Wyróżnione

Pierwszy wpis

To mój pierwszy wpis. Na razie zachęcam do zapoznania się z tym, co na początek udało mi się zgromadzić w zakładkach menu. Szczególną uwagę zwracam na Interesujące zagadnienia (w domyśle genealogiczne) oraz Czytelnię. Będę starała się w miarę możliwości publikować informacje o podobnym charakterze.

 

Reklamy

Czy posiadanie wspólnego przodka 15-20 pokoleń wstecz jest przeszkodą do zawarcia małżeństwa?

Wydawałoby się, że jest to dziwne pytanie, ale może się ono nasunąć podczas lektury niektórych artykułów trafiających do przestrzeni informacyjnej kreowanej przez media. Jest to przestrzeń od genealogii dosyć odległa, ale czasami tak się zdarza, że drogi mediów i genealogii krzyżują się ze sobą. Czasami efekt jest bardzo dobry, a czasami niekoniecznie.

Niedawno natknęłam się na dziwny artykuł na temat pokrewieństwa księcia Harry’ego i jego bliskiej znajomej (określenie „partnerka” z artykułu w języku polskim nie odnajduje potwierdzenia w artykule w języku angielskim, gdzie używane jest określenie ‘girlfriend”). Genealodzy rozpracowujący genealogie zarówno członków rodzin królewskich jak i osób, które trafiają do tych kręgów, w przypadkach takich jak ten przytoczony, zabierają się do pracy. Jeżeli tylko są źródła, można prześledzić pokrewieństwo setki lat wstecz. Oczywiście, dzisiejsze standardy genealogiczne wymagają, by potwierdzić takie pokrewieństwo także genetycznie, choć nie zawsze może to być możliwe. Jeśli nie jest, wywody przodków opierają się tylko na dokumentach i nie są potwierdzone badaniami na pokrewieństwo biologiczne.

W tym konkretnym przypadku pojawiło się więc określenie, że książę Harry Windsor i Meghan Markle są kuzynami.

Oczywiście w bardzo ogólnym rozumieniu znaczenia słowa „kuzyn” nie da się temu zaprzeczyć. Jednakże wspólny przodek w 15. pokoleniu to nie jest stopień pokrewieństwa, który mógłby sam w sobie w jakikolwiek sposób stanąć na drodze do zawarcia małżeństwa w świetle prawa religijnego czy świeckiego, jeżeli wyciągnięcie tego tematu przez media przyświecało takiemu rodzajowi konkluzji. Być może tak nie było, ale wydaje się, że szukano w tym temacie pewnego rodzaju sensacji, wykraczającej poza ciekawy przypadek genealogiczny potwierdzenia tak odległego pokrewieństwa pomiędzy rodziną królewską a rodziną przynajmniej na pierwszy rzut oka „zwyczajną”. Oczywiście, w tym konkretnym przypadku – gdyż chodzi o rodzinę królewską – o przeszkodach do zawarcia małżeństwa mogą zadecydować zupełnie inne kwestie.

Patrząc na problematykę potwierdzenia odległego pokrewieństwa trzeba przyznać, że pasjonaci genealogii nie będący członkami rodzin królewskich z powodzeniem mogą pokrewieństwo tak odległe ustalić, jeżeli tylko istnieją pozwalające na to dokumenty lub jeśli przeprowadzi się na tyle szerokie i żmudne analizy materiału genetycznego, że pozwolą one na potwierdzenie tak odległego pokrewieństwa osób odmiennej płci. Można by więc nieopatrznie zrozumieć, że jeśli takie odległe pokrewieństwo się udowodni, to może to być przeszkodą do zawarcia małżeństwa.

Należy jednak pamiętać, że w przypadku zawierania małżeństw kwestie takie jak dozwolony stopień pokrewieństwa osób planujących zawrzeć związek małżeński reguluje prawo, obowiązujące w danym kraju. Jeżeli nurtuje nas ten temat, trzeba go po prostu zgłębić. Sprawdzać trzeba zarówno przepisy prawa świeckiego jak i religijnego a w tym ostatnim przypadku trzeba sprawdzić, jak odnosi się do pokrewieństwa potencjalnych małżonków dana religia, przepisy mogą być podobne, ale nie można zakładać, że wszystkie wyznania mają takie same zasady w tym względzie.

Pokrewieństwo sięgające setek lat wstecz, nie ogranicza więc prawnie możliwości zawierania związków małżeńskich. Nie badałam sprawy zbyt głęboko, być może istnieje jakiś kraj, który nie zezwala na małżeństwo osób spokrewnionych ze sobą 15 pokoleń wstecz. Na ogół mówimy o 4-5 pokoleniach.

Pewne – przynajmniej na razie – zdaje się natomiast być to że genetycznie, więc i historycznie wszyscy pochodzimy: mężczyźni od jednego mężczyzny a kobiety od jednej kobiety. Jest więc oczywiste, że wszyscy jesteśmy ze sobą spokrewnieni a zatem należy się spodziewać, że takich odległych wspólnych przodków będziemy odnajdywać. Czy na nich natrafimy zależy od tego, jak dawno temu żył nasz wspólny przodek, czy jeszcze w czasach, które możemy sprawdzić w dokumentach czy wcześniej.

Jeżeli zajmujemy się genealogią, to dążenie do ustalenia kim byli nasi przodkowie z najstarszego pokolenia, którego istnienie możemy udowodnić przy pomocy zachowanych do dziś materiałów archiwalnych, powinno być jednym z naszych głównych celów poszukiwawczych. Im dalej będziemy sięgać wstecz, tym prędzej możemy natrafić na tak zwany „ubytek przodków” (albo „tożsamość przodków” (za J. Szymański, Nauki pomocnicze historii, s. 80)) czyli sytuację, gdzie w naszym drzewie genealogicznym jedna osoba będzie miała taki sam stopień pokrewieństwa do każdego z kilku naszych przodków (np. była pradziadkiem dwóch osób (dowolnie: prababci i/lub pradziadka) z ośmiorga naszych pradziadków). Takie sytuacje wynikały (i nic nie zmieniło się w tym względzie do dziś) z zawierania małżeństw – świadomego lub nie – wśród krewnych. Kilka pokoleń później, kiedy rodziny są już bardziej rozrośnięte, trudno taką tożsamość przodków dostrzec bez przeprowadzenia kwerendy genealogicznej. Jest więc naturalne, że na pewnym poziomie pokoleniowym będziemy mieć wspólnych przodków z osobami, których pokrewieństwa z nami nie byliśmy świadomi. I nie ma w tym nic na miarę sensacji.

Link do artykułu angielskiego (English)
Prince Harry And Meghan Markle Are Distant Cousins According To Family Tree

Link do artykułu polskiego
Szokujące doniesienia mediów. Książę Harry i jego partnerka są spokrewnieni?

 

Dziś świętujemy 150. rocznicę urodzin Marii Skłodowskiej-Curie.

Dziś przypada okrągła rocznica urodzin Marii Skłodowskiej-Curie. Przyszła noblistka urodziła się w Warszawie na Nowym Mieście 7 listopada 1867. W domu, w którym miało to miejsce znajduje się dziś muzeum biograficzne poświęcone jej życiu i latach aktywności zawodowej.

Jedna ze stron tej witryny poświęcona jest genealogii Marii Skłodowskiej, a więc jej przodkom. Cieszy się ona popularnością wśród czytelników zupełnie niezależną od dzisiejszych okoliczności. Z racji okrągłej rocznicy przypominam o niej i podaję prowadzący do niej link, gdyż być może z racji szczególnego dnia niektóre osoby zainteresuje, być może tylko ponownie, historia tej bardzo interesującej rodziny.

Na stronie można zapoznać się z kilkoma pokoleniami przodków Marii, poznać rodzinne adresy warszawskie i nie tylko, poczytać o tym, jakie zawody dominowały w rodzinie Skłodowskich, zobaczyć jeden z rodzinnych nekrologów, sprawdzić, gdzie pochowani są członkowie rodziny Skłodowskich, przeczytać treść (w formie transkrypcji) aktu urodzenia przyszłej noblistki oraz skorzystać z kolejnego linku, który prowadzi do zdigitalizowanej wersji aktu urodzenia, przechowywanego w zbiorach Archiwum Państwowego w Warszawie i dostępnego na portalu http://www.szukajwarchiwach.pl.

Genealogia a prawo. Czy można wpisać fikcyjne imię ojca do dokumentu w majestacie prawa?

Dziś przypadkowo natknęłam się na informację o ustawie z 1950 o zmianie niektórych przepisów prawa o aktach stanu cywilnego. Mówiąc w skrócie (stosowny fragment ustawy poniżej) ustawa ta zezwalała na – w przypadku braku informacji o ojcu – wpisanie jako imię ojca dziecka jednego z imion zwykle w kraju używanych. Wpis ten miał być dodany na marginesie aktu urodzenia.
Dziś aż trudno uwierzyć, że takie prawo można było wprowadzić. Kryterium popularności imienia też jest ciekawe…
Patrząc na datę (1950) i myśląc, ile w tamtych czasach było dzieci samotnych matek oraz pozamałżeńskich nie wnikając już w okoliczności takich sytuacji, można rozumieć, że ustawodawca podjął próbę uporządkowania tematu. Oczywiście, wolałabym, żeby ustawodawca zajął się edukacją społeczeństwa na temat społecznej akceptacji dzieci, które nie znały swoich biologicznych ojców czy to dlatego, że ich matki były niezamężne czy też dlatego, że wiadomo było, że nie mogły to być dzieci małżeńskie oraz żeby ganił tych, którzy mają z tym problem zamiast dopisywać popularne imię jako imię ojca…

Oczywiście z ustawą z 1950 trudno jest walczyć dziś. Nigdy nie widziałam odpisu aktu urodzenia, który został sporządzony na podstawie takiego aktu urodzenia „z dopiskiem” i zawierał to dopisane fikcyjne imię ojca jako właściwe. Zakładam, że w takich sytuacjach w odpisie powinna znajdować się adnotacja na ten temat, ale czy zawsze się znajduje? Nie wiem. Nie wiem też jak popularne było korzystanie z tego nowego prawa, czy marginalne czy zauważalne w grupie osób, którym mogło zależeć na tym, by z niego skorzystać.
We współczesnych odpisach być może takiej „dopisanej ale w gruncie rzeczy nieprawdziwej” informacji w ogóle się nie podaje, ale przecież możemy korzystać ze starszych odpisów czy innych dokumentów z archiwów rodzinnych.
Nie wiem, ile czasu ta ustawa obowiązywała i na razie tego nie sprawdzałam. Jednakże trzeba o tym pamiętać, gdyż jej wprowadzenie oznacza, że osoby, które z niej skorzystały, mają wpisane fikcyjne imię ojca do dokumentów. Samo wpisanie fikcyjnego  imienia nie jest problemem. Dla genealoga problem zaistnieje, jeżeli nieświadomie rozpocznie poszukiwania takiego fikcyjnego ojca, przyjmując, że informacja o ojcu jest prawdziwa, co wydaje się w zasadzie oczywiste, jeżeli imię i nazwisko ojca figuruje w dokumentach. Dziś przy mnogości indeksów aktów metrykalnych, które dla niektórych przynajmniej poszukiwaczy są głównym  źródłem informacji o genealogii rodziny, nie trudno o przypisanie (świadome lub nieświadome) do rodziny pasującego imieniem i nazwiskiem ojca czy innego krewnego.

Być może jest to dmuchanie na zimne – nadmierna ostrożność – ale być może sama informacja o ustawie z 1950 będzie przydatna dla niektórych genealogów.

Kto wie, być może są też rzekomi genealodzy, którzy korzystają z takich czy innych fikcyjnych informacji i na ich podstawie budują fikcyjne drzewa genealogiczne, które prezentują rodzinom jako prawdziwe. Takiego scenariusza w dzisiejszych czasach też nie można wykluczyć…
Dlatego w przypadku opracowań dokonanych przez inną osobę (czy to z rodziny czy kogoś spoza rodziny) warto żądać kopii (czy oryginałów, jeśli jest to możliwe) dokumentów, które były podstawą do opracowania drzew genealogicznych, by można było sprawdzić poprawność informacji u źródła. Dla każdej informacji dobrze jest mieć przynajmniej dwa źródła, gdyż informacje oparte na jednym tylko źródle z założenia nie są aż tak wiarygodne i powinny być jakoś dodatkowo zweryfikowane. Drugie źródło jest pewnego rodzaju rozwiązaniem/zabezpieczeniem dla potwierdzenia (lub nie) poprawności informacji.

 

Ustawa z dn. 28 października 1950 (Dz. U. Nr 51 poz. 468) [fragment]:

2) w art. 62 dotychczasową treść oznacza się jako ust. (1) oraz dodaje się ust. (2) i (3) w brzmieniu: „(2) W braku takiego uznania lub ustalenia ojcostwa urzędnik stanu cywilnego na wniosek dziecka lub jego przedstawiciela ustawowego albo z urzędu wpisze do aktu urodzenia dziecka jako imię ojca jedno z imion zwykle w kraju używanych, czyniąc o tym wzmiankę na marginesie aktu.
(3) Jeżeli ojcostwo zostanie następnie ustalone, należy postąpić stosownie do art. 56.”.

Art. 2. 1. Na żądanie osoby, w której akcie urodzenia, sporządzonym przed dniem wejścia w życie niniejszej ustawy, osoba ojca nie jest wymieniona, lub na żądanie przedstawiciela ustawowego takiej osoby, urzędnik stanu cywilnego wpisze do jej aktu urodzenia jako imię ojca jedno z imion zwykle w kraju używanych, czyniąc o tym wzmiankę na marginesie aktu.

Siedziba parafii, miejsce zamieszkania a miejsce urodzenia

Ostatnio miałam krótką przerwę w przeglądaniu aktów metrykalnych. Po takiej przerwie w kolejnych przeglądanych aktach zawsze zauważam coś ciekawego.

W zasadzie poza Galicją (od końca XVIII) wszystkie księgi metrykalne czy to religijne czy cywilne zapisywały akty metrykalne dotyczące mieszkańców wszystkich miejscowości należących do jednej parafii do jednej i tej samej księgi. We wcześniejszym okresie mogły się zdarzać podziały na miejscowości w ramach jednej księgi, ale jeżeli chodzi o tereny Księstwa Warszawskiego i późniejszego zaboru rosyjskiego to rzeczywiście prowadzono wspólne księgi dla mieszkańców wszystkich miejscowości parafii.

Niektórzy księża/urzędnicy stanu cywilnego zapisywali też na marginesie obok numeru aktu miejscowość, z której dana rodzina pochodziła, co w przypadku aktu urodzenia na ogół oznaczało miejsce urodzenia a w przypadku aktu zgonu miejsce zgonu. Na ogół, ale jednak nie zawsze.
Oczywiście dopisywanie miejscowości na marginesie nie było wymogiem prawnym i nie we wszystkich księgach taki dopisek znajdziemy. Myślę, że ułatwiało to księżom/urzędnikom stanu cywilnego odnajdywanie aktu, być może prowadzenie jakichś statystyk w sytuacji, gdy nie było oddzielnych ksiąg dla poszczególnych miejscowości.

Przykład, który opisuję poniżej jest dosyć ciekawy, gdyż skłania do zastanowienia, jaki charakter dla sprawy (zdarzenia metrykalnego) ma miejscowość faktycznie na tym marginesie zapisana, czy jest to miejsce zamieszkania, czy urodzenia, jeżeli oczywiście faktycznie są one różne. Na ogół dzieci rodziły się w domach rodziców i miejsce urodzenia i zamieszkania rodziców było tożsame. Ale oczywiście funkcjonował zawód akuszerki i dzieci mogły się rodzić w przygotowanych do porodu domach akuszerek a czasem przecież przypadkowo w jakimś odwiedzanym domu krewnego, czy sąsiadów.

Akt metrykalny, który skłonił mnie do napisania kilku słów na ten temat to akt urodzenia Ludwiki Barbary Sobańskiej z parafii rzymskokatolickiej Rudno z 1847 (nr 120). Jest on zindeksowany na Lubgens.eu. W indeksie podano tylko jedno imię Ludwiki Barbary, więc postanowiłam zajrzeć też do indeksu, gdyż zastanowiło mnie, czy osoba indeksująca korzystała z indeksu, czy zaglądała też do aktu. Podanie imion rodziców i miejscowości (Gołąb) przekonywało, że osoba indeksująca na pewno widziała sam akt urodzenia. Obydwa imiona Ludwika Barbara znajdują się i w akcie i w indeksie w księdze, nie wiem niestety dlaczego drugie imię zostało pominięte. W indeksie nie ma natomiast podanych miejscowości, gdzie urodziły się dzieci. Miejscowość Gołąb spisana jest z marginesu. Myślę, że większość z nas, ze mną włącznie, tak odczytałaby tę informację, że jest to miejsce urodzenia dziecka, którego akt dotyczy. Jednakże z treści aktu dowiadujemy się, ze Ludwika Barbara urodziła się w miejscowości Kamionka. W Kamionce znajduje się kościół parafialny, więc akt urodzenia tam zdaje się powinien być sporządzony. Dziecko urodziło się 2 sierpnia a akt urodzenia został spisany przy chrzcie dnia 16 sierpnia. W międzyczasie rodzina czy też matka z dzieckiem powróciła do domu i chrzest oraz spisanie dokumentu odbyły się w parafii właściwej dla miejsca zamieszkania rodziców a nie urodzenia dziecka. Mogła to też być przyczyna wpisania miejscowości Gołąb na marginesie, by „wszystko się zgadzało”.

Warto jest czytać każdy akt metrykalny od przysłowiowej deski do deski i pamiętać o zasadzie ograniczonego zaufania jeżeli chodzi o informacje podane w elektronicznych (choć tych z ksiąg także!) indeksach aktów metrykalnych.
W przypadku dopisanych na marginesie nazwy miejscowości trzeba się liczyć z tym, że niekoniecznie będzie to miejsce urodzenia dziecka, czy zgonu osoby zmarłej.W tym konkretnym przykładzie miejscowość podana na marginesie a także w indeksie elektronicznym – jeżeli ktoś do takiego aktu dotrze poprzez indeks elektroniczny – może zasugerować nas na tyle, że nie doczytamy dokładnie, co treść aktu urodzenia mówi o miejscu urodzenia dziecka. Możemy po prostu przyjąć, że informację na ten temat mamy podaną na marginesie.

Informacje jak miejsce urodzenia rozbieżne z miejscem stałego zamieszkania mogą się na dłuższą metę okazać bardzo cenne i pomóc przy opracowywaniu historii rodzinnych lub/a także ukierunkować nas, gdzie szukać udokumentowanych faktów z historii naszej rodziny z lat poprzedzających znane już i udokumentowane wydarzenia.

Link do kopii cyfrowej aktu urodzenia Ludwiki Barbary Sobańskiej (1847)

Link do indeksu urodzeń w księdze UMZ z 1847 z parafii rz.-kat. w Rudnie

Miałam pisać o napoleońskich aktach stanu cywilnego w zaborze pruskim a ostatecznie napisałam o zasadzie ograniczonego zaufania, o której trzeba pamiętać, korzystając ze skanów aktów metrykalnych dostępnych w Internecie

Miałam pisać o aktach stanu cywilnego Kodeksu Napoleona, na które można czasem natrafić w księgach metrykalnych z parafii, które należały do Księstwa Warszawskiego i które ostatecznie weszły do zaboru pruskiego a nie rosyjskiego.

Jakiś czas temu sprawdzałam, jakie są zasoby ksiąg metrykalnych z parafii w Chełmnie (nazwa niemiecka Culm) i mignęły mi też opisowe akty stanu cywilnego spisywane według Kodeksu Napoleona. Pomyślałam więc, że księgi metrykalne z Chełmna podam jako przykład.

Odnalazłam Chełmno w katalogu Family Search. Dalej wybrałam „Poland, Bydgoszcz, Chełmno – Church records” i kolejno „Księgi metrykalne, 1640-1899, autor: Kościół rzymsko-katolicki. Parafja Chełmno (Chełmno)”.

Żeby pokazać akty metrykalne z czasów obowiązywania na tym terenie Kodeksu Cywilnego Napoleona Bonaparte wybrałam kolejno „Akta urodzeń 1752-1765, 1777-1818” gdyż najbardziej interesował mnie zakres lat 1808-1812. „Image” 576 to początek interesującego mnie okresu.

W zasadzie chciałam znaleźć jedną rodzinę, dla której mogłabym pokazać akty metrykalne religijne jak i te cywilne i trochę czasu spędziłam na poszukiwaniu tych samych rodzin przed i po 1808. W zasadzie znalazłam tylko dwa powtarzające się nazwiska, ale porównując jeden tylko rok z poszczególnego okresu, nie widziałam w tym nic nadzwyczajnego. Już na początku opis gminy, gdzie akty cywilne były spisywane wydał mi się dziwny, ale najpierw wytłumaczyłam to sobie nieco innym podziałem administracyjnym Księstwa Warszawskiego na departamenty. Jednak ostatecznie sprawdziłam i miejscowości z tych aktów cywilnych i sam opis podziału administracyjnego. Pierwszy akt urodzenia, który czytałam, pochodził z Wichowa (to znaczy dziecko urodziło się w Wichowie) z 1812 (akt urodzenia nr 1). Nie znam tej miejscowości, zapewne jest małą miejscowością w parafii, więc i to nie wzbudziło moich podejrzeń. Jednakże przeczytanie któregokolwiek z aktów od razu daje do myślenia, gdyż czytamy w nich, że „przed … proboszczem chełmickim, sprawującym obowiązki urzędnika stanu cywilnego gminy chełmickiej powiatu lipnowskiego w departamencie płockim…”.

Chodzi więc o Chełmicę a nie o Chełmno. Zgadza się to także z tym, że Wichowo należy do parafii w Chełmicy a nie w Chełmnie. Wygląda na to, że księgi metrykalne z Chełmna i Chełmicy zostały skompilowane w jednym zbiorze skanów i to dotyczącym tylko miasta Chełmna.

Przy tak dużej ilości zasobów może się to oczywiście zdarzyć. Warto o tym jednak pamiętać i w miarę możliwości zawsze sprawdzać, z jakiej parafii/urzędu stanu cywilnego pochodzą księgi i akty i czy opis katalogowy zgadza się z treścią aktów. Oczywiście, nie sprawdzimy tego tak dokładnie w religijnych aktach metrykalnych, gdyż poszczególne akty nie zawierają informacji o miejscowości, w której znajduje się parafia. Ale mamy tam podaną miejscowość zamieszkania osoby/osób, której/ych poszczególne akty dotyczą, więc choćby tak można próbować sprawdzić, czy przeglądamy akty metrykalne z tej parafii, która nas interesuje.

Przy takich błędach możemy uznać, że księgi przeszukaliśmy i poszukiwanego aktu nie znaleźliśmy, choć faktycznie przeszukaliśmy nie te księgi więc i nie te akty, co trzeba.

Ten „eksperyment” z aktami z Chełmna i Chełmicy przeprowadzałam kilka dni temu. W tej chwili część linków nie jest aktywna, choć ostatecznie udało mi się otworzyć wszystkie, korzystając z różnych przeglądarek.

Być może pomyłka w podpięciu ksiąg zostanie niedługo zauważona i poprawiona i pod tymi samymi linkami znajdą się poprawne akty metrykalne. Postanowiłam pozostawić ten artykuł jako przestrogę, że takie pomyłki na pewno będą się zdarzać, choć zapewne z czasem zostaną usunięte.
Po prostu trzeba dokładnie czytać akty, by uniknąć popełnienia błędów w poszukiwaniach. Warto pamiętać, by – niezależnie od opisu katalogowego zbioru aktów – przeczytać choć jeden dokument, by sprawdzić, czy rzeczywiście jego pochodzenie geograficzne zgodne jest z opisem katalogowym. Oczywiście, łatwo jest to stwierdzić w przypadku aktów metrykalnych opartych lub wzorowanych na Kodeksie Cywilnym Napoleona, gdyż każdy akt zawiera informację o tym, gdzie znajdował się urząd stanu cywilnego. Jeżeli mamy do czynienia z księgami wcześniejszymi lub z tych części Polski, w których nie stosowano Kodeksu Cywilnego Napoleona, to po prostu trzeba zajrzeć na stronę tytułową lub okładkę księgi albo do karty bibliotecznej archiwum i przeczytać zamieszczony tam opis księgi. Można też sprawdzić,  gdzie znajdują się miejscowości podane w nagłówku aktów i czy rzeczywiście należą do parafii, którą w zamiarze i według opisu katalogowego przeglądamy.

Etyka, ochrona danych osobowych a może także zdrowy rozsądek w genealogii. Zamieszczanie informacji o osobach żyjących w publicznych bazach danych i innych formach publikacji.

Spodziewam się (być może niesłusznie), że zadanie otwartego pytania do dyskusji, czy należy umieszczać informacje genealogiczne (także o charakterze historii danej osoby) o osobach żyjących spowodowałoby lawinę przykładów, kiedy jest to dobre a kiedy złe a kiedy przynajmniej dopuszczalne. Pytania nie będę więc zadawać. Na niektóre pytania nie ma odpowiedzi pośrednich, choć w kraju, gdzie wiele osób – jak się zdaje – chciałoby interpretować prawo wyłącznie dla swoich własnych potrzeb, trudno może być zauważyć i zaakceptować, że jeśli chodzi o umieszczanie danych osobowych (w tym genealogicznych) to nie ma rozwiązań pośrednich i możliwości interpretacji.

Zaznaczę, że nie chodzi mi o informacje o osobach publicznych, o których na ogół mamy prawo wiedzieć więcej z racji pełnionych przez nie obowiązków, do których pełnienia na ogół sami się zgłaszają lub na których pełnienie sami się godzą.

Umieszczanie danych genealogicznych o osobach żyjących to problem, który dotyczy drzew genealogicznych, które w różnego rodzaju opracowaniach trafiają do przestrzeni publicznej.

Gdzie takie drzewa genealogiczne możemy umieszczać i gdzie je na ogół znajdujemy? Na własnych stronach internetowych lub blogach, na portalach jak My Heritage, Ancestry czy Family Search, w publikacjach elektroniczny, które zawieszamy gdzieś w Internecie, w e-bookach no i oczywiście we wszelkiego rodzaju publikacjach papierowych dostępnych powszechnie lub ograniczonym obiegu.

W Polsce istnieje ochrona danych osobowych, którą wiele osób uważa za przeszkodę w normalnym funkcjonowaniu, ale jednak jest to obowiązujące prawo. Niezależnie od lubianych czy nielubianych przepisów wiele osób jest świadomych, że jakieś informacje na temat nas samych czy innych osób, nie powinny znajdować się w obiegu publicznym, chyba że osoba o którą chodzi wyrazi na to zgodę. Zdarza się, że nasi znajomi zanim podadzą komuś nasz numer telefonu w związku z jakąś sprawą dzwonią do nas, i pytają, czy mogą przekazać kontakt do nas. Świadomość społeczna potrzeby ochrony danych osobowych wzrasta, ale genealogia nie zawsze postrzegana jest jako dziedzina czy hobby, gdzie trzeba się do tych przepisów stosować. A jednak dane genealogiczne zaliczają się właśnie do danych osobowych.

W kontekście genealogii poruszyłam ten temat w mojej książce Praktykowanie genealogii. Pieniążkowie z Jedlińska XVIII-XIX w. w rozdziale Problemy zapisu genealogicznego i prezentacji źródeł informacji. Według mnie dobrym rozwiązaniem unikającym problemów związanych ochroną danych osobowych, etyką czyli stroną moralną całego przedsięwzięcia jest nieumieszczanie informacji o osobach żyjących. Idę nawet dalej i preferuję niepodawanie informacji o osobach, które łatwo mogą pomóc zidentyfikować żyjących krewnych. Oznacza to pominięcie pokolenia już zmarłego ale bezpośrednio poprzedzającego osoby żyjące.

Od pewnego czasu jako programu porządkującego moje poszukiwania genealogiczne używam Roots Magic. Od niedawna posługuję się wersją Roots Magic 7, a dokładnie 7.3.2.0, aktualizowaną 24 stycznia 2017. Program ten ma opcję, której na początku nie włączyłam, ale ostatnio dostrzegłam jej niesamowite możliwości. Mianowicie, jeżeli osoby z mojego drzewa genealogicznego pojawiają się w drzewach zamieszczonych na My Heritage, Family Search czy Ancestry, to otrzymuję informację na ten temat. Jeżeli otworzę link, to nawet jeżeli nie jestem użytkownikiem danego portalu i tak zobaczę w ograniczonym wprawdzie zakresie informację o osobie z mojego drzewa w tym innym drzewie. W zależności od poziomu zabezpieczenia mogę nawet zobaczyć, kto jest administratorem tego odnalezionego drzewa.

Efekt korzystania z tej funkcji oprogramowania jest taki, że mogę zobaczyć, w ilu drzewach sama się znajduję. I znajduję się. Nikt jednak nigdy nie zapytał mnie o moją zgodę na umieszczenie mnie w publicznym – choćby w ramach jakieś grupy użytkowników, której sama członkiem nie jestem, co jednak i tak nie ma tutaj znaczenia – drzewie genealogicznym.

Spodziewam się, że wiele osób będzie uważać, że nie ma o co kopii kruszyć. Jednak jest. Odczuwa się to dopiero w momencie, kiedy nas samych będzie to dotyczyć, albo jeśli się okaże, że nasze – nie przez nas zamieszczone – dane zostaną użyte nazwijmy to ogólnie „przeciwko nam samym”.

Jestem przekonana, że wiele osób, które umieszczają w drzewach publicznych informacje o osobach żyjących, nie robi tego w celu działania przeciwko tym osobom. Wynika to raczej z braku zastanowienia się nad potencjalnymi negatywnymi konsekwencjami.

Warto więc zacząć szacować nasze działania genealogiczne w odniesieniu do etyki, ochrony danych osobowych czy choćby zdrowego rozsądku, który (ten ostatni) już sam powinien podpowiedzieć nam zastanowienie się nad podawaniem w publicznych drzewach genealogicznych informacji o osobach żyjących.
Oczywiście, jeżeli chcielibyśmy, by nasze drzewo genealogiczne było pełne, możemy zwrócić się z pytaniem, czy dany krewny wyraża zgodę na publikację informacji genealogicznych o nim w publicznym drzewie genealogicznym. W ramach pytania o zgodę, powinniśmy tego krewnego poinformować, gdzie te informacje będą się znajdować i kto będzie miał do nich dostęp. Jeśli taką zgodę otrzymamy, to oczywiście możemy wtedy informacje publikować. Zdarza się jednak, że zadanie takiego pytania wydaję się krępujące dla samego genealoga. Umieszczenie informacji z pominięciem zapytania o zgodę, by uniknąć krępującej sytuacji, nie jest dobrym rozwiązaniem.

Jeżeli opublikujemy informacje o żyjących krewnych bez ich zgody a także zapewne wiedzy, to na ogół wcześniej czy później krewni ci i tak się o tym dowiedzą i odkręcanie takiej teoretycznie błahej sprawy może być bardzo nieprzyjemną sytuacją w rodzinie.

Nie chodzi tu tylko o publikacje w Internecie czy publikacje powszechnie dostępne. Nawet jeżeli przygotowujemy opracowanie na wewnętrzny użytek danej rodziny, które będziemy rozdawać w formie wydruku lub niskonakładowej publikacji, powinniśmy uzyskać zgodę od osób żyjących, na umieszczenie informacji o nich a także na poziom szczegółowości tych informacji, które oni chcą upublicznić. Należy się spodziewać, że wszyscy zgodzą się na publikację wszystkich danych w publikacji wewnętrznej wyłącznie na użytek danej rodziny. Ale losowo jacyś krewni mogą nie chcieć dzielić się informacjami i trzeba to uszanować.

Pozostaje mieć nadzieję, że z czasem poziom świadomości genealogów – jeśli chodzi o konieczność posiadania zgody na umieszczanie jakichkolwiek danych osobowych o osobach żyjących zarówno w Internecie (czy to w bazach czy na stronach) jak i innych formach publikacji lub nieumieszczanie takich informacji jeżeli takiej zgodny nie mamy lub nie czujemy się na siłach, by pytanie o zgodę zadać – wzrośnie.

4. Ogólnopolska Konferencja Genealogiczna Brzeg 2017. 8-10 IX 2017. Także na żywo!!!

W tym roku już po raz czwarty (!) Opolscy Genealodzy organizują na Zamku Piastów Śląskich w Brzegu Ogólnopolską Konferencję Genealogiczną. Już dziś (8 IX) wieczorem odbędzie się powitanie uczestników a w sobotę (9 IX) o godzinie 10.00 nastąpi otwarcie konferencji.

Podobnie jak w zeszłym roku organizatorzy pracują nad udostępnieniem konferencji na żywo!
Jest to wspaniała inicjatywa, która umożliwia uczestnictwo w konferencji w sytuacjach, kiedy nie możemy samemu dotrzeć do Brzegu!

Pełny materiał z poprzednich konferencji (do którego dołączy materiał z tego roku jakiś czas po zakończeniu konferencji) dostępny jest na YouTube.

Poniżej przydatne linki. Oczywiście wszystko można też znaleźć samemu w Internecie.

Informacje ogólne wraz z linkami

Program konferencji do pobrania (pdf)

Link do konferencji na żywo – link aktywny w czasie trwania konferencji

Linki do nagrań z poprzednich konferencji