Praktykowanie genealogii ma 3 lata!

Nie zdążę już opublikować tego postu dokładnie w rocznicę ogłoszenia utworzenia blogo-strony „Praktykowanie genealogii”. Faktycznie blog został zainicjowany 14 sierpnia 2016 o czym przypomniał mi dwa dni temu WordPress.

W tym roku więcej czasu poświęciłam pisaniu i wydaniu książki „Genealogia i DNA” niż pisaniu nowych artykułów, ale po wakacjach powrócę także do artykułów.

Artykuły opublikowane oraz podstrony „Praktykowania genealogii” mają charakter uniwersalny i cieszy mnie, że zauważają to także czytelnicy, którzy korzystają zarówno z podstron jak i artykułów przy swoich własnych poszukiwaniach, a być może by w ogóle dowiedzieć się czegoś na temat genealogii.

Tym razem nie będę opisywać statystyk z minionego roku, łatwiej będzie to opracować pod koniec roku kalendarzowego.
Mogę jednak powiedzieć, że zauważalnie wzrasta liczba czytelników z Polski, co mnie bardzo cieszy, gdyż pośrednio oznacza to, że coraz więcej osób w Polsce interesuje się genealogią. Jeżeli chodzi o czytelników na całym świecie, to obecnie po czytelnikach z Polski na drugim miejscu znajdują się czytelnicy z Niemiec a z USA dopiero na trzecim miejscu.

Moje genealogiczne życzenie na kolejny rok praktykowania genealogii jest takie, by jak najwięcej genealogów przebadało DNA autosomalne najstarszych pokoleniowo krewnych. Odpowiedzi na pytania jak to zrobić, do czego wyniki tego badania mogą się przydać w sensie genealogicznym oraz wiele innych, można znaleźć w mojej najnowszej książce. Pokolenie dziewięćdziesięciolatków i osiemdziesięciolatków to pokolenie odchodzące, warto więc „zakonserwować” wiedzę, jaka zachowała się w ich DNA dla poszukiwań genealogicznych, które będą prowadzić kolejne pokolenia.

Pozdrawiam wszystkich Czytelników!

Grażyna Rychlik

16-17 VIII 2019

 

Reklamy

Nie do końca o genealogii ale trochę o DNA

Artykuł, do którego link publikuję nie jest na temat genealogii, nie do końca pasuje do tematyki tego bloga i zastanawiałam się, czy publikować tutaj ten krótki post na jego temat czy nie. Zdecydowałam się jednak to zrobić – zakładam że czytelnicy wybierają te artykuły, które ich interesują i niekoniecznie czytają wszystkie.

Myślę, że wiele osób zelektryzowała historia niesłusznego skazania na wiele lat więzienia Tomasza Komendy. Do samej zbrodni doszło w noc sylwestrową 1996, więc wiele lat temu.

W bieżącym rozwikłaniu tej zbrodni pomogły badania DNA. Postępowanie sądowe jest nadal w toku, więc nie są jeszcze ujawnione ani poznane wszystkie szczegóły tej sprawy.

Tomasz Pajączek, dziennikarz Onetu, odbył bardzo interesujący wywiad z policjantem CBŚP, Remigiuszem Korejwo, który dowiódł niewinności Tomasza Komendy. W tej rozmowie policjant po raz pierwszy opowiada o kulisach śledztwa. Wywiad ten klasyfikowany jest jako najlepszy tekst tygodnia (mijającego obecnie tygodnia), więc choćby dlatego warto go przeczytać (link do artykułu: Gdyby nie on, Tomasz Komenda dalej by siedział. Kulisy śledztwa ws. zbrodni miłoszyckiej).

Dla wszystkich detektywów, w tym także dla genealogów, jest to bardzo ciekawy artykuł mówiący o dowodach oraz o braku lub błędnej ich interpretacji. Dla osób, których bardziej niż praca z materiałem dowodowym  interesuje ta konkretna historia, jest to bardzo ciekawy wywiad, w którym dziennikarz postawił wiele interesujących pytań, które mimo ograniczeń z powodu prowadzonego postępowania sądowego, dały bardzo interesujący obraz tego, jak ta sprawa była prowadzona w przeszłości i jak jest prowadzona obecnie.

Jeżeli chodzi o samo DNA to na przykładzie tego śledztwa można dowiedzieć się, jak w Polsce przez te ostatnie dwadzieścia kilka lat rozwinęły się możliwości stosowania badań DNA w pracy policyjnej. Dla mnie osobiście jest to bardzo budujący artykuł udowadniający, że w Polsce zabezpieczany na miejscu przestępstwa materiał dowodowy DNA jest dobrze przechowywany i nawet po parudziesięciu latach można go ponownie wykorzystać.
Ciekawe są informacje na temat metod badania DNA do celów śledczych w przeszłości i obecnie oraz fakt, że to właśnie DNA mitochondrialny wykorzystany był do odnalezienia osoby/osób, która/e popełniła/y tę zbrodnię.

Grażyna Rychlik

2 VIII 2019

Moja nowa książka „Genealogia i DNA” już jest!

Gen i DNA okładka

Właśnie (16 VII 2019) ukazała się moja nowa książka pod tytułem Genealogia i DNA. Tym razem zajęłam się tematyką praktykowania genealogii genetycznej.

Zainteresowani książką mogą zaglądać na stronę „Moje publikacje” gdzie będę aktualizować informacje o tym, gdzie książkę można kupić oraz gdzie i kiedy odbędzie się spotkanie autorskie.
Ze względu na okres wakacyjny spotkanie autorskie planuję na nieco późniejszy termin.

Na spotkaniu w bardzo wąskim genealogicznym gronie, które odbyło się przy okazji GR podpisuje foto Iwony S MINIwizyty w Warszawie reprezentacji Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego – a także zupełnie nieplanowanie w dniu wydania książki – podpisałam już pierwsze egzemplarze.

Chciałabym, by dzięki tej książce osoby, które rozważają zrobienie testów DNA, mogły zorientować się „o co chodzi w badaniach DNA do celów genealogicznych” i ostatecznie te badania wykonały.
Chciałabym też, by osoby, które wykonały badania a nie bardzo wiedzą, co dalej należy zrobić z wynikami, by wykorzystać je do celów genealogicznych, uzyskały taką wiedzę.

Grażyna Rychlik

17 VII 2019

W poszukiwaniu publikacji prawie idealnej – Dzieje rodziny Mizernych z Grabu

Kolejny wpis z mini serii artykułów „W poszukiwaniu publikacji prawie idealnej”

Liczba publikacji na temat historii przodków wydaje się rosnąć. O ile stronę graficzną można dopracowywać na różne sposoby i niemalże tylko budżet może ograniczyć nasze „zachcianki” w tym względzie, o tyle opracowania o charakterze genealogicznym lub zawierającym elementy, które można zakwalifikować jako „genealogiczne” jak przedstawienie udokumentowanej historii rodu w formie jakiegoś rodzaju tablicy genealogicznej to nadal rzadkość. Oczywiście, niektórzy się ze mną nie zgodzą, gdyż wiele książek zawiera drzewa genealogiczne. Ale ilu przodków i informacje o nich są faktycznie udokumentowane w opracowaniu???

Dlatego miło natrafić na taki rarytas, jakim bez wątpienia jest książka Jakuba Mizernego Dzieje rodziny Mizernych z Grabu z podtytułem Chłopska genealogia wielkopolskiego rodu.

Książka ta na pierwszy rzut oka – po zajrzeniu do wnętrza – różni się tym od większości opracowań o charakterze opisu historii rodziny, że od razu widać w niej rękę genealoga. Ale nie tylko genealoga pasjonata, także genealoga, który chce, żeby historia jego rodziny w części genealogicznej była opracowana według reguł sztuki, którą w tym przypadku nazywam genealogię.

Mamy więc i opis samych poszukiwań, zdjęcia autora w archiwum, co z jednej strony uwiarygodnia jego samodzielną pracę nad opracowaniem tej historii, ale przede wszystkim odsłania czytelnikom rąbka tajemnicy „jak to się robi”, jak wyglądają księgi metrykalne a nawet czytnik mikrofilmów. Obecnie większość poszukiwaczy informacji o swoich korzeniach korzysta jedynie ze źródeł dostępnych w Internecie, a zdecydowana większość ogląda jedynie opracowania przygotowane przez innych. Dla takich osób są to obrazy bezcenne. Czasem odnoszę wrażenie, że osoby, z którymi rozmawiam lub których wpisy na Facebooku czytuję nigdy nie widziały, jak fizycznie wyglądają czy to księgi metrykalne czy to inne materiały archiwalne, na które autorzy powołują się w opracowaniach o charakterze genealogicznym. W wielu przypadkach – nawet gdybyśmy chcieli – seniorów w rodzinie, którzy interesują się historią rodziny, nie zaprowadzimy do archiwum w celu obejrzenia „na żywo” dokumentów, nie będą na to miały też czasu osoby pracujące. Zdjęcia z poszukiwań archiwalnych są więc świetnym dodatkiem do całości opracowania, wizualnie uzupełniającym opisany proces poszukiwań, których skromnym – porównywalnie do ilości przejrzanego materiału – rezultatem jest opracowanie książkowe.

Książka tytułem pewnego rodzaju wstępu – jak istotnego oczywiście i mającego swoje samodzielne miejsce w całości – opisuje historię nazwiska rodu oraz historię gniazda rodzinnego także na tle historii większego formatu niż tylko lokalnej okolicy.
Już sam tytuł opracowania używający słowa „chłopski” udowadnia – co nadal pokutuje w podejściu do genealogii – że nie tylko szlachta może mieć swoje rody i ich historię.

Sama genealogia rodziny zawiera dwa istotne elementy, które powinny znaleźć się w tego typu opracowaniu. Są nimi uporządkowane chronologicznie biogramy wybranych członków rodziny oraz tablice genealogiczne.

Wielu autorów odrzuca tego typu konstrukcję opracowania, a szkoda, gdyż nic lepiej nie porządkuje wiedzy o rodzinie, jak przyjęcie czytelnej konstrukcji prezentacji informacji.

Bardzo dobrze opracowana jest część prezentująca genealogię potomków protoplastów rodu w postaci tablic genealogicznych. Autor wybrał popularny w Polsce i nie tylko, prosty w konstrukcji i w odbiorze styl zapisu d’Aboville’a. Oczywiście nie każdy musi znać zasady rządzące się tym czy innym stylem, zostały więc one opisane. Typograficznie opracowanie to też jest bardzo czytelne, jest dużo światła tak, by mnogość przodków i liczb nie zniechęciła nas do czytania.
W tej części podane są źródła informacji genealogicznych, z których korzystał autor.

Książka zawiera też bardzo interesujący materiał zdjęciowy, do którego zaliczają się nie tylko zdjęcia przodków czy krewnych ale i zdjęcia dokumentów, miejscowości itd.
Jeszcze kiedy książka ta istniała w opracowaniu w formie wydruku wpadło mi w oko bardzo ciekawe rozwiązanie autora, który – kiedy było to możliwe – braki zdjęć przodków zastąpił zdjęciami ich podpisów, wyjętymi z różnych dokumentów. Być może analiza grafologiczna to będzie kolejny etap tego opracowania, ale z charakteru pisma można by się być może dowiedzieć czegoś nowego o tych przodkach, którzy taki ślad w przeszłości po sobie zostawili.

Myślę, że każdy, kto planuje opisanie historii swojej rodziny tak, by opis ten miał „genealogiczne ręce i nogi”, powinien zapoznać się także z tym opracowaniem jako potencjalnym źródłem inspiracji.

Autorowi gratuluję pomysłu, wytrwałości, oraz realizacji tak inspirującego genealogicznie opracowania.

Grażyna Rychlik

13 VII 2019

Czego możemy się dowiedzieć z aktów małżeństw?

Do „Interesujących zagadnień” czytelnicy tego bloga zaglądają mniej więcej tak często jak do „Moich publikacji”, ale jest to tylko ok. 30% tego, jak często korzystają z „Taryfy domów dla Warszawy 1877”. Nie jest to uwaga krytyczna. Taryfa domów dla Warszawy 1877 miała być z założenia często wykorzystywanym narzędziem i cieszę się, że tak jest.

Zainteresowanych tematem aktów małżeństw chciałabym zachęcić do zajrzenia do Interesujących zagadnień, gdyż wreszcie udało mi się napisać choć trochę na długo zapowiadany temat „Czego możemy się dowiedzieć z aktów małżeństw?”
Minusem odwlekania pisania planowanych artykułów jest to, że umyka pierwotna koncepcja lub zmienia się pod wpływem nowych doświadczeń poszukiwawczych. Plusem jest to, że im „dłużej” się jakiś artykuł pisze tym ciekawsze przykłady mogą wpaść w oko w trakcie kolejnych poszukiwań.

Obecny artykuł to pewien wewnętrzny kompromis. Został też napisany jako artykuł otwarty, do którego dodam jeszcze kilka przykładów, które na razie nie zostały opisane. Być może dorzucę też ostatecznie przykłady spoza obszaru Księstwa Warszawskiego/zaboru rosyjskiego.

Ponieważ wszystko się zmienia (na przykład portal http://www.szukajwarchiwach.pl zamienia się na http://www.szukajwarchiwach.gov.pl i nie wiadomo, czy będą działały linki do poprzedniej i istniejącej jeszcze wersji portalu), skopiowałam i będę kopiować wszystkie omawiane akty małżeństw w wersji cyfrowej do artykułu tak, by można było samemu przeczytać te tak interesujące choć nie zawsze spodziewane w aktach małżeństw informacje i zobaczyć, w jakim układzie są zapisane, jeżeli znajdują się poza treścią samego aktu.

Grażyna Rychlik

30 VI 2019

Parafie niegdyś i obecnie na obrzeżach miast lub niegdyś na obrzeżach a obecnie w granicach miast. Jak opisywać materiały źródłowe w nich wytworzone?

Trochę długi ten tytuł, ale do opisania tego zagadnienia zachęciły mnie moje dzisiejsze poszukiwania w „Genetece”. Szukam pewnej osoby, mam tylko jej imię i nazwisko, nie znam imion rodziców, więc nawet jeśli znajdę potencjalnie pasującą osobę (wiem, kiedy mniej więcej się urodziła), to nie będzie to informacja w żaden sposób potwierdzona – przynajmniej na obecnym etapie poszukiwań.
Sprawdzam różne województwa, ale z założenia (też może się nie potwierdzić) powinna się znaleźć w województwie mazowieckim. W trakcie poszukiwań baza pokazuje mi osobę, którą mogę w moich poszukiwaniach wziąć pod uwagę. Podana parafia: Płock-Trzepowo.

Co to znaczy Płock-Trzepowo??? Zaglądam do „Pradziada” – jest tam parafia Trzepowo, ale nie Płock-Trzepowo. Zaglądam do mapa.szukacz.pl (jedna z moich ulubionych stron) i widzę kilka miejscowości o tej nazwie: Stare Trzepowo, Nowe Trzepowo i Trzepowo. Dwie pierwsze miejscowości należą administracyjnie do gminy Stara Biała, a ta ostatnia do gminy Płock. Najprawdopodobniej to w tym ostatnim Trzepowie jest parafia.
Zaglądam do Słownika Geograficznego… (t. 12 (wyd. 1892), s. 574) i czytam:

Trzepowo fragment na blog 29 VI 2019

Trzepowo – więc zapewne to dzisiejsze Trzepowo, gdzie znajduje się parafia opisana jako „Płock-Trzepowo” – należało historycznie do gminy Brwilno i było (i jest) położone 6 wiorst od Płocka. Potwierdza to fakt, że nawet jeśli dziś Trzepowo znajduje się w granicach Płocka, to historycznie tak nie było.

Przeglądam dalej co pokazuje mi wyszukiwarka, ale także indeks parafii w wyszukiwarce. Znajduję jeszcze jeden taki przypadek „Płock-Imielnica”. Mapa.szukacz.pl pokazuje mi, że Imielnica znajduje się obecnie w gminie Płock. Nie szukam już dalej w Słowniku….

Dochodzę do wniosku – być może niesłusznego – że osoba/y która/e indeksowała/y te parafie pochodzą z Płocka lub okolic i wiedzą, że te miejscowości, więc i parafie, znajdują się dziś w granicach Płocka (gminy Płock).
Sprawdzam jeszcze jednak Imielnicę w Słowniku… i widzę, że należała ona historycznie do gminy Rogozino (Słownik…: t. 3 (wyd. 1881), s. 276), więc i tu o Płocku nie ma nic poza tym, że Imielnica znajduje się „tylko” 4 wiorsty od tego miasta.

Moje wnioski:

1. W takich sytuacjach należy zapisywać nazwy miejscowości – siedziby parafii – tak, jak faktycznie się nazywały, więc w opisanych przypadkach/przykładach są to: Trzepowo i Imielnica.
Sprawdzam, że Imielnica zindeksowana jest maksymalnie do 1903 a Trzepowo do 1888. Wtedy żadna z tych miejscowości w granicach Płocka raczej się nie znajdowała.
W indeksach miejscowości, w których znajdowały się te parafie, powinny być one zapisywane pod swoimi nazwami własnymi a nie nazwami sztucznie utworzonymi jak w tym przypadku z „przedrostkiem” Płock.

2. Zgadzam się, że w opisach narracyjnych warto jest wspomnieć, że dziś te miejscowości znajdują się w granicach gminy Płock.
Jednakże kiedyś tak nie było. Żadna z tych miejscowości nie ma słowa „Płock” przed swoją nazwą. Nie można więc tak jednoznacznie wprowadzić takiej informacji do obiegu.
Jeżeli miejscowości o danej nazwie jest więcej niż jedna, tradycyjnie dookreśla się ją przez podanie nazwy gminy czy powiatu, gdzie ta konkretna miejscowość się znajduje.

Trafiłam akurat na taki przykład, ale przypuszczam, że nie jest to przypadek odosobniony jeśli chodzi o mieszanie nazw i podziałów geograficznych z przeszłości z teraźniejszością. W przeszłości tylko Warszawa, Kraków, Poznań i jeszcze kilka dużych w czasach historycznych miast miały więcej niż jedną parafię. Standardowo na jedną miejscowość czy jedno miasteczko a nawet miasto przypadała jedna parafia lub po jednej parafii/gminie z każdego wyznania. Jeżeli jednemu miastu wielkości choćby Płocka przypisuje się historycznie więcej niż jedną parafię, to od razu budzi to wątpliwości co do wiarygodności takich informacji. Zmiany w tym zakresie nastąpiły w bliższych historycznie czasach. Jednakże, im mniejsze miasteczko, tym wolniej podlegało ono takiemu procesowi.

Chciałabym, żebyśmy trzymali się nazw miejscowości, które funkcjonowały w czasach, z których prowadzimy poszukiwania. Chciałabym także, żebyśmy nie mylili tych nazw z nazwami współczesnymi czy ubarwiali tych nazw  dodatkami odnoszącymi się do współczesnych podziałów administracyjnych bez konkretnej potrzeby czy wyjaśnienia.

Grażyna Rychlik

29 VI 2019

 

Genealogia trafiła do seriali. Wbrew pozorom i w ten sposób można się czasem dowiedzieć się czegoś istotnego na temat poszukiwań genealogicznych.

Kończę ostatnie przygotowania do wydania „Genealogii i DNA”. Czas więc zacząć powracać do nadrabiania zaległości na blogu. W głowie od miesięcy mam kilka tematów na artykuły, które będę pisać w najbliższym czasie, ale z racji rozpoczynających się wakacji nie będę tak od razu powracać do aktów metrykalnych i praktykowania genealogii. Zacznę od nieco lżejszej tematyki, ale „wnioski końcowe” będą na poważnie.

Jakiś czas temu oglądałam pierwszą serię serialu Shakespeare and Hathaway: private detectives (polski tytuł: Shakespeare i Hathaway: prywatni detektywi) na BBC First. W polskiej wersji nie są tłumaczone tytuły, był to odcinek 7, w oryginale zatytułowany: The fairest show means most deceit. Odcinek zaczyna się od pojawienia się w biurze tytułowych detektywów Amerykanina, który opracował swoje drzewo genealogiczne, i uważa, że potwierdza ono fakt, że jest kuzynem detektywa Hathawaya. Hathaway w ogóle nie interesuje się genealogią, cała sprawa wydaje mu się mocno podejrzana i w rezultacie wyrzuca Amerykanina za drzwi. Ostatecznie decyduje się na odpłatną (oferta Amerykanina) pomoc w odnalezieniu grobu ich potencjalnej wspólnej przodkini, co doprowadza ich do odkrycia historii przedślubnej ciąży córki pastora i podania fałszywych danych przy porodzie.

Jeżeli nawet historia jest „z życia wzięta” to oczywiście tutaj wszystko sprowadza się do fabuły tego konkretnego odcinka. Zapewne nieświadomie – bo przecież serial czy też ten konkretny odcinek nie jest przeznaczony wyłącznie dla genealogów – autorzy scenariusza tego konkretnego odcinka zaprezentowali wszystkie w zasadzie pułapki, na które można natrafić i w które można wpaść w poszukiwaniach genealogicznych, szczególnie jeśli chodzi o poszukiwania prowadzone przez osoby, które nie mają zbyt wiele wiedzy i doświadczenia, szczególnie jeśli chodzi o poszukiwania w bliskim czasie historycznym, i szczególnie jeśli może to dotyczyć osób żyjących.

Jakie są to pułapki czy też wpadki genealogiczne w tej konkretnej opowieści:
– stwierdzenie pokrewieństwa na podstawie opracowanego drzewa, które jednak nie zostało uprzednio w żaden sposób zweryfikowane, i które ostatecznie się nie potwierdza;
– podanie się (nawet w dobrej wierze) za krewnego, którym faktycznie się nie jest;
– podawanie się za kogoś innego, by ukryć prawdę o „zdarzeniu metrykalnym”;
– odkrycie głęboko skrywanych tajemnic rodzinnych na temat dzieci pozamałżeńskich, których nikt nie miał nigdy odkryć.

Trzeba przyznać, że detektyw Hathaway, którego genealogia w ogóle nie interesowała, i którego wiedza na temat historii własnej rodziny była pobieżna, nie przyjął „na wiarę” historii potencjalnego Amerykańskiego kuzyna. To można mu zaliczyć na plus. Być może był to rezultat jego detektywistycznej podejrzliwości, która powinna być cechą każdego genealoga. Nie zachował się jednak zbyt elegancko w stosunku do człowieka, których chciał dowiedzieć się czegoś o swoim prawdziwym pochodzeniu. I to też była dobra serialowa lekcja. Nawet jeżeli mamy wątpliwości, odrobina empatii na pewno nie zaszkodzi. Trzeba umieć wyważać swoje zachowanie w sytuacjach, kiedy chodzi o rodzinę, szczególnie jeśli chodzi o osoby, dla których jest to ważny temat, być może dlatego, że mają świadomość, iż ich wiedza o ich własnych korzeniach z jakichś przyczyn jest ograniczona.

W warunkach filmowych wszystko kończy się happy endem, choć oczywiście nie wiemy, co wydarzyło się dalej, gdyż film nie opowiada nam o poszukiwaniach genealogicznych pewnego Amerykanina tylko zupełnie inną historię.

Dla tych, którzy się tego dopatrzą, film zawiera – na pewno niezamierzony przez twórców – morał genealogiczny: nie należy wierzyć w pokrewieństwo, trzeba je zweryfikować!

Dla miłośników lekkich seriali z gatunku cosy mystery niezależnie od krytyki polecam serial Shakespeare i Hathaway: prywatni detektywi. Atutem jest sceneria urokliwego Stradford-upon-Avon.

 

Grażyna Rychlik

23 VI 2019