DNA i genealogia a łapanie przestępców

Gdybyście mieli czas na jeszcze jeden interesujący artykuł w ten weekend, a interesuje was praktyczne wykorzystanie badań DNA i samej genealogii do namierzania przestępców, to chciałam wam polecić historię zniknięcia Yary Gambirasio, włoskiej dziewczynki spod Bergamo, kóre miało miejsce w 2010.
Moją uwagę na tę historię – przy okazji wydania mojej książki „Genealogia i DNA” – zwróciła moja mieszkająca we Włoszech koleżanka.

Ale wtedy nie znalazłam nic na ten temat po polsku, a w ten weekend natrafiłam na artykuł napisany jak rozumiem na podstawie informacji/artykułów z TheCrimes.pl i The Guardian. Opisuje on dość szczegółowo zakrojone na szeroką skalę poszukiwania przestępcy, który uprowadził i zamordował tę dziewczynkę. Historia jest oczywiście tragiczna. Przy tej smutnej okazji można się jednak dowiedzieć w jaki sposób prowadzono masowe w zasadzie poszukiwania przestępcy przy pomocy DNA. Także, że takie poszukiwania nie są wolne od błędów i pomyłek. Skala przedsięwzięcia była jednak przeogromna, a w rezultacie doporowadziła do ujęcia sprawcy.

Link do artykułu:
https://www.onet.pl/styl-zycia/onetzdrowie/historia-smierci-yary-gambirasio-najdrozsze-sledztwo-w-historii-wloch/08x1ec2,2b83378a

For English speakers, I found the article from the Guardian on the subject of DNA investigation into murder of an Italian school girl Yara Gambirasio, link below:
https://www.theguardian.com/world/2015/jan/08/-sp-the-murder-that-has-obsessed-italy

Grażyna Rychlik

18 IV 2021

Akty metrykalne oryginalne i odtwarzane

Jaka jest różnica między aktami metrykalnymi oryginalnymi i odtwarzanymi? Oryginalne były sporządzane wkrótce po zdarzeniu, które dokumentują, na przykład akt urodzenia sporządzany był w przeszłości tego samego dnia, w którym urodziło się dziecko lub do kilku dni później.

Akty metrykalne odtwarzane to takie dokumenty, które zostały spisane dużo później niż oryginalne akty metrykalne. Przyczyny odtwarzania aktów metrykalnych są różne, ale ogólnie rzecz biorąc dokumenty odtwarzane są wtedy, kiedy te oryginalne zaginęły lub wiadomo jest, że zostały zniszczone. Odtwarzane mogą być całe księgi albo jedynie wybrane akty. Wszystko zależy od instytucji zlecającej odtworzenie lub od osoby, która występuje o odtworzenie aktu na przykład aktu urodzenia.

Jak zatem odróżnić oryginalne akty metrykalne od tych odtwarzanych? Wszystko zależy trochę od doświadczenia i znajomości dokumentów. Jeżeli pracujemy na ogół z oryginalnymi aktami metrykalnymi, to jesteśmy przyzwyczajeni do ich wyglądu i treści. Konkretny przykład, który opiszę dotyczy wybranych aktów metrykalnych sporządzanych w urzędzie stanu cywilnego przy parafii rzymskokatolickiej w Mławie, w czasach zaborowych znajdującej się pod zaborem rosyjskim. W tej części Polski akty metrykalne były sporządzane w formie opisu zdarzenia.

Przykładowo pokazuję akt urodzenia nr 72 z 1884. Można go naleźć na stronie metryki.genbaza.pl lub w zakładce „Metryki” na genealodzy.pl. Ten akt znajduje się w typowym układzie aktów urodzenia w księdze, po dwa na stronie, na poniższym skanie jest to akt na dole po lewej stronie. Właśnie do takiego układu aktów urodzeń na sąsiadujących stronach jesteśmy najbardziej przyzwyczajeni w tej części Polski.

Jeżeli jednak naszą przygodę z genealogią zaczniemy niefortunnie w taki sposób, że trafimy na inny układ zapisu w księdze a nie będziemy mieć doświadczenia, które podpowie nam, że z zapisem jest „coś nie tak”, to możemy uznać, że ten inny zapis jest typowy.

Obecnie akty metrykalne z terenów Polski możemy przeglądać na różnych stronach: szukajwarchiwach.pl, we wspomnianej zakładce „Metryki” na genealodzy.pl, na stronie genbaza.metryki.pl oraz na FamilySearch. Trudno więc przewidzieć, na którym portalu będzie się prowadzić poszukiwania.

Jeżeli tak się stanie, że w przypadku ksiąg z Mławy będziemy je przeglądać na FamilySearch to możemy tam natrafić na zdygitalizowany zasób Archiwum Diecezjalnego w Płocku. Znajdziemy tam księgę urodzeń z lat 1884-1889, w której ten sam wyżej opisany akt urodzenia będzie zupełnie inaczej zapisany w księdze – kopia poniżej.

Według karty opisu tytuł tej księgi to Akta metrykalne par. Mława, Akta urodzonych, 1884-1889. Opis ten nie sugeruje, by była to księga odtwarzana. Jest taki sam jak w przypadku ksiąg oryginalnych.

Jednakże układ zapisów jest inny – w formie tabeli. Zapis jest w języku polskim. W 1884 księgi metrykalne były pisane w języku rosyjskim, ale może to była dodatkowa księga, nieoficjalna, która była prowadzona po polsku?, papier w kratkę także nie był stosowany do prowadzenia ksiąg. Także pismo nie wygląda na tak stare. Do tego co jakiś czas zmienia się osoba, która wypełniała tabelę. Jeżeli ksiądz, który chrzcił dziecko/sporządził akt urodzenia jest ten sam, to widać, że osoby wpisujące jego imię i nazwisko mają różne charaktery pisma, więc nie ten ksiądz wpisywał informacje do tabeli.

W księdze tej są różne zapisy dodatkowe między innymi z lat 20., 30. i 40. XX w. Zapisy dodatkowe pojawiają się i w oryginalnych księgach, więc nie ma w tym żadnej podpowiedzi. Jedne zapisy dodatkowe wyglądają tak, jakby były pisane przez tę samą osobę, co informacje o urodzeniach w tabeli a inne na pisane przez inną osobę. To sugeruje, że księga mogła zostać odtworzona wcześniej niż te dodatkowe zapisy inną ręka. Nie zagłębiam się w ustalenie daty spisania/odtworzenia tej księgi, ale ze względu na język zapisu można przypuszczać, że powstała po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Ze względu na ciągłość zapisu (akt po akcie) najprawdopodobniej bazowała na oryginalnych duplikatach ksiąg z epoki, które przechowywane były w archiwach sądowych (a dziś w archiwach państwowych).

Czy to ma jakieś znaczenie, że korzystamy z księgi odtworzonej czy oryginalnej i że jesteśmy tego świadomi? Zawsze lepiej jest korzystać z dokumentów oryginalnych. Dokumenty odtwarzane, więc przepisywane lub sporządzane z zapamiętanych informacji są bardziej podatne na błędy i nieścisłości. Jeżeli trafimy najpierw na księgi, które wyglądają „zbyt nowo” lub inaczej niż te, do których wyglądu jesteśmy przyzwyczajeni, warto sprawdzić, czy gdzieś w sieci, na innych stronach ze skanami akt metrykalnych, odnajdziemy poszukiwany przez nas akt w wersji oryginalnej. Jeżeli porównamy informacje, być może będą one identyczne, a być może nie.

Grażyna Rychlik

11 IV 2021

Faktor, markier, spektor

W aktach metrykalnych, które podają zawody osób występujących w tych dokumentach można czasem natrafić na zawody, które być może nadal istnieją ale nazywają się inaczej lub już zanikły. Ustalenie jaki to zawód czasem może być trudne, gdyż to starsze słownictwo nie trafiło już do Internetu i tam nie znajdziemy znaczenia poszukiwanych słów.
Kupując słowniki językowe czasem można natrafić na informację w opisie, że zostały w nich usunięte słowa przestarzałe. To świetna wiadomość, ale nie dla genealogów czy historyków. Trzeba więc pamiętać, że czasem korzystanie z papierowych wydań słowników i to wydań dużo starszych niż bieżące może być jedynym rozwiązaniem. Czasami trzeba szukać w opracowaniach i mogą to być opracowania obcojęzyczne.
Pierwszym takim nieznany pod starą nazwą zawodem z jakim się zetknęłam od kiedy zaczęłam zajmować się genealogią był „ekscentryk”, jak się okazało była to działalność związana z prowadzeniem karuzeli…

Przeglądając akty stanu cywilnego z okręgów bóżniczych od czasu do czasu natrafiam na zawód faktor. Ostatnio natrafiłam też na zawody markier i spektor. Od 1868 (czasem wcześniej) księgi z terenu zaboru rosyjskiego prowadzone są w języku rosyjskim, co może stwarzać pewne problemy z ustaleniem pisowni. W przypadku zawodu „маркер” jest to jednak – przynajmniej według słownika języka polskiego – markier a nie marker. Bardzo często pojawia się też w aktach stanu cywilnego wyznania mojżeszowego określenie „szkolnik”.

Gdzie zatem szukać znaczenia takich przestarzałych słów? Nie ma na to jednej rady i podane rozwiązania nie zawsze mogą się sprawdzić, ale na pewno warto próbować.

Wyjaśnienie, czym zajmowali się faktor i markier znalazłam w Wielkim Słowniku Języka Polskiego PWN (wyd. 2018), co dobrze świadczy o tym najnowszym wydaniu. Nie znalazłam tam jednak wszystkich poszukiwanych słów. Zawsze sprawdzam słownik poprzez słowo „ekscentryk” i tutaj niestety ten słownik się nie sprawdził.
Według wspomnianego Słownika faktor w języku przestarzałym oznacza pośrednika, zwłaszcza w handlu, markier natomiast był to kiedyś pracownik lokalu, klubu, który pilnował porządku, prowadził i sprawdzał rachunki osób grających w bilard, szachy itp.
Oczywiście te osoby, przy których podano takie zawody mogły się zajmować jakąś bardziej sprecyzowaną formą tych zawodów, ale nazwy zawodów w aktach metrykalnych są bardzo ogólne, więc definicje ze słownika dają nam pewne wyobrażenie o tym, czym te osoby mogły się zajmować.

Słowa spektor (lub szpektor) nie ma ani w Słowniku ani w polskiej Wikipedii. Znalazłam je natomiast w rosyjskiej Wikipedii. W pierwszym znaczeniu określono je jako „nazwisko żydowskie”, ale jest też wyjaśnienie, że słowo to pochodzi od słowa inspektor, którym był член еврейской общинной администрации, в обязанности которого входило наблюдение за школами и общественной моралью czyli przedstawiciel administracji gminy żydowskiej zajmujący się inspekcją szkół i społecznej moralności.

Szkolnik to określenie, które bardzo często pojawia się w cywilnych aktach metrykalnych wyznania mojżeszowego. Szkolnicy bardzo często byli świadkami w aktach metrykalnych. Tego słowa nie ma w Wikipedii i w zasadzie nie ma w Internecie w polskiej wersji językowej. Jak się dobrze poszuka to można je znaleźć w Polskim Słowniku Judaistycznym na stronie Żydowskiego Instytutu Historycznego. Słownik ten jest dostępny także w wersji papierowej. Słowo to nie ma w tym słowniku definicji, jest tam jedynie przekierowanie do słowa szames. Określenie szames znajdziemy w aktach metrykalnych z Galicji, ale nie z zaboru rosyjskiego. Według tego słownika w pierwszym znaczeniu szames był woźnym, posługaczem w gminie, synagodze, sądzie rabinackim bądź w bractwie a tym samym należał do grupy płatnych pracowników administracji danej społeczności (w synagodze – obok rabina i kantora). Szkolnicy między innymi uczestniczyli w różnego rodzaju uroczystościach, np. w ślubach, pogrzebach itp. za co otrzymywali datki.

W Polskim Słowniku Judaistycznym – przynajmniej w wersji online – nie ma jednak wyjaśnienia, co oznacza słowo faktor czy markier. Należy się wiec spodziewać, że znajdziemy w nim opisy zawodów związanych raczej z funkcjonowaniem gmin żydowskich w zakresie administracji religijnej a nie z funkcjonowaniem społeczności w ogóle. Ale i tu warto sprawdzać słowa, których nie możemy odnaleźć gdzie indziej.

Grażyna Rychlik

30 I 2021

Rozliczenie postanowień starorocznych i postanowienia oraz życzenia na 2021

Mijający rok był inny niż wszystkie lata do tej pory, które mam w pamięci. Miał on też wpływ na realizację postanowień genealogicznych na rok 2020. Kiedy pandemia zaczęła narzucać swoje ograniczenia na wiosnę 2020 musiałam dokonać wyboru: zakupy zapasów żywnościowych czy być może ostatnia wizyta u Mormonów (Centrum Historii Rodziny/CHR)… trzeba było robić zapasy… może nie było to konieczne, ale w marcu w ogóle nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co nas czeka, i ile to będzie trwało. Kiedy piszę ten post nadal nie wiemy, ile będzie to trwało, ale przynajmniej posiadamy już broń, którą możemy walczyć czyli szczepionkę. Czekamy tylko na organizację jej dystrybucji…
Pandemia zaistniała w zasadzie we wszystkich krajach. USA, gdzie znajduje się główna siedziba FamilySearch, znalazły się wśród najbardziej dotkniętych pandemią krajów. Nie tylko CHR w Warszawie nie działa, została też zamknięta do odwołania centralna biblioteka w Salt Lake City. Szkoda, że FamilySearch nie zdecydowało się na odblokowanie skanów ksiąg metrykalnych zamkniętych na stronie kluczykiem. Pozbawiło to nas dostępu do zbiorów, bo w żaden sposób nie można ich było i nadal nie można przeglądać.
Trzeba przyznać, że tym większe uznanie i podziękowania należą się PTG za stworzenie „Geneteki”, „Metryk” i innych przydatnych narzędzi oraz rzeszom osób indeksujących i digitalizujących zasoby archiwalne przydatne w poszukiwaniach genealogicznych dzięki czemu tak wiele materiałów dostępnych jest w Internecie i dzięki czemu wiele poszukiwań można było i będzie nadal prowadzić niezależnie od ograniczeń w fizycznym dostępie do repozytoriów.
Jednakże nie wszystkie zasoby dostępne są online, czasem właśnie te, które nam są potrzebne nie są.

Dzięki temu, że kilka moich zamierzeń zaczęłam realizować już w styczniu 2020, bilans postanowień i ich realizacji wypada przynajmniej z mojego punktu widzenia – całkiem dobrze. Było więc zupełnie inaczej niż w 2019, kiedy to plany zaczęłam realizować dopiero w grudniu….

Początek roku i wczesna wiosna do wybuchu pandemii poświęcona była genealogii rodziny Rychlików. Już  wtedy gdzieś napisałam, że gdybym od wiosny nic już dla tej genealogii nie zrobiła, to i tak plany poszukiwawcze jak na jeden rok zrealizowałam w sposób – skromnie rzecz ujmując – bardzo zadawalający. Oczywiście, mogę żałować, że nie zrobiłam kiedyś zdjęć całego Sumariusza aktów metrykalnych sprzed 1808 z parafii w Węgrowie, gdyż zniknął on zarówno ze strony szukajwarchiwach jak i FamilySearch…. Mam zrobionych trochę zdjęć, ale w obliczu moich wielu odkryć przydałaby mi się cała księga. No cóż, z tym będę musiała poczekać do lepszych czasów.
Mój najstarszy udokumentowany odpisem aktu chrztu przodek z linii Rychlików urodził się w 1767, znam też imiona jego rodziców. Informacje o tym odpisie publikowałam na blogu, więc nie będę ich powtarzać. Sukcesy w poszukiwaniach zachęciły mnie do stworzenia drzewa genealogicznego wszystkich Rychlików zapisanych w aktach metrykalnych parafii w Węgrowie – tam na razie wiedzie trop, ale być może będą też inne miejsca. Jest to więc projekt niezależny od mojej własnej genealogii. Tutaj najwcześniejsza data to ok. 1736. Drzewo jest tylko rozpoczęte, ale i tak mam już wiele informacji, i poszukiwania te zamierzam kontynuować.

Podobnie jak w zeszłym roku nie zajęłam się Lipińskimi, więc to zadanie pozostaje aktualne na przyszłość. Jednakże dzięki badaniom DNA na Ancestry odnalazłam Lipińskich nadal pod tym nazwiskiem w USA, więc dopisałam do tej rodziny kilka osób.

Jeśli chodzi o Dołeckich i rodziny spokrewnione i spowinowacone to aktu zgonu mojej praprababci Balbiny (Krajczyńskiej) Dołeckiej nie ma nadal w indeksach. Czekam więc na indeksy lub na to aż więcej aktów zgonu z pierwszych 20-30 lat XX w. będzie dostępnych online, by tam tego aktu zgonu szukać.
Natomiast najbardziej spektakularnym wydarzeniem roku dla mnie było odnalezienie w USA potomków siostry mojego pradziadka Jana Dołeckiego dzięki badaniom DNA na 23andMe. Pisałam o tym i na blogu i w artykule zamieszczonym w „Parantelach” z 2020, więc osoby, które nie znają tej historii a chciałyby się zapoznać z tematem odsyłam do tych artykułów.

Szaniawscy wprawdzie nadal czekają w kolejce, ale w czasie pandemii skontaktowała się ze mną rosyjska genealożka i natchnęła mnie, by przejrzeć „Genetekę” pod kątem moich Szaniawskich. Nie były to więc poszukiwania wyczerpujące, ale udało mi się odnaleźć kilku nieznanych/nienamierzonych wcześniej krewnych. Te niewyczerpujące poszukiwania pokazały też, że dalsze poszukiwania mają potencjał. Problem z Szaniawskimi polega na tym, że jest to rodzina bardzo rozproszona, stąd baza danych jest nieocenionym i wręcz niezbędnym narzędziem przy opracowywaniu genealogii tej rodziny.

Można powiedzieć, że trzymałam się trochę postanowień i „planu poszukiwawczego”, a dzięki przypadkowym odkryciom udało mi się posunąć do przodu w opracowywaniu genealogii kilku rodzin.
Także dzięki badaniom DNA na 23andMe pojawiło się nowe nazwisko w rodzinie: Jabłoński. Na razie nie wiem, jak jesteśmy spokrewnieni, choć pokrewieństwo jest względnie bliskie. Rozwiązanie tej zagadki jest jednym z postanowień genealogicznych na przyszły rok. Podejrzewam, że jest to rodzina spokrewniona od strony Bieńków z okolic Radomia, ale być może okaże się inaczej. Niestety, moje dopasowanie na 23andMe nie ma żadnych wskazówek, będę się więc musiała sama odnaleźć to powiązanie. Takie zadania detektywistyczne lubię najbardziej. Są one jednak najbardziej czasochłonne, szczególnie w tym przypadku, gdy akty metrykalne nie są zindeksowane, a księgi metrykalne są w wersji religijnej czy też galicyjskiej to znaczy bez indeksów na końcu księgi. Trzeba przeglądać akt po akcie.

W mijającym roku zostały sprzedane ostatnie egzemplarze mojej pierwszej książki „Praktykowanie genealogii. Pieniążkowie z Jedlińska XVIII-XIX w.” Być może zdecyduję się na dodruk, gdyż książka ta nadal cieszy się zainteresowaniem.

Jeśli chodzi o sam blog, to nie udało mi się z powodu ograniczeń czasowych napisać kilku planowanych artykułów. Na pewno zostaną napisane, to raczej kwestia czasu a nie rezygnacja z tematów.

A jak wam minął poszukiwawczy rok? Kiedy rozpoczęła się pandemia – a było to przecież na początku roku – wiele środowisk genealogicznych i genealogów zachęcało, by wykorzystać ten dany czas wolny na poszukiwania. Czasu na ogół nigdy nie ma zbyt wiele, a tutaj akurat czas został podarowany. Okazało się jednak w wielu przypadkach, że to niestety tak nie działa i niektóre rzeczy można robić tylko w czasie jaki zazwyczaj przeznaczamy na dany cel. Pandemia na wiele osób, nawet bezpiecznie pozostających w domu, miała niestety wpływ – używając eufemizmu – przygnębiający.

Przeglądając księgi nie raz trafiałam na lata epidemiczne, epidemie trwały 1-3 lata i w księgach łatwo je wyłapać, gdyż zauważalnie wzrastała liczba osób zmarłych w indeksie a jeśli indeksu nie było, to widać, że wpisów było o wiele więcej niż w latach poprzedzających i następujących. Nigdy nawet przez myśl nie przeszło mi, że nam też przyjdzie przeżyć epidemię nie mówiąc już o pandemii.
Wszystkim więc i sobie życzę na nadchodzący Nowy Rok 2021, by pandemia skończyła się jak najszybciej a równocześnie byśmy jak najszybciej ją pokonali. Powrót do normalności potrzebny jest także nam genealogom, by powrócił dostęp do tych materiałów, które są nam potrzebne a które nie są udostępnione w Internecie.

Serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników mojego bloga!

Grażyna Rychlik

31 XII 2020

Dylematy z wybieraniem firmy do badania DNA do celów genealogicznych

W zasadzie wszyscy, którzy zdecydują się na badania DNA do celów genealogicznych, stają przed problemem wyboru firmy, w której te badania zrobią. Na ogół na początku wybierana jest jedna firma.
Niektórzy radzą się w tej sprawie na forach internetowych, nie zdając sobie przeważnie sprawy z tego, że ani w dwóch zdaniach nie można udzielić wystarczających wskazówek na ten temat, ani bazować na jednostkowych doświadczeniach. Gdyby zebrać te jednostkowe doświadczenia to okaże się, że będą one czasem nawet skrajnie odmienne, nie przydadzą się więc do dokonania „jedynego słusznego” wyboru.
Oczywiście wszystkich, którzy chcieliby zgłębić temat zachęcam do korzystania z mojej książki Genealogia i DNA. Wiele osób nie szuka jednak pomocy w poradnikach, nie wie nawet, że istnieją.

Myślę, że najprostszym rozwiązaniem dla osób, które chcą zbadać DNA a nie wiedzą, którą firmę wybrać, jest zastosowanie kryterium najniższej ceny za test. Przy podejmowaniu decyzji można też kierować się dostępnością portalu przez który ogląda się wyniki w języku polskim. Dla niektórych język jest istotnym elementem korzystania z baz danych.

Podstawowym badaniem, które oferują wszystkie liczące się firmy jest badanie DNA autosomalnego, które pozwala na określenie pochodzenia etnicznego, które wiele osób interesuje, oraz na szukanie krewnych niezależnie od płci. Tak zwane dane surowe (ang. raw data) można też czasem (choć zależy to od polityki firmy) przenosić (odpłatnie lub nieodpłatnie) do innych portali, na których odczytuje się wyniki lub stron z narzędziami do pogłębionej analizy danych jak na przykład GEDmatch.

Zrobienie jednego testu powinno przynajmniej dać wyobrażenie, o co w tym wszystkim chodzi, a wraz z nabyciem pewnego doświadczenia można zdecydować się na kolejne kroki.

Jako ilustrację subiektywności radzenia się innych co do wyboru firmy, w której kupuje się test, opiszę pokrótce jakie wyniki w 4 firmach badających DNA i na jednym portalu z narzędziami otrzymał mój ojciec – powiedzmy na dziś (31 października/1 listopada 2020). Skupię się na krewnych genetycznych. Pochodzenie etniczne, które tak fascynuje niektórych badaczy DNA, to dane bardzo zmienne, które publikowane są dla danej osoby badanej w odniesieniu do określonej przez daną firmę grupy badanych (tzw. grupę odniesienia/ang. reference group) i które co jakiś czas są aktualizowane. Informacje o pochodzeniu etnicznym mogą być przydatne do celów genealogicznych, ale już na bardziej zaawansowanym etapie analizy.

A więc pokrótce o wynikach badania DNA autosomalnego (w tym przypadku dla jednej osoby) w odniesieniu do wyniku jakim jest lista krewnych genetycznych osoby badanej, którą widzimy w ramach naszego konta użytkownika. Nie wszystkie firmy publikują listę krewnych genetycznych w taki sam sposób/z takimi samymi danymi. Nie będę więc wszędzie porównywać tych samych informacji. Raz będę pisać o sumie wspólnego DNA a raz o długości najdłuższego wspólnego odcinka. Za wartość progową dla tych rozważań przyjmę pokrewieństwo genetyczne, gdzie najdłuższy wspólny odcinek ma nie mniej niż 20 cM lub suma wspólnego DNA będzie nie mniejsza niż 31 cM czyli pokrewieństwo będzie szacunkowo bliższe niż 3C1R. W przypadkach, kiedy takie dane musiałabym obliczać/sprawdzać dla każdego krewnego genetycznego, wyniki opiszę w inny sposób. Długie odcinki DNA (czyli od ok. 20 cM wzwyż) powinny iść w parze z większą ilością wspólnego DNA, choć nie zawsze tak jest. Może się zdarzyć, że będziemy mieć tylko jeden odcinek wspólny i to będzie nasze całkowite wspólne DNA, przynajmniej do wartości progowej ustalonej przez daną firmę. Przy przyjętych przeze mnie wartościach względnie łatwe powinno być ustalenie pokrewieństwa genealogicznego jeżeli każda ze stron (badany i odnaleziony krewny genetyczny z bazy) posiada dokładne drzewo genealogiczne. Generalnie rzecz biorąc analizując DNA trzeba w pierwszej kolejności rozpatrywać sumę wspólnego DNA w cM a nie jedynie długość najdłuższych odcinków, gdyż na podstawie wspólnego DNA w cM szacujemy pokrewieństwo między dwoma osobami. Tutaj musiałam przyjąć pewne kryteria i czasem trzeba je przyjmować, bo jeżeli mamy tysiąc czy kilka tysięcy krewnych genetycznych to przynajmniej od razu wszystkich nie sprawdzimy. Trzeba zaczynać od osób, które rokują, że uda nam się ustalić pokrewieństwo między nimi a nami.

Family Tree DNA

To była pierwsza firma, w której zrobiliśmy badanie at-DNA (2016). Początkowo nie było tu żadnych dopasowani czyli krewnych genetycznych jeśli chodzi o przyjętą tu przeze mnie wartość progową dla najdłuższego odcinka.

Dziś na tej stronie mamy (ojciec) w sumie 1474 krewnych. Osób, które mają wspólny odcinek o długości minimum 20 cM, jest 10.
Z tych dziesięciu osób tylko jedna opublikowała drzewo genealogiczne w ramach swojego konta, ale jest ono w zasadzie szczątkowe i na niewiele się przyda.
Z tych 10 osób na pewno 4 są z Polski. Nikt z nich nigdy do mnie nie napisał. Ja napisałam do jednej osoby, która ogólnie rzecz biorąc jest chętna coś ustalić, ale nie ma drzewa genealogicznego i zajęłoby jej to zbyt wiele czasu.

Najwięcej wspólnego DNA z jedną osobą to 110 cM a na drugim miejscu jest 77 cM.

Jeżeli chodzi o wartość progową sumy wspólnego DNA na poziomie 31 cM to mamy tu 1082 krewnych genetycznych, ale w wielu przypadkach najdłuższy odcinek ma poniżej 10 cM.

23andMe

Tutaj badanie zostało zrobione w październiku 2018.

Tutaj na dziś mamy 1357 krewnych genetycznych. Tutaj nie mogę zrobić listy krewnych według długości najdłuższego wspólnego odcinka, więc wybieram krewnych o pokrewieństwie powyżej 0,41% czyli 31 cM wspólnych niezależnie od długości wspólnych odcinków. Takich osób jest 27. Wśród nich z Polski – wygląda na to – jest tylko jedna osoba.
Tutaj zaleźliśmy krewnego o największej jak do tej pory (ze wszystkich baz) ilości wspólnego DNA – 339 cM. Bardzo łatwo było ustalić pokrewieństwo.

Z tej listy napisałam do 4 osób, trzy się odezwały, w dwóch przypadkach ustaliliśmy pokrewieństwo, to znaczy ja je ustalałam, Amerykanie nie mieli drzew genealogicznych ani zbyt wielkiego lub żadnego pojęcia o swoich przodkach z Polski. Jedna osoba odezwała się do mnie, ja odpowiedziałam, też łatwo ustaliłyśmy pokrewieństwo. Dodatkowo z dalszych krewnych napisała do mnie jedna osoba, na razie nie ustaliłyśmy pokrewieństwa, ale mamy mało wspólnego DNA. W tym ostatnim przypadku pokrewieństwo jest zapewne bardziej odległe ale być może do ustalenia.

Tutaj z samej listy krewnych genetycznych nie da się odczytać, czy krewni genetyczni mają drzewo genealogiczne.

Ancestry

Badanie wykonaliśmy na przełomie 2019/2020. Nie wiem, ilu tu mamy krewnych. Statystyka strony pokazuje, że 82 osoby o pokrewieństwie 4C lub więcej. 4C odpowiada ok. 13 cM i powyżej tej wartości.

Tutaj jest 27 osób o wspólnym z nami (ojcem) DNA o długości 31 cM i więcej. Najwięcej wspólnego DNA to 112 cM a drugi wynik to 75 cM.
Na podstawie imion i nazwisk szacuję, że nie ma wśród tych krewnych genetycznych nikogo z Polski, choć być może są 1-2 osoby.

Tutaj napisałam do 3 osób. Dwie się nie odezwały, jedna tak. W zasadzie napisałam do niej, by złapać kontakt, bo dzięki opublikowanemu drzewu genealogicznemu łatwo ustaliłam nasze pokrewieństwo.

Z tych 27 osób 10 ma drzewa genealogiczne w wolnym dostępie. Niektóre nie są duże, ale wystarczyły, by ustalić pokrewieństwo między niektórymi osobami. Tutaj znalazłam mnóstwo spokrewnionych osób, których pokrewieństwo mogę łatwo określić, więc do nich nie pisałam.

Nikt z tej strony nie napisał do mnie.

My Heritage

Tutaj nie zrobiliśmy testu tylko w 2020 przerzuciliśmy dane (ojca) z Family Tree DNA.

Tutaj mamy (ojciec) 5148 krewnych klasyfikowanych przez portal jako „odlegli”.
Tutaj mogę zrobić takie porównanie jak dla Family Tree DNA – wg najdłuższego odcinka. Osób o wspólnym najdłuższym odcinku ok. 20 cM jest 99, więc całkiem sporo.
Mogę oszacować, że wśród tych 99 osób jest może 10 osób z Polski, choć nie wszystkie w Polsce mieszkają.
88 z tych 99 osób posiada drzewo genealogiczne, choć niektóre są szczątkowe lub tylko częściowo dostępne – no chyba, że ma się wykupiony abonament My Heritage – więc w sumie drzew, z którymi można pracować jest o wiele mniej.

Najwięcej wspólnego DNA to 68 cM i ok. 61 cM.

Tutaj jesteśmy niedawno. Ja do nikogo nie pisałam. Jedna osoba napisała do mnie, ale mamy bardzo mało wspólnego DNA, wiec pokrewieństwo – jeżeli w ogóle istnieje – jest bardzo odległe. Znalazłam tu też kilku krewnych, których już „rozszyfrowałam” w przeszłości na innych portalach.

GEDmatch

GEDmatch to jeden z popularnych portali z narzędziami do analizy danych. Można tu przerzucić dane surowe z wielu firm badających DNA. Na dziś mamy (ojciec) 2999 krewnych genetycznych.

Tutaj jest 5 osób, które mają najdłuższy wspólny odcinek powyżej 20 cM. Z tych 5 osób jedna jest z Polski. Najwięcej wspólnego DNA to 38 cM.

Tutaj znalazłam mojego pierwszego wspólnego krewnego genetycznego, którego pokrewieństwo mogłam względnie potwierdzić przy pomocy tradycyjnych poszukiwań genealogicznych. Było to w 2018. Obecnie nie ma już tych danych, widocznie zostały wykasowane, choć widzę tę osobę na innych portalach.

Tutaj napisałam do jednej osoby, nawiązaliśmy kontakt. Nikt stąd nie napisał do mnie.

*

Podsumowując, mogę powiedzieć, że dla mojego ojca najlepsze jeśli chodzi o odnalezienie krewnych genetycznych (o względnie wysokim stopniu pokrewieństwa genetycznego, które udało się potwierdzić przy pomocy tradycyjnych poszukiwań genealogicznych), z którymi udało się też nawiązać kontakt okazały się badania przeprowadzone w 23andMe oraz na Ancestry. Wszystkie osoby, z którymi potwierdziłam pokrewieństwo pochodziły z USA. Było to ciekawe doświadczenie, gdyż dzięki niemu dowiedziałam się o wielu krewnych bliższych i dalszych, którzy w przeszłości wyemigrowali do USA.

Część odnalezionych lub potencjalnie łatwych do potwierdzenia krewnych genetycznych znajduje się na kilku portalach jednocześnie.

Dopasowania na My Heritage – choć nie mają oszałamiającej ilości wspólnego DNA – dzięki towarzyszącym im drzewom genealogicznym potencjalnie dobrze rokują jeśli chodzi o potwierdzenie pokrewieństwa przy pomocy genealogii tradycyjnej.

Oczywiście, to jest analiza na bieżący stan rzeczy (31 X/1 XI 2020) za jakiś czas (dłuższy lub krótszy) może się to diametralnie zmienić.

Analiza ta udowadnia, że ustalenie przed wykonaniem badań, w której firmie będzie najkorzystniej przebadać DNA, jest w zasadzie niemożliwe. U mnie okazało się, że najwięcej krewnych odnalazłam dzięki tym moim krewnym, którzy kiedyś wyemigrowali z Polski, a których potomkowie się przebadali. Inni mogą odnaleźć krewnych wśród osób z Polski, które zrobiły badania, a nie wśród obcokrajowców.

Wracając do początkowego pytania o wybór firmy. Najlepiej po prostu od czegoś zacząć, zorientować się, o co w tym chodzi i jeżeli nas to zainteresuje, ewentualnie przeprowadzić badania w kilku firmach. Można też przerzucić dane surowe, ale to nie jest dokładnie to samo, co zrobienie testu w danej firmie.

Grażyna Rychlik

31 X / 1 XI 2020

Parantele – Rocznik Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego – 2020 już są!

Parantele – Rocznik Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego – 2020 już są!
W tym roku mają też niesamowitą okładkę spinającą dwie pandemie, tę sprzed stu lat i tę obecną!

Chciałabym zachęcić także do przeczytania mojego najnowszego artykułu zamieszczonego w tych bieżących Parantelach pt. Czego możemy się dowiedzieć badając DNA oraz jak odnaleźć krewnych przy pomocy DNA na przykładzie Dołeckich i Andrzejewskich.
Opisuję w nim moje zakończone sukcesem poszukiwania krewnych mojego pradziadka Jana Dołeckiego (osoby, której genealogii/historii poświęciłam kilka artykułów na blogu ze względu na wieloaspektowe poszukiwania genealogiczne, które podejmowałam z powodu jej wczesnego zniknięcia z życia rodzinnego a w rezultacie brakiem informacji rodzinnych na jej temat) w szerszym kontekście jakim jest wykorzystywanie DNA do poszukiwań genealogicznych.

Podaję link do podstrony Stowarzyszenia poświęconej wydawnictwom, tam znajduje się link do miejsca, gdzie można rocznik zamówić:
http://genealodzy.wroclaw.pl/publikacje

Grażyna Rychlik

8 X 2020

Ogólnopolska Konferencja Genealogiczna 25-27 IX 2020

Tegoroczna konferencja odbędzie się oczywiście w Brzegu już w przyszły weekend czyli 25-27 września 2020.

Jak zwykle, dla osób które z różnych przyczyn nie dotrą w tym roku do Brzegu, a w tym roku część przyczyn jest zupełnie niezależna od naszych chęci, organizatorzy jak zwykle przygotowali możliwość brania udziału w konferencji online.

Organizatorzy Ogólnopolskiej Konferencji Genealogicznej na Zamku Piastów Śląskich w Brzegu mimo towarzyszącej nam w tym roku pandemii spowodowanej wirusem
COVID-19 nie poddali się i zorganizowani kolejną konferencję!
Jesteśmy wdzięczni, podziwiamy zaangażowanie i pielęgnowanie tradycji tej konferencji, by odbywała się regularnie i co roku!

Na razie przesyłam link do informacji o konferencji a bliżej terminu postaram się dorzucić link do kanału konferencji na YouTube.

https://genealodzy.opole.pl/konferencja2020/program

Grażyna Rychlik

20 IX 2020

Panieńskie dzieci przedślubne

Od czasu do czasu na różnych forach genealogicznych powraca dyskusja na temat dzieci panieńskich, także tych przedślubnych, i poszukiwania potwierdzenia tożsamości ich ojców.

Oczywiście istnieją różne potencjalne i domniemane scenariusze dotyczące ojcostwa w takich sytuacjach. Należy do nich także scenariusz zawarty w istniejącym przekazie rodzinnym co do domniemanego ojcostwa, gdzie jedną z możliwości jest przeświadczenie, że ojcem był późniejszy mąż matki.
Celem utrwalania niepotwierdzonego przekazu ustnego jest często – choć nie zawsze – próba zatuszowania istnienia w rodzinie dzieci panieńskich, także tych przedmałżeńskich, poprzez nadanie im ojców w przekazie ustnym, co do których nie ma jednak żadnego potwierdzenia, że ojcami byli. Czasem właśnie potwierdzenia, kto faktycznie był ojcem dziecka panieńskiego, przedślubnego lub zawsze panieńskiego, szukają osoby, które piszą na ten temat.

Pisałam już wcześniej, że cokolwiek zapisane jest na temat ojcostwa każdego dziecka w dokumentach tradycyjnych może być w dzisiejszych czasach podważone przy pomocy badań DNA. Z drugiej strony badanie DNA może doprowadzić do ustalenia faktycznego ojca jakiegoś dziecka, którym może być nie tylko osoba wcześniej nieznana ale także osoba inna niż znana i dotyczy to zarówno dzieci panieńskich jak i małżeńskich.

Jeżeli pozostawimy na boku możliwości jakie daje nam DNA i szukamy dowodu na ojcostwo dzieci panieńskich w sytuacji, kiedy były one dziećmi późniejszego męża matki, to – być może choć nie zawsze – możemy się spotkać z potwierdzeniem takiej informacji w akcie małżeństwa matki dzieci.
W akcie małżeństwa z 1917 w jednej z warszawskich parafii spotkałam się z takim zapisem:

[Małżonkowie] Oświadczyli jednak, że spłodzone przez nich w przedślubnem wspólnem pożyciu swojem dzieci urodzone w parafii tutejszej… – tutaj wymienione są imiona dzieci i ich pełne daty urodzenia – …niniejszym aktem ślubnym uznają za swoje własne i na zasadzie paragrafu dwieście dziewięćdziesiątego pierwszego Kodeksu Cywilnego Królestwa Polskiego zabezpieczają im stan i prawa dzieci legalnych.

Oczywiście nie wiadomo, czy treść zapisu jest faktycznie zgodna z prawdą, ale można przyjąć, że tak. Jeżeli poszukujemy dowodu na to, że dzieci przedślubne były dziećmi małżonków, którzy dopiero jakiś czas po urodzeniu tych dzieci zawarli związek małżeński, to taki zapis w akcie małżeństwa jest na to dowodem „na piśmie”.
Z kolei można też przyjąć, że dzieci panieńskie niewpisane do aktu małżeństwa rodziców, nie były ich wspólnymi dziećmi przedślubnymi.
Na ogół nie spotyka się w aktach małżeństwa takich zapisów jak powyższy w sytuacji, kiedy kobieta wstępująca w związek małżeński posiada przedślubne dzieci panieńskie, ale może to też świadczyć o czymś innym a nie wyłącznie przekreślać możliwość, że późniejszy mąż matki był faktycznie ojcem panieńskiego dziecka przedślubnego/panieńskich dzieci przedślubnych. Jednakże, jeżeli takiego zapisu w akcie ślubu nie ma, to nie można się nim podeprzeć i sugeruje to, że ojcem dzieci panieńskich był ktoś inny niż późniejszy mąż.

Osobiście bardzo rzadko spotykam się z podobnymi zapisami. Być może macie podobne lub inne interesujące doświadczenia w tej tematyce, szczególnie jeśli chodzi o czasy wcześniejsze niż 1917. Jeżeli tak, to zachęcam do podzielenia się nimi w komentarzach.

Grażyna Rychlik

20 IX 2020

Zgoda biskupa na zawarcie małżeństwa, któremu na przeszkodzie stoi affinitas – czy to zawsze oznacza pokrewieństwo?

Prowadząc poszukiwania w księgach metrykalnych spisywany w urzędzie stanu cywilnego przy parafii rzymskokatolickiej w Regowie natrafiłam na kilka aktów małżeństwa, którym towarzyszyła zgoda biskupa sandomierskiego na zawarcie małżeństwa. Ponieważ nie zawsze łatwo jest trafić na takie dokumenty w księgach pokrótce opisuję jeden przykład.

Sama parafia w Regowie ma interesującą historię. Też możecie natrafić w swoich poszukiwaniach na parafię, która zmieniła swoją siedzibę, i na ogół w historii parafii trzeba doczytać, jaka była tego przyczyna. Przeniesienie siedziby parafii z Regowa do Wysokiego Koła (obydwie miejscowości znajdują się w gminie Gniewoszów, powiecie kozienickim) związane było do pewnego stopnia z nadrzecznym położeniem budynku kościelnego w Regowie, który jeszcze w odległych czasach uległ zniszczeniu w wyniku zalewania terenu wodą. Nowy budynek kościoła nie utrzymał się w dobrym stanie do XIX w. i ostatecznie od 1891 msze zaczęły odbywać się w Wysokim Kole, gdzie ostatecznie ustanowiono siedzibę parafii w Regowie. W tym konkretnym przypadku jeszcze w 1912 biskup używał nazwy historycznej siedziby parafii, więc czasami tak bywało, że nadal funkcjonowała stara nazwa, choć faktycznie siedziba parafii znajdowała się w innym miejscu. W takich przypadkach warto jest więc przy poszukiwaniach genealogicznych czy odtwarzaniu historii miejsca sprawdzać obydwie miejscowości. Podana przeze mnie historia zmiany siedziby parafii podana jest w uproszczeniu, częściowo opartym na informacjach ze strony parafii. Miłośnicy tematu powinni szukać bardziej dokładnych informacji. Mnie przede wszystkim chodzi o ciekawy przykład aktu małżeństwa, na które musiał wyrazić zgodę biskup.

W 1912 w Wysokim Kole zawarli związek małżeński Jan Bernatek, lat 20, syn Ignacego Bernatka i Józefy z domu Kozioł i Katarzyna Bernatek, wdowa, lat 30, córka Ludwika Bala i Ludwiki z domu Mizak. Do tego aktu małżeństwa załączony jest dokument zezwolenia biskupa na zawarcie tego małżeństwa, który stwierdza, że istnieje między tymi osobami pokrewieństwo pierwszego stopnia (łac. affinitas primi gradus). Czy to brat i siostra, czy rodzeństwo stryjeczne? Tak by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać patrząc na takie same nazwiska przyszłych małżonków, ale jak podaje akt ślubu Katarzyna była wdową, więc Bernatek nie było jej panieńskim nazwiskiem. W wielu aktach małżeństwa w przypadku wdowca czy wdowej zawierających związek małżeński podane jest imię i nazwisko zmarłego małżonka/zmarłej małżonki a często także miejsce i data śmierci a nawet numer aktu zgonu. Tutaj nie ma takich informacji.
Druga oczywista myśl – z powodu tak bliskiego affinitas i identycznych nazwisk – która przychodzi do głowy to taka, że Katarzyna wychodzi za mąż za brata zmarłego męża. Czy jest z nim spokrewniona? Być może, ale na pewno nie jest to pokrewieństwo pierwszego stopnia, jej nazwisko panieńskie i nazwisko panieńskie jej matki tego nie sugerują. I nie o pokrewieństwo w tym przypadku chodzi.

Odnalazłam akt ślubu Katarzyny Bali z pierwszym mężem, Wincentym Bernatkiem w 1909 również w Wysokim Kole. Imiona rodziców i nazwisko panieńskie matki obydwu małżonków Katarzyn są zgodne: Ignacy Bernatek i Józefa z d. Kozioł. Dokument ten potwierdza, że drugie małżeństwo Katarzyna zawierała z dużo młodszym bratem pierwszego męża (różnica wieku wg aktu małżeństwa wynosiła 10 lat).

W małżeństwach wymagających zgody biskupa, gdy przeszkoda do zawarcia małżeństwa zapisana jest po łacinie słowem affinitas będziemy mieć do czynienia albo z pokrewieństwem albo z powinowactwem, a nie wyłącznie z pokrewieństwem. Dlatego w przypadkach aktów małżeństwa, którym towarzyszy zgoda biskupa w związku z przeszkodą określoną słowem affinitas warto jest sprawdzić przy pomocy tradycyjnych metod poszukiwań genealogicznych, czy w ogóle istnieje i jeżeli tak, to jakie pokrewieństwo łączy małżonków. Wtedy można potwierdzić, czy faktycznie chodzi o pokrewieństwo czy o powinowactwo.
Ze współczesnego punktu widzenia zawieranie związku z bratem zmarłego męża lub – odwracając sytuację – siostrą zmarłej żony nie jest zawieraniem małżeństwa z krewnym bliskiego stopnia, chyba że rodziny małżonków są w jakiś sposób spokrewnione.

Powinowactwo jest innym rodzajem relacji niż pokrewieństwo.

Opisany przykład obrazuje natomiast, że kościół katolicki powinowactwo również traktował jako przeszkodę do zawarcia małżeństwa, w takich sytuacjach biskup wyrażał na nie zgodę.

Poniżej skany obydwu aktów małżeństwa oraz zgoda biskupa sandomierskiego.

Akt ślubu z 1909

Akt ślubu z 1912

Zgoda biskupa z 1912 (2 strony)



Źródła:
RzK Regów (Wysokie Koło) asc M 14 / 1909 (M 1898-1925) Wincenty Bernatek i Katarzyna Bala
RzK Regów (Wysokie Koło) asc M 18 / 1912 (M 1898-1925) Jan Bernatek i Katarzyna Bernatek
RzK Regów (Wysokie Koło) asc M 1898-1925, zgoda biskupa sandomierskiego na zawarcie małżeństwa nr aktu 18 z 1912, s. 1-2

Grażyna Rychlik

19 IX 2020

„The lost family” – nowa książka o badaniu DNA do celów genealogicznych

Dzięki czytaniu cotygodniowych newsów płynących z New England Historic Genealogical Society trafiłam na moderowaną rozmowę z autorką The lost family, How DNA testing is uppending who we are (wyd. Abrams Press, Nowy Jork, 2020), Libby Copeland, co skłoniło mnie do zamówienia tej książki.

Zamówienie książki było samo w sobie ciekawym doświadczeniem. Wiele osób nie zauważyło, że na początkowym etapie ograniczeń z powodu pandemii COVID-19 przestała działać poczta międzynarodowa. Pozostały usługi kurierskie, które jednak są o wiele droższe. Oczywiście wiele rzeczy można dziś załatwić przy pomocy emaila, skypa, zooma itd., ale jeżeli potrzebna była konkretna rzecz z zagranicy to przez około 6 tygodni przy pomocy tradycyjnych usług pocztowych nie można było jej przesłać. Książkę zamawiałam na amerykańskim Amazonie – książka została wydana w USA – już kiedy poczta zaczęła działać, ale Amazon dalej oferował tylko przesyłkę kurierską… za ok. 50 zł. za przesyłkę tylko tej jednej książki. Przebolałam to, książkę zamówiłam. Plus w usługach kurierskich jest taki, że przesyłki przychodzą szybciej, w końcu za to się płaci. Cena za przesyłkę kurierską przez Amazon była i tak względnie niska w porównaniu do ceny jednorazowej zagranicznej przesyłki kurierskiej, więc nie spodziewałam się, że książka przyjdzie następnego dnia. System zamawiania określił termin dostawy na za dwa tygodnie. Potem dostałam sms z firmy kurierskiej, potwierdzający tę informację. Za tydzień dostałam kolejny sms z informacją, że książka będzie za tydzień a za kilka godzin tego samego dnia kolejny sms, który informował, że książka zostanie dostarczona w tym dniu. I tak otrzymałam tę książkę w ciągu tygodnia… tempo usług kurierskich w czasach pandemii bardzo mi odpowiadało….

The lost family to nowa interesująca książka na temat różnych aspektów badania DNA do celów, które ogólnie rzecz biorąc można określić „genealogicznymi”.

Książka ta nie bardzo mi się podoba, ale to ocena subiektywna. Być może jest to książka pionierska jeśli chodzi o opisanie zjawiska jakim jest badanie DNA przez konsumentów do prywatnego użytku dotyczącego szeroko rozumianej genealogii. Jest to książka pionierska między innymi dlatego, że można się z niej dowiedzieć jak odmienne/odległe od siebie są opinie o tym zjawisku wydawane przez świat nauki w odniesieniu do reakcji konsumentów, którzy zrobili badanie szczególnie, kiedy jego wynik przerasta poradzenie sobie z nim i wynikającymi z niego konsekwencjami w obliczu braku istnienia poradnika na temat tego, jak radzić sobie w nietypowych sytuacjach, jeżeli takie wyniknęły w procesie odczytywania wyników badania.
Istnieje jednak także niebezpieczeństwo, że branie pod lupę pewnych tematów, na które w zasadzie nie ma rozwiązań jest o tyle niebezpieczne, że osoby decyzyjne o ograniczonych horyzontach, których na świecie ostatnio wydaje się być coraz więcej, mogą z tego wyciągnąć potencjalnie szkodliwe wnioski.

Czytając tę książkę można też zrozumieć na czym polega różnica między autorem (tutaj konkretnie autorką), który jest dziennikarzem i zgłębia jakiś temat, żeby go opisać, a ekspertem w danej dziedzinie, który mógłby napisać podobną książkę. W tej książce mamy do czynienia z wersją dziennikarską. Ja osobiście wolę książki ekspertów, którzy nie są dziennikarzami i stąd może wynika moja subiektywna opinia o książce.

Z moderowanego spotkania autorskiego online zrozumiałam, że jest to książka, która opisuje doświadczenia wielu osób, które przeprowadziły badania DNA. I z grubsza tak jest. Najpierw przestraszyłam się, że ostatecznie będzie to książka jedynie o historii Alice Collins Plebuch, która jest mi znana i o której sama pisałam w mojej książce, odnosząc się do artykułu Libby Copeland sprzed kilku lat, opisującego, jakie konsekwencje dla Alice miało wykonanie „dla zabawy” testu DNA. W książce są jednak i inne historie.

Książka ta jest także próbą przedyskutowania przy pomocy opinii różnych ekspertów z wielu dziedzin tematów wiążących się z udostępnianiem materiału genetycznego prywatnym firmom z jednej strony a samodzielnym radzeniem sobie z wynikami badań w przypadku, kiedy odbiegają one od oczekiwań oraz z konsekwencjami takich sytuacji. Do tych tematów należą między innymi polityka prywatności, ochrona danych, zagrożenie rozwoju rasizmu oraz problemy z tożsamością osób, które odkrywają, że ich tożsamość którą znali a może nawet budowali nie jest ich tożsamością w sensie jakim to rozumieli. Szczególnie tematyka rasizmu amerykańskiego w odniesieniu do badań DNA w warunkach polskich wydaje się bardzo odległa, choć jest to jedno z bardzo ciekawych i trudnych zagadnień poruszonych przez autorkę. Opisanie tych aspektów badania DNA w sposób w jaki zostały opisane daje poczucie, że jest to książka odnosząca się do społeczeństwa amerykańskiego. Dla mnie momentami zabrakło w tej książce pewnego uniwersalizmu, co odebrałam jako ograniczenie, gdyż w firmach badających DNA do celów genealogicznych testy wykonują ludzie z całego świata a nie tylko z USA a wielu Amerykanów ma korzenie na całym świecie a nie wyłącznie na amerykańskiej ziemi.

Z drugiej strony w Polsce mamy swoje rodzime zagrożenia dotyczące zarówno poszukiwań genealogicznych jak i badań DNA, jak choćby świadomy czy nieświadomy męski szowinizm. Należący do osób o takich poglądach badacze historii swoich przodków skupiają się na badaniu wyłącznie linii męskich, zupełnie jakby kobiety i ich przodkowie nie miały wpływu na swoje dzieci i kolejne pokolenia. Wiedza na temat badanie DNA autosomalnego od razu porządkuje takie podejście do sprawy, gdyż każdy człowiek 50% swojego materiału genetycznego otrzymuje od matki a drugie 50% otrzymuje od ojca. W kręgach męskich szowinistów wiele osób bada tylko DNA chromosomu Y czyli tak zwane „męskie DNA”.

Dziennikarze mają to do siebie, że piszą na tematy, które „się sprzedadzą” i które cechują się przynajmniej pewną dozą sensacji. Omawiana książka nie jest tego pozbawiona.
Mnie brakuje w niej rozważań na temat przypadków niekontrowersyjnych. Nie wszyscy po zbadaniu DNA dowiadują się, że byli adoptowani lub że jedno z rodziców czy dziadków miało „skok w bok”, ich poczęcie odbyło się przy pomocy nasienia dawcy itd. Większość badanych nie odkrywa takich informacji.
Kiedy zrobiłam mojemu ojcu badanie w AncestryDNA odnalazłam tam wielu krewnych, których pokrewieństwo mogłam bardzo łatwo określić – oczywiście mając już opracowane drzewo genealogiczne. Z niektórymi osobami nawiązałam kontakt. Jedna z prawnuczek brata jednej z moich prababci zapytała mnie – z lekkim chyba przerażeniem – że skoro się odnalazłyśmy, to czy powinnyśmy ze sobą utrzymywać kontakt. Odniosłam wrażenie, że była przerażona, że powiem tak. Odpowiedziałam jej, że nie ma takiej potrzeby, ALE gdyby ona się wybierała do Polski lub ja do USA to może mogłybyśmy się spotkać. Pytałam też o zdjęcia rodzinne, które zawsze są w kręgu moich zainteresowań. Zdjęć niestety nie miała, ale pomysł spotkania „na żywo” wydał jej się ciekawy.
W końcu każda z nas od dawna żyje własnym życiem. Nie zrobiłyśmy badań DNA, żeby się odnaleźć, ale tak się stało, wiemy teraz o swoim istnieniu. Nawiązałyśmy kontakt, wymieniłyśmy adresy emailowe i nie trzeba będzie już przeprowadzać żadnych mozolnych poszukiwań, gdyby ktoś z każdej strony rodziny nagle zainteresował się historią rodziny, po prostu będzie się można skomunikować.
Choć są osoby, dla których nawiązanie takiego kontaktu ma znaczenie emocjonalne i pewnie będą dążyły do względnie pilnego spotkania. Wszystko zależy od charakterów osób, które się poznały/odnalazły przez DNA oraz od ich zainteresowania historią swoich przodków. Czasem osoba, dzięki której kontakt został nawiązany, nie jest zbytnio zainteresowana dowiedzeniem się czegoś więcej o rodzinie, ale być może ktoś inny z jej rodziny będzie chciał nawiązać kontakt i wymienić informacje.

Szkoda, że historie nawiązywania kontaktów z krewnymi dzięki badaniom DNA bez żadnego dramatu w tle, nie znajdują większego zainteresowania u autorów liczących na pewnego rodzaju sensację.
Są to właśnie historie, które genealodzy powinni opisywać w artykułach, czy to na swoich blogach/stronach internetowych czy to w czasopismach genealogicznych. Właśnie dla genealogów te zwykłe historie odnalezienia krewnych, nawiązania z nimi kontaktu i wymiany informacji są najcenniejsze. Jeżeli przy okazji zostanie odkryta jakaś nieoczekiwana historia, to staje się ona częścią rodzinnej opowieści, ale nie sensacją, na której buduje się rodzinną narrację.

Książka The lost family nie jest przetłumaczona na język polski. Na pewno jest warta przeczytania przez osoby, które chcą się dowiedzieć czegoś więcej o społecznym wymiarze badań DNA do celów genealogicznych jak i poznać różne historie i ich zakończenia na pewnym etapie procesu jakim jest odnajdywanie krewnych w wyniku przeprowadzenia badania DNA.

Grażyna Rychlik

15 VIII 2020