna Rychlik
23 lipca 2020

 

O czym należy pamiętać, jeżeli planujecie zlecić poszukiwania genealogiczne osobom, które zajmują się tym zawodowo

Być może nie wymienię tu wszystkich kategorii potencjalnych klientów, którzy poszukują ofert na poszukiwania genealogiczne, ale jest ich kilka:

– prawdziwi potencjalni klienci, którzy z tych czy innych przyczyn nie mogą sami zająć się opracowaniem genealogii swoich przodków, a bardzo chcieliby takie opracowanie posiadać,

– osoby, które chciałby się dowiedzieć, „jak to się robi”, zlecić coś jednorazowo a potem już szukać samemu,

– osoby, które chciałyby się dowiedzieć, „jak to się robi”, by samemu oferować tego typu usługi,

– osoby, które zajmują się zawodowo poszukiwaniami genealogicznymi i chciałyby sprawdzić stawki innych poszukiwaczy czy też ogólnie dowiedzieć się w jaki sposób inni poszukiwacze prowadzą swoją zawodową działalność poszukiwawczą.

Czasami trudno może być odróżnić jednych od drugich. Być może dlatego nie zawsze otrzymamy ofertę poszukiwań od genealoga, do którego zwrócimy się z zapytaniem o taką usługę.

Ten post adresuję przede wszystkim do osób, które faktycznie poszukują zawodowego genealoga, któremu chcieliby zlecić poszukiwania.

O czym należy pamiętać poszukując genealoga?

  1. Jeżeli nie potrafimy w prosty sposób przedstawić tego, co wiemy o naszej rodzinie i zamiast tego prześlemy wiele dokumentów czy/oraz fragmenty drzew genealogicznych z tego czy innego oprogramowania, to musimy liczyć się z tym, że genealog może pobrać/pobierze opłatę za ustalenie wstępnych informacji na temat przodków, od których rozpoczną się poszukiwania.
  2. Nawet jeżeli wyślemy konkretne informacje na temat przodków, od których chcielibyśmy rozpocząć poszukiwania, to te informacje same w sobie nie zawierają żadnych wskazówek co do tego, czy poszukiwania są możliwe do przeprowadzenia.
  3. Możliwości przeprowadzenia poszukiwań zależą od tego, czy istnieją i w jaki sposób dostępne są dokumenty, w których można je przeprowadzić.
  4. Jeżeli chcielibyśmy prześledzić historię naszych przodków najdalej, jak się da, to ustalenie ram czasowych takich poszukiwań nie jest możliwe bez przeprowadzenia samych poszukiwań. Zawsze trzeba się liczyć z tym, że nasi przodkowie nie pochodzili ze znanych nam miejsc lub nie byli tego wyznania, jakiego my jesteśmy obecnie. Mogły też nie zachować się dokumenty lub mogą się one znajdować za granicą. Nigdy nie wiadomo więc – zanim przeprowadzimy poszukiwania – czy będziemy szukać w obrębie jednej parafii/gminy czy też poszukiwania obejmą o wiele większy obszar geograficzny i jeśli chodzi o poszukiwania w księgach metrykalnych, to w których księgach metrykalnych będziemy te poszukiwania przeprowadzać.
  5. W poszukiwaniach genealogicznych nie istnieje pojęcie „pakietu”. Zlecania poszukiwań genealogicznych – ze względu na wszystkie wymienione już sytuacje – nie można porównać z ofertą w supermarkecie „kup trzy produkty a czwarty dostaniesz za darmo”. Być może można otrzymać od zawodowego genealoga jakiś upust, choćby procentowy, od całego zlecenia, jeżeli będzie ono dość duże, ale na początku poszukiwań na ogół nie wiemy, gdzie nas one zaprowadzą. Czasem można sprawdzić od ręki dostępność dokumentów i oszacować możliwości poszukiwań, ale weryfikacja możliwości poszukiwawczych nastąpi dopiero w trakcie poszukiwań.

Nie należy się więc dziwić, że zawodowi genealodzy na ogół ostrożnie podchodzą do tematu poszukiwań genealogicznych i nie oferują przysłowiowych gruszek na wierzbie jeśli chodzi o poszukiwania genealogiczne. Być może jest to źródłem wielkiego rozczarowania potencjalnego zleceniodawcy, który może myśleć, że poszukiwania genealogiczne i opracowanie drzewa genealogicznego jest proste a wszystkie dokumenty są dostępne i to od ręki i najpewniej w Internecie.

Trzeba też pamiętać o tym, że nie tylko zawodowi genealodzy oferują swoje usługi. Niektóre osoby, które oferują poszukiwania, zakładają, że na pewno coś znajdą. Może tak być, ale może być inaczej.

W dzisiejszych czasach wiele osób woli skorzystać z taniej oferty raczej niż z poszukiwań przeprowadzonych przez zawodowego genealoga. Wybór oczywiście należy do klienta, jak we wszystkich innych sytuacjach, kiedy robimy zakupy. Trudno poszukiwania genealogiczne przyrównać do robienia zakupów, ale wydaje się, że w dobie kupowania wszystkiego przez Internet poszukiwania genealogiczne mogą spaść w oczach niektórych do rangi „produktu”.

Mam nadzieję, że dla osób zainteresowanych rzetelnymi i opartymi na źródłach poszukiwaniami, a które rozważają wynajęcie zawodowego genealoga, powyższe rozważania co do możliwości poszukiwawczych będą cenne przy podejmowaniu ostatecznej decyzji co do wyboru zleceniobiorcy.

Grażyna Rychlik

17 maja 2020

Drzewa genealogiczne w Internecie i „kopiowanie” informacji w nich zawartych

Zbieram się już od pewnego czasu, żeby napisać na ten temat…

Różne są sposoby prowadzenia poszukiwań genealogicznych. Niektórzy badacze genealogii swoich przodków szukają informacji w archiwach rodzinnych i dokumentach dostępnych w wersji cyfrowej. Inni korzystają z elektronicznych baz indeksów zasobów ksiąg metrykalnych. Czasami łączymy te dwa sposoby – nie wszystkie dokumenty są zindeksowane – więc czasami w indeksach niczego nie znajdziemy.

Innym sposobem jest szukanie opracowanych już drzew genealogicznych. Czasami robimy to jedynie w celu odnalezienia jakiegoś tropu do dalszych poszukiwań, które utknęły w martwym punkcie.
Ale czasami zdarza się, że ktoś od początku zakłada, że odnajdzie gotowe już drzewo genealogiczne, które bez wysiłku i żmudnych poszukiwań będzie mógł po prostu skopiować i którym będzie się mógł pochwalić rodzinie i/czy znajomym bez zdradzania, skąd to drzewo genealogiczne pochodzi. A być może nawet pochwali się tym, jak to bez żadnego trudu poszukiwawczego wszedł w posiadanie drzewa genealogicznego swoich przodków. I tutaj pojawia się problem „kopiowania” informacji z drzew już opracowanych.

Na ogół osoby, które wkładają wiele pracy w opracowanie swoich drzew genealogicznych, nie są ogólnie rzecz biorąc „zadowolone” z tego, że ktoś owoce ich ciężkiej pracy po prostu skopiował i zamieścił na własnej stronie jako efekt „swoich” poszukiwań. Nie zawsze można stwierdzić, że dane skopiowane są od nas. A nawet jeżeli są, to taki poszukiwacz łatwych rozwiązań zawsze może się zasłonić powszechną dostępnością informacji genealogicznych. Jest to prawda tylko do pewnego stopnia, gdyż nie wszystkie dane są w sieci i czasem za kopie dokumentów, z których czerpiemy informacje do drzew genealogicznych trzeba zapłacić.
Wiele osób rzetelnie opracowujących drzewa uważa kopiowanie informacji z cudzych drzew za nieetyczne. Ci co kopiują informacje na ogół nie widzą w tym niczego złego, wydaje im się po prostu, że mieli szczęście i znaleźli drzewo, które mogą sobie „ściągnąć”.

Nie wiem, czy ktoś kopiował informacje z moich stron genealogicznych i nie będę tego sprawdzać. Przy konfrontacji zawsze można sprawdzić, czy administratorzy tych potencjalnie ale niekoniecznie kopiowanych drzew mogą udowodnić, że sami drzewa opracowali.
Korzystam natomiast z oprogramowania Roots Magic, które informuje mnie, jeżeli któraś z osób z mojego drzewa genealogicznego znajduje się w jakimś drzewie genealogicznym na My Heritage i innych portalach. Nie mogę tam zobaczyć całego drzewa ani uzyskać kontaktu do jego administratora, ale mogę porównać, czy mamy takie same informacje na temat rodziców i rodzeństwa danej osoby. Dzięki temu wiem więc o kilku osobach, które są ze mną spokrewnione, gdyż mają w drzewie genealogicznym te same osoby, co ja. Czasami nasze informacje są zgodne, a czasami nie.
Zgodność informacji może być przesłanką sugerującą, że ktoś kopiował dane z naszego drzewa. Nie można jednak wykluczyć, że sam przeprowadził poszukiwania i opracował własne drzewo genealogiczne.
Doszłam ostatnio do wniosku, że pewnym rozwiązaniem w walce z nieuczciwymi poszukiwaczami może być publikowanie własnych drzew z błędami. Czy to będzie uczciwe? Większość drzew publikowanych w Internecie nie podaje w załączeniu źródeł informacji, na podstawie których zostały utworzone. W zasadzie mogłyby zawierać informacje dowolne.
Innym rozwiązaniem jest tworzenie drzew genealogicznych na stronach o dostępie ograniczonym dla tych, którym zostanie on udzielony.

Jak dokładne są drzewa genealogiczne publikowane w Internecie? Dopóki nie dotrzemy do źródeł zawartych w nich informacji, w zasadzie nie wiadomo. Niezależnie od tego, czy błędy zostały popełnione w drzewie celowo czy nieświadomie.

Podam jeden ciekawy moim zdaniem przykład dotyczący cudzych drzew genealogicznych i wykorzystywania zawartych w nich informacji, na który natrafiłam w tym roku w czasie kontynuacji opracowywania drzewa moich przodków z rodziny Rychlików. Chodzi tu więc o moich przodków. Nie poszukiwałam informacji w cudzych drzewach, ale dzięki możliwościom oprogramowania, z którego korzystam, trafiłam na inne drzewa, w których znajdują się moi krewni.
W wielu drzewach osób z kręgu rodziny Rychlików, do których program Roots Magic porównał informacje z moich drzew, znalazłam naprawdę przedziwną – na pierwszy rzut oka – informację. Mianowicie, że siostra mojego prapradziadka, Antonina z d. Rychlik, zmarła w Biełaszowie na Wołyniu. Oczywiście, administratorami tych drzew – na to wygląda – są jej potomkowie, więc być może znali z wiedzy wyniesionej z domu historię przeprowadzki na Wołyń Antoniny z rodziną i jej przyczyn. Dla mnie była to ciekawa informacja, którą postanowiłam zweryfikować. Bez podanego źródła w zasadzie żadnej informacji genealogicznej nie można uważać za wiarygodną. Sprawdzenie tej informacji było dość proste, gdyż akt zgonu Antoniny jest zindeksowany w Genetece. Co dziwne, akt zgonu Antoniny zindeksowany jest w oparciu o jej nazwisko panieńskie, co ułatwia sprawę potencjalnym badaczom, którzy nie wiedzą, za kogo Antonina wyszła za mąż, ale jest to błąd w sztuce. W indeksie podany jest też link do aktu, więc nawet nie musiałam szukać kopii aktu w wersji elektronicznej w zasobach AGADu, po prostu kliknęłam na link. W treści aktu czytamy, że Antonina pochodziła z guberni siedleckiej itd., więc łatwo było potwierdzić, że informacje o jej śmierci na Wołyniu są poprawne i że akt zgonu wpisany do ksiąg parafii kowelskiej faktycznie dotyczy osoby, której szukam.

Wszystkie drzewa, do których kieruje mnie Roots Magic i w których są informacje o Antoninie podają, że Antonina urodziła się w Zimnej Wodzie w 1830, ale nigdzie nie ma podanej dziennej daty urodzenia, więc informacja o urodzeniu pochodzi z aktu ślubu (RzK Stoczek Węgrowski M 8/1849) lub być może z innych drzew genealogicznych. Wydaje się, że żaden z autorów/administratorów tych drzew jej aktu urodzenia nie widział. Większość osób podaje, że Zimna Woda była w parafii Wiśniew, co jest zgodne z prawdą, ktoś podaje że Antonina urodziła się w Stoczku a jedna osoba, że w Zimnej Wodzie na Ukrainie. No cóż, można wybierać….

Zajrzałam do aktu urodzenia Antoniny (RzK Wiśniew 26/1830) i widzę, że imię ojca nie jest w nim podane poprawnie…. Jej rodzicami byli Tomasz Rychlik i Eleonora z d. Kałuska, a w akcie urodzenia imię ojca na ile można je odczytać to Stanisław. Oczywiście może to być błąd, ale w tej chwili nie będę przeprowadzać śledztwa genealogicznego w tej sprawie. Informacja o jej miejscu urodzenia podana w akcie ślubu zdaje się być spójna z informacją ze wspomnianego aktu urodzenia mimo potencjalnego błędu. Antonina nie była też pierwszym dzieckiem swoich rodziców, jest więc mało prawodpodobne, by była dzieckiem Eleonory z poprzedniego małżeństwa. 

Akt urodzenia Antoniny jest zindeksowany w Genetece…. ALE jeżeli do wyszukiwarki wpiszemy Rychlik Antonina, nic nie wyskakuje. W indeksie w księdze metrykalnej Antonina zapisana jest jako Rychlikuwna – po tej formie nazwiska też spróbowałam wyszukać ją w bazie, także w dzisiejszej pisowni „Rychlikówna”. Nadal nie pojawiła się w indeksie urodzeń. Wyciągnęłam więc z bazy indeks wszystkich urodzeń zarejestrowanych w parafii w Wiśniewie w roku 1830 i wyskoczyła Antonina Zychlik, córka Stanisława i Eleonory Kucharskiej…

No cóż…. Z powyższego przykładu można wyciągnąć prosty wniosek, że jeżeli chcemy być pewni informacji w naszym drzewie genealogicznym to warto nie opierać się jedynie na indeksach w bazach danych i informacjach zawartych w cudzych drzewach genealogicznych. Można je wykorzystać w poszukiwaniach wstępnych, ale należy weryfikować takie informacje, przeprowadzać własne poszukiwania i czytać treść aktów!!!

Poniżej kopie cyfrowe omawianych dokumentów i informacji z baz danych.

Akt zgonu Antoniny z d. Rychlik Piątek RzK Kowel Z 5 / 1898 (AGAD)

RYCHLIK Antonina Z 5 1898 RK Kowel, Ukraina po mężu PIĄTEK akt

 

Akt urodzenia Antoniny Rychlik RzK Wiśniew U 26 / 1830 (AP Siedlce)

RYCHLIK Antonina B 26 1830 RK Wiśniew 62 205

 

Akt urodzenia Antoniny Rychlik w indeksie na końcu księgi metrykalnej RzK Wiśniew za rok 1830

RK Wiśniew 1830 Indeks BMD

 

Akt urodzenia Antoniny Rychlik zindeksowany w bazie Geneteka RzK Wiśniew U 26 / 1830

RK Wisniew 1830 Antonina Zychlik

 

Grażyna Rychlik

25 IV 2020

Jak jesteśmy spokrewnieni z krewnymi genetycznymi z baz wyników badań DNA?

Czytając różne posty i zapytania widzę, że problematyka ta stwarza nadal wiele trudności osobom, które zabierają się do badania DNA do celów genealogicznych. Stąd ten post.

Każda firma badająca DNA do celów genealogicznych wybiera sposób w jaki określa pokrewieństwo między nami a naszym genetycznym krewnym, który znajduje się w bazie DNA tej firmy (poprzez badanie lub transfer danych).

W odniesieniu do ustalania pokrewieństwa przy pomocy DNA w użyciu są dwa systemy, choć nie są to wszystkie istniejące systemy. Opisuję je pokrótce i na końcu podaję przykład, w którym pokrewieństwo „policzone” jest przy pomocy obydwu omówionych systemów.

System nr 1
W firmach amerykańskich przeważa system liczenia pokrewieństwa, który nazwałabym liczeniem pokoleń dzielących dwóch krewnych genealogicznyc. Nie ma on nazwy własnej. Tutaj liczymy pokrewieństwo poczynając od wspólnego przodka. Do pewnego momentu nazwy są takie same jak po polsku a od dzieci rodzeństwa numeruje się kolejność/pokolenie kuzynów. Jeżeli są przesunięcia pokoleniowe, to też się je numeruje i wtedy wiadomo o ile pokoleń odległe są dwie osoby. Taka jest kolejność pokrewieństwa a więc i nazewnictwa:

wspólny przodek / common ancestor (CA)

rodzeństwo / siblings

dzieci rodzeństwa / rodzeństwo cioteczne stryjeczne / first cousins (1stC/1C)

dzieci poprzedniego pokolenia / second cousins (2ndC/2C)

i tak dalej

 

System nr 2 to tak zwana komputacja rzymska
Jest to system, który używany jest także w prawie obowiązującym w Polsce do obliczania stopnia pokrewieństwa. Używany jest przez My Heritage. Tutaj liczy się wszystkie urodzenia pomiędzy dwiema osobami, których stopień pokrewieństwa chce się obliczyć pomijając wspólnego przodka.

Poniżej pokazuję fragment jednego z drzew genealogicznych moich przodków. Ustalamy pokrewieństwo między Danielem Zawadzkim i Bolesławem Rychlikiem.

[Do narysowania poniższego drzewa wykorzystałam narzędzie „Relationship Chart” w programie Roots Magic, z którego korzystam. Pokrewieństwo zapisane jest pełnymi słowami w języku angielskim.]

 

Rychlik Zawadzki Relationship Chart

Według systemu nr 1 Daniel Zawadzki i Stanisław Franciszek Rychlik są rodzeństwem ciotecznym czyli po angielsku first cousins (1C). Bolesław jest natomiast z kolejnego pokolenia, po angielsku określa się więc pokrewieństwo między Danielem a Bolesławem first cousin once removed (1C1R).

Według komputacji rzymskiej mamy tutaj w sumie 6 osób w linii pokrewieństwa: Daniel, Stanisław, Wojciech, Józefa, Stanisław Franciszek i Bolesław. Nie liczymy wspólnego przodka czyli Wojciecha Zawadzkiego, pozostaje nam więc 5 osób czyli Daniel Zawadzki i Bolesław Rychlik są krewnymi piątego stopnia.

Jak widać każdy system używa innego sposobu liczenia, innego nazewnictwa i ma inny „wynik”.

W genealogii częściej używany jest system nr 1 wywodzący się z nazewnictwa obowiązującego w języku angielskim. Według mnie jest prostszy i łatwiejszy do codziennego użytku.

Więcej na temat tego systemu i używania go do doprecyzowywania pokrewieństwa genealogicznego na podstawie badań DNA można znaleźć w mojej książce „Genealogia i DNA”.

Grażyna Rychlik

13 kwietnia 2020

Parantele 2019

W czasach epidemii wiele zamkniętych w domach osób poszukuje jakiegokolwiek zajęcia, by jakoś zabić nadmiar wolnego czasu. Oczywiście, nie dotyczy to wszystkich, ale wiele memów i relacji skłania do przekonania, że wiele osób nie radzi sobie z wykorzystaniem nadmiernej – w stosunku do standardowej codzienności – ilości czasu.

Inaczej jest wśród genealogów, którym na ogół doskwiera wieczny brak wolnego czasu na żmudne poszukiwania lub rozpracowywanie treści dokumentów z przeszłości, co ma prowadzić do odkrywania kolejnych rodzinnych historii. Genealogom podarowano czas, ale czy wszyscy skorzystają z tej szczodrej w pewnym sensie oferty?
Niektórzy łowcy przodków i historii rodzinnych zarówno w Polsce jak i na całym świecie na pewno wykorzystują ten czas na nadrobienie zaległości w poszukiwaniach własnych przodków. Oczywiście, nie wszystkie materiały są dostępne w Internecie, więc nie każdy będzie miał możliwość nadrobienia zaległości lub wyruszenia na nowe obszary poszukiwawcze.
Niestety FamilySearch nie odblokowało – co byłoby miłym gestem – choćby na 2–3 miesiące ogólnoświatowych czasów dystansu społecznego/social distancing – wielu opatrzonych kluczykiem zespołów. Sama nie mogę więc kontynuować poszukiwań moich przodków z linii Rychlików w Węgrowie. Mam nadzieję, że inni mają więcej szczęścia.

Jeżeli sami nie możemy z jakichś przyczyn zająć się poszukiwaniami, to dany nam czas możemy spędzić na poszukiwaniu inspiracji do poszukiwań genealogicznych, zapoznawaniu się z odnalezionymi już historiami rodzinnymi i tworzeniu planów przyszłych poszukiwań. Pomogą w tym rozliczne czasopisma genealogiczne!Parantele 2019 okladka

Szczególną uwagę chciałabym zwrócić na kolejny rocznik (2019) Paranteli wydawanych przez Śląskie Towarzystwo Genealogiczne. Znajdziemy w nim artykuły uniwersalne jak ten dotyczący najczęściej występujących w Polsce nazwisk, ale i mnóstwo artykułów na temat własnych doświadczeń poszukiwawczych i ich efektów, spotkań z nieznanymi czy po latach odnalezionymi krewnymi, odwiedzinami miejsc, których nazwy znaliśmy czasem tylko z zasłyszanych historii rodzinnych. Niektóre artykuły są bardzo bogato ilustrowane, można więc zapoznać się między innymi z dokumentami, które możemy odnaleźć w trakcie poszukiwań zarówno w Polsce jak i na całym świecie – w krajach, do których losy rzuciły naszych krewnych. W tym roczniku wędrujemy i na Litwę i do USA i do Argentyny.
Niektórym artykułom towarzyszą tablice genealogiczne, które mogą zainspirować nas do opracowania formy, w jakiej sami chcielibyśmy przedstawić genealogie naszych przodków.
W tych ostatnich Parantelach możemy też znaleźć historię niemieckiej rodziny z przedwojennego Wrocławia – rzadko artykuły o takiej tematyce genealogicznej się zdarzają i mogę mieć tylko nadzieję, że będzie ich coraz więcej.

Grażyna Rychlik

13 kwietnia 2020