Genealogia trafiła do seriali. Wbrew pozorom i w ten sposób można się czasem dowiedzieć się czegoś istotnego na temat poszukiwań genealogicznych.

Kończę ostatnie przygotowania do wydania „Genealogii i DNA”. Czas więc zacząć powracać do nadrabiania zaległości na blogu. W głowie od miesięcy mam kilka tematów na artykuły, które będę pisać w najbliższym czasie, ale z racji rozpoczynających się wakacji nie będę tak od razu powracać do aktów metrykalnych i praktykowania genealogii. Zacznę od nieco lżejszej tematyki, ale „wnioski końcowe” będą na poważnie.

Jakiś czas temu oglądałam pierwszą serię serialu Shakespeare and Hathaway: private detectives (polski tytuł: Shakespeare i Hathaway: prywatni detektywi) na BBC First. W polskiej wersji nie są tłumaczone tytuły, był to odcinek 7, w oryginale zatytułowany: The fairest show means most deceit. Odcinek zaczyna się od pojawienia się w biurze tytułowych detektywów Amerykanina, który opracował swoje drzewo genealogiczne, i uważa, że potwierdza ono fakt, że jest kuzynem detektywa Hathawaya. Hathaway w ogóle nie interesuje się genealogią, cała sprawa wydaje mu się mocno podejrzana i w rezultacie wyrzuca Amerykanina za drzwi. Ostatecznie decyduje się na odpłatną (oferta Amerykanina) pomoc w odnalezieniu grobu ich potencjalnej wspólnej przodkini, co doprowadza ich do odkrycia historii przedślubnej ciąży córki pastora i podania fałszywych danych przy porodzie.

Jeżeli nawet historia jest „z życia wzięta” to oczywiście tutaj wszystko sprowadza się do fabuły tego konkretnego odcinka. Zapewne nieświadomie – bo przecież serial czy też ten konkretny odcinek nie jest przeznaczony wyłącznie dla genealogów – autorzy scenariusza tego konkretnego odcinka zaprezentowali wszystkie w zasadzie pułapki, na które można natrafić i w które można wpaść w poszukiwaniach genealogicznych, szczególnie jeśli chodzi o poszukiwania prowadzone przez osoby, które nie mają zbyt wiele wiedzy i doświadczenia, szczególnie jeśli chodzi o poszukiwania w bliskim czasie historycznym, i szczególnie jeśli może to dotyczyć osób żyjących.

Jakie są to pułapki czy też wpadki genealogiczne w tej konkretnej opowieści:
– stwierdzenie pokrewieństwa na podstawie opracowanego drzewa, które jednak nie zostało uprzednio w żaden sposób zweryfikowane, i które ostatecznie się nie potwierdza;
– podanie się (nawet w dobrej wierze) za krewnego, którym faktycznie się nie jest;
– podawanie się za kogoś innego, by ukryć prawdę o „zdarzeniu metrykalnym”;
– odkrycie głęboko skrywanych tajemnic rodzinnych na temat dzieci pozamałżeńskich, których nikt nie miał nigdy odkryć.

Trzeba przyznać, że detektyw Hathaway, którego genealogia w ogóle nie interesowała, i którego wiedza na temat historii własnej rodziny była pobieżna, nie przyjął „na wiarę” historii potencjalnego Amerykańskiego kuzyna. To można mu zaliczyć na plus. Być może był to rezultat jego detektywistycznej podejrzliwości, która powinna być cechą każdego genealoga. Nie zachował się jednak zbyt elegancko w stosunku do człowieka, których chciał dowiedzieć się czegoś o swoim prawdziwym pochodzeniu. I to też była dobra serialowa lekcja. Nawet jeżeli mamy wątpliwości, odrobina empatii na pewno nie zaszkodzi. Trzeba umieć wyważać swoje zachowanie w sytuacjach, kiedy chodzi o rodzinę, szczególnie jeśli chodzi o osoby, dla których jest to ważny temat, być może dlatego, że mają świadomość, iż ich wiedza o ich własnych korzeniach z jakichś przyczyn jest ograniczona.

W warunkach filmowych wszystko kończy się happy endem, choć oczywiście nie wiemy, co wydarzyło się dalej, gdyż film nie opowiada nam o poszukiwaniach genealogicznych pewnego Amerykanina tylko zupełnie inną historię.

Dla tych, którzy się tego dopatrzą, film zawiera – na pewno niezamierzony przez twórców – morał genealogiczny: nie należy wierzyć w pokrewieństwo, trzeba je zweryfikować!

Dla miłośników lekkich seriali z gatunku cosy mystery niezależnie od krytyki polecam serial Shakespeare i Hathaway: prywatni detektywi. Atutem jest sceneria urokliwego Stradford-upon-Avon.

 

Grażyna Rychlik

23 VI 2019

Reklamy

Numeracja aktów w księdze, kolejny sposób: numeracja wielokrotna

Myślałam, że widziałam już w księgach wszystko, ale wygląda na to, że wszystko jeszcze przede mną…

Dziś zupełnie przypadkowo przeglądam wyrywkowo akty metrykalne spisane przez urzędnika stanu cywilnego wg Kodeksu Napoleona w Częstochowie w 1817. W tym przypadku urzędnik stanu cywilnego był proboszczem parafii św. Zygmunta.
Ta konkretna księga, którą przeglądam, zawiera tylko akty urodzenia a na końcu znajduje się indeks. W tym miejscu podaję link do przykładowej strony z księgi, ale jest to link do strony FamilySearch.org, więc trzeba tam być zalogowanym. Założenie konta jest bezpłatne, więc nie powinno być problemu z dostępem, jeżeli tylko posiada się konto użytkownika.
Zdigitalizowane są księgi metrykalne znajdujące się w kolekcji Archiwum Diecezjalnego w Częstochowie i trudno mi jest w tej chwili powiedzieć, czy księgi z tego samego roku/tych samych lat, które znajdują się w zasobie Archiwum Państwowego w Częstochowie, wyglądają tak samo, czy też były prowadzone inaczej.

W tej księdze urodzeń na każdej stronie na prawym – nazwijmy to – marginesie znajduje się tabelka, która podzielona jest na trzy kategorie: Chrześcijanie, Żydzi, Woyskowi – czasami dla tej ostatniej kategorii pojawia się też skrót „Woy”. Ponieważ były to księgi urzędowe, urzędnik mógł wpisać do nich w zasadzie każde urodzone dziecko, choć patrząc na te kategorie jednak nie obejmowały one wszystkich.
Każda z kategorii podzielona jest następnie na dwie części: „męskiej” i „żeńskiej” (w domyśle oczywiście płci).
Natomiast – uwaga! – akty numerowane są oddzielnie dla każdej płci niezależnie od kategorii, więc według tej numeracji możemy mieć dwa do sześciu aktów o tym samym numerze. Im wyższy numer aktu tym mniej będzie aktów o tym samym numerze.
Sprawdziłam, że w indeksie, w którym podane są numery aktów i numery karty w księdze, nie jest podane, do której kategorii dane dziecko należało. Nie zawsze będzie to takie oczywiste.
Z tak prowadzonego zapisu nie wiadomo też tak od razu, ile dzieci zostało zapisane w jednym roku w księdze. Przynajmniej księga, którą przeglądałam, nie miała zestawienia końcowego, ale być może w innych latach takie zestawienia były sporządzane.

No cóż. Nie spotkałam się jeszcze z takim sposobem prowadzenia ksiąg, ale można przyjąć, że nie był to przypadek odosobniony.

Czy to jest problem? Teoretycznie nie. Ale z zasady kiedy podajemy numer aktu metrykalnego – urodzenia czy innego – to jest to kolejny numer w księdze. Tutaj tak nie jest, bo numeracji jest sześć. Oczywiście, nie w każdej księdze musiały znajdować się wpisy we wszystkich sześciu kategoriach/numeracjach, ale teoretycznie mogło tak być.
Jeżeli chodzi o podanie aktu jako źródła informacji genealogicznej to – przy tak prowadzonym zapisie – podałabym rodzaj kategorii a nawet płeć a być może i numer karty w księdze. Podanie samego numeru aktu bez dodatkowych informacji jest nieprecyzyjne, gdyż nie informuje, że w księdze było faktycznie sześć numeracji aktów a nie jedna.
Oczywiście można się z tym spierać. Jednakże jest to sytuacja, w której zsumowana liczba dzieci danej płci w danej kategorii, które urodziły się w danym roku, funkcjonuje jako numer aktu.

W Galicji w księgach urodzeń zaznaczano płeć dziecka i religię – podział był prostszy: katolicy i niekatolicy. Ale jednak – kiedy już wprowadzono numerację aktów do ksiąg – każdy akt był numerowany w kolejności zapisu i niezależnie od płci.

Jeżeli natrafiliście na podobny zapis – zapewne tylko w księgach cywilnych (1808-1825) w innej/ych miejscowości/ach, być może tylko na terenie diecezji częstochowskiej a być może gdzieś indziej, podzielcie się tymi informacjami w komentarzach.

Grażyna Rychlik
31 III 2019

Genealogia i DNA, kolejna książka w serii „Praktykowanie genealogii”

Ostatnio nie ukazało się zbyt wiele nowych artykułów, choć kilka jest w bliskich planach. Opóźnienia wynikają z tego, że pracuję nad wydaniem mojej kolejnej książki i skupiam na tym w tej chwili większość uwagi. Mam nadzieję, że pod koniec marca czy w kwietniu nadrobię choć trochę zaległości w artykułach.
Cieszę się, że mimo takiego stanu rzeczy nadal czytacie mój blog! Dla mnie oznacza to, że znajdujecie tu wiele przydatnych dla siebie i swoich poszukiwań informacji.

3K okładka na blog do publikacje

Zamiast artykułu tym razem zamieszczam więc tę krótką informację („zapowiedź”) o nowej książce. Nieco więcej informacji znajdziecie na podstronie poświęconej moim publikacjom. Bliżej terminu wydania napiszę nieco więcej na ten temat.

Grażyna Rychlik
11 marca 2019

Historie rodzinne. W poszukiwaniu publikacji prawie idealnej – kolejny przykład.

Ostatnio zauważyłam w Internecie książkę Antoniego i Jana Leopoldów pt. Historia Rodziny Leopoldów i Wspomnienia Antoniego Leopolda. Książka została wydana w 2016, nie jest to wiec nowa publikacja. Jej cena – nawet ta promocyjna na bonito.pl – jest po prostu zaporowa. Za 70-120 zł. (ceny promocyjna i regularna) można by się spodziewać tzw. cegły, twardej okładki i wszystkiego, co jest z tym związane. Książka faktyczne ma nieco ponad 200 stron, miękkie okładki, brak kolorowych zdjęć, więc z której strony by na to nie spojrzeć, jest bardzo droga.

Jednakże piszę o niej, gdyż dla osób, które rozważają opisanie historii własnej rodziny, jest to na pewno publikacja, z którą warto się zapoznać. Chodzi tu i o konstrukcję książki, i materiał ilustracyjny i połączenie opracowania rodzinnego z publikacją wspomnień.

Nie odnoszę się natomiast do samej treści, gdyż – ogólnie rzecz biorąc – jest to w takich opracowaniach w przeważającej części element subiektywny i nie ma pewności, czy inni autorzy, którzy pisaliby na ten sam temat – poza oczywiście tą częścią opracowania, która bazuje na wiarygodnym materiale źródłowym – napisaliby to samo, co ci pierwsi.

Sama rodzina też jest bardzo ciekawa. Historia rozpoczyna się od przodka, który w czwartej ćwierci XVIII przybył do Polski, i udało się ustalić, kim byli jego protoplaści. Rodzina wywodzi się ze Szwecji i prawdę powiedziawszy interesowałoby mnie poznanie tej części historii/genealogii tej rodziny. Być może autorzy przygotują drugą część poświęconą swoim szwedzkim a także niemieckim przodkom.

Opracowanie to jest na pewno próbą zbliżenia się do ideału. Wprawne oko znajdzie w niej wiele mankamentów, które w większości przypadków można by sklasyfikować jako niespójności w ramach całości publikacji. Kilka przykładów:

  • użycie w spisie treści w tytułach rozdziałów numeracji pokoleń w systemie d’Aboville’a, która to część tytułu rozdziału nie została użyta w tytułach rozdziałów już w samej książce,
  • ponumerowanie 6 pokoleń a faktycznie opisanych pokoleń jest więcej,
  • w niektórych przypadkach podawanie tylko imion bez nazwisk rodowych,
  • brak konsekwencji w korzystaniu z przyjętej konwencji rozplanowania zdjęć na stronie,
  • użycie innego kroju czcionki do opisów zdjęć,
  • niespójność w zapisie aktów metrykalnych jako źródeł informacji, jedną z niespójności jest podawanie albo niepodawanie miejsca przechowywania dokumentów
  • wprowadzenie „przypisów końcowych” numerowanych inaczej niż przypisy. Są to faktycznie transkrypcje dokumentów, myślę, że mogło to być jakoś inaczej nazwane.

I to czego brakuje najbardziej, to drzewo genealogiczne/tablica genealogiczna, która pozwoliłaby „ogarnąć” prezentowaną rodzinę. Niestety, mając do dyspozycji tylko opisowe rozdziały, jest to bardzo trudne do zrobienia, podsumowanie genealogii rodziny w postaci drzewa/tablicy byłoby bardzo pomocne.

No cóż, dowodzi to jedynie, że opracowanie historii własnej rodziny, to nie jest łatwe zadanie. Ale i tak książka ta według mnie plasuje się bardzo wysoko na liście publikacji prawie idealnych. Na koniec dodam, że jest bardzo ładnie opracowana. Wybrano ładną czcionkę, w tekście jest dużo światła, jest on bardzo przejrzysty, w związku z czym bardzo dobrze się czyta. Nie ma go niestety zbyt wiele, co jest pewnym rozczarowaniem, szczególnie jak odniesiemy całość do ceny książki.

Zachęcam do zapoznania się z tą bardzo interesującą publikacją, szczególnie osoby, które przymierzają się czy do opracowania czy do wydania historii swojej rodziny w bardziej zorganizowanej formie.

Grażyna Rychlik
26 I 2019
edytowany 27 I 2019

Minimum informacji w drzewie genealogicznym, jakie to informacje?

Ostatnio przeglądałam różne drzewa genealogiczne/tablice genealogiczne prezentujące zazwyczaj potomków jakiegoś rodu, które zostały opracowane na potrzeby prywatne, do prezentacji czy rodzinnych publikacji.
Wydaje mi się, że ich twórcy przede wszystkim cieszą się z ich objętości, mnogości pokoleń, krewnych, powinowatych, jak daleko można zajść wstecz oraz jak wiele można się dowiedzieć o współcześnie żyjących potomkach tych krewnych i powinowatych, szczególnie jeśli kontakt urwał się na przestrzeni rodzinnych dziejów. Często odnoszę wrażenie – choć nie sądzę, by był to cel takich opracowań – że ilość jest ważniejsza niż jakość.
Mogę się zgodzić z tym, że ważna jest graficzna a czasem nawet artystyczna strona przedsięwzięcia, choć większość drzew genealogicznych drukowana jest dziś przy użyciu elektronicznych programów genealogicznych, więc nie są one aż tak atrakcyjne dla oka. Jednakże nie jest dobrze, gdy informacje, które nadają takiemu drzewu/tablicy genealogicznej sens, są tak okrojone, że w zasadzie z drzewa genealogicznego poza samymi imionami i nazwiskami antenatów oraz ułożeniem ich w pokolenia niewiele się dowiadujemy.

Sięgnęłam do Wikipedii i tam w podstawowym haśle „drzewo genealogiczne” znalazłam wersje cyfrowe dwóch drzew genealogicznych, które dla niektórych rodzinnych genealogów na pewno wydadzą się bardzo atrakcyjne dla oka, szczególnie to z XVI w. Obydwa drzewa znajdują się w wolnym dostępie, więc obydwa w wersji cyfrowej kopiuję do tego artykułu.

900-158_ahnentafel_herzog_ludwigPierwsze to Ahnentafel von Herzog Ludwig (1568-1593), wywód przodków księcia Ludwika Wirtemberskiego, wykonany w formie drzeworytu w 1585, tu w wersji cyfrowej. Oryginał znajduje w Landesmuseum Württemberg w Stuttgarcie. Nie widzę nigdzie w opisie, jakie są wymiary tego drzeworytu, ale w wersji cyfrowej napisy są w zasadzie nieczytelne. Być może znajdują się tam jakieś daty i nazwy miejscowości, ale trudno jest to stwierdzić jednoznacznie mając do dyspozycji wersję zdigitalizowaną tak słabej jakości. Czytelne są przynajmniej herby, łatwo odnaleźć herb Polski oraz herb rodziny Habsburgów. Ten wywód przodków jest spektakularny, pokazuje kunszt szesnastowiecznych artystów, ale i przedstawione rodziny nie są tuzinkowe, w tamtych czasach niewiele osób mogłoby pozwolić sobie na taką prezentację przodków. Dziś, zapewne nie w formie drzeworytu, ale w wersji malarskiej można byłoby zlecić wykonie drzewa genealogicznego (przedstawiającego wywód przodków, czy potomków rodu) w takiej konwencji czy to na płótnie lub papierze czy bezpośrednio na ścianie, którą chcielibyśmy udekorować w ten sposób.

gans_stammbaum_habsburg_badenDrugie drzewo nie jest już tak spektakularne, ale także ciekawe. Opis nie podaje dokładnie, czyjej genealogii to drzewo dotyczy. Faktycznie jest to wywód przodków księcia Ernesta Żelaznego (1377-1424) (łac. Ernestus Ferreus – i ze względu na to, że drzewo jest opracowane po łacinie, w drzewie imiona te podane są w tym języku, niem. Ernst der Eiserne), ojca cesarza Fryderyka III Habsburga. Drzewo to (nr 13) pochodzi z drugiego wydania (1638) książki Johannesa Gansa: Arboretvm genealogicvm annotationibvs in arbores singvlas illvstratvm exhibens omnes fere imperii principes Evropae hodie reges linea recta descendentes a Rvdolpho I. Imperatore Köln, apvd Ioannem Kinchivm. Nie zawiera ono żadnych informacji poza imionami i przydomkami protoplastów cesarza Fryderyka III Habsburga od strony ojca. Oczywiście patrzymy na jedną tylko tablicę z całej publikacji i być może po zapoznaniu się z całym dziełem Gansa okaże się, że osoby z drzewa są w niej dokładnie opisane, ale z tego drzewa genealogicznego niewiele możemy się dowiedzieć na ich temat.

Dzisiejsze drzewa genealogiczne, czy to „anentafle” czy potomków rodu, drukowane z programów elektronicznych nie są tak dopracowane od strony graficznej, ale wszystkie te drzewa (z przykładów i wiele współczesnych) łączy jedna cecha, a mianowicie skąpość informacji w samej tablicy.

Oczywiście, można się nie zgodzić z tymi przykładami jako ilustracją do tematu artykułu, tłumacząc, że chodzi o schemat, efekt wizualny albo że porównuję przykłady z przeszłości z czasami współczesnymi lub że są to genealogie wielkich rodów a nie zwykłych ludzi. To prawda, ale po co tworzyć drzewo genealogiczne, jeżeli nie będzie w nim informacji, które pozwolą nam dowiedzieć się czegoś na temat genealogii danej rodziny poza samymi imionami antenatów, ile kto miał dzieci/rodzeństwa oraz ile pokoleń danej rodziny udało się ustalić.

A zatem, nawet jeśli pominiemy kwestię podawania źródeł informacji genealogicznych, jakie informacje powinny się znaleźć w drzewie genealogicznym, żebyśmy mogli się czegoś dowiedzieć o zamieszczonych w nim osobach już z samego drzewa oraz by było ono wiarygodne – tzn. żebyśmy na własną rękę mogli znaleźć źródła tych informacji? Problemem w drzewach genealogicznych nie są informacje jako takie tylko niewielka ilość miejsca na ich zapisanie. Jakie informacje powinniśmy uznać za niezbędne minimum? W zasadzie są dwie: data zdarzenia i miejsce zdarzenia. Z jakichś przyczyn miejsce zdarzenia jest często pomijane, choć stanowi ono integralną część informacji genealogicznej, sama data nie wystarczy.

Jeśli chodzi o datę, minimum informacji to rok zdarzenia. Jeżeli jest miejsce lepiej byłoby podać pełną datę dzienną, jeżeli tylko jest znana. Jeśli nie, można się posiłkować informacjami „około”.

Druga informacja to miejsce zdarzenia. Przy każdej dacie powinno być podane miejsce urodzenia, ślubu, zgonu.

Jeśli chodzi o pomoc w uwiarygodnieniu informacji z drzewa genealogicznego/tablicy genealogicznej to podanie nazwy miejsca zdarzenia może być niewystarczające do identyfikacji tego miejsca.
O ile ślub odbywa się w zasadzie w tym samym miejscu, w którym sporządzany jest akt ślubu (poza wyjątkowymi sytuacjami jak na przykład ślub mojej babci, który odbył się w jednym mieście, a akt został spisany w drugim, w tym, z którego pochodził ksiądz udzielający ślubu, który w tym celu pojechał na tzw. delegację) o tyle urodzenia i zgony czasem miały miejsce w miejscowościach innych niż te, gdzie spisano akty metrykalne, a do lokalizacji źródeł przydałoby się znać miejsce sporządzenia dokumentu, który był źródłem danej informacji.

Jedną z możliwości mogłoby być dookreślenie lokalizacji miejscowości czy to przez podanie nazwy miejscowości, gdzie sporządzano akty metrykalne, lub określenie administracyjne jak nazwy gminy i powiatu. Tu też trzeba by się zdecydować, czy którego podziału administracyjnego się trzymać, historycznego (co też nie jest jednoznaczne) czy współczesnego. Ale prawdą jest też, że w drzewie genealogicznym rzeczywiście nie ma miejsca na zbyt szczegółowy opis miejscowości, który pozwoliłby na jej zlokalizowanie.

Dlaczego określenie, gdzie znajduje się dana miejscowość jest istotne? Jeżeli oglądamy drzewa genealogiczne innych osób, to łatwiej jest nam przyjąć, że po prostu nie znamy wymienionych miejscowości. Jeżeli analizujemy drzewa genealogiczne naszych przodków a opracowane przez kogoś innego (choćby kogoś z naszej rodziny, kto takie opracowanie przygotował), geograficzne pochodzenie może być dla as dużym zaskoczeniem. Po prostu może się okazać, że nie wiedzieliśmy nic o terenach z których pochodzili nasi przodkowie, albo z miejscem pochodzenia kojarzyliśmy zupełnie inne miejscowości, a przynajmniej jest prawdopodobne, że my mieszkamy dziś zupełnie gdzie indziej niż tereny, nawet część Polski, z której nasi przodkowie pochodzili. Znowu przykład z mojej własnej genealogii. W wyniku moich poszukiwań okazało się, że moja prababcia, o której zawsze wiedziałam, że mieszkała w Zawierciu, faktycznie urodziła się w Gilinie koło Płocka. Kiedy to odkryłam, było to dla mnie dużym zaskoczeniem.

Jak znaleźć kompromis między podawaniem miejsca zdarzenia genealogicznego z ograniczeniem miejsca w drzewie genealogicznym na rozbudowaną informację na ten temat? Można pozostać przy podaniu nazwy jednej miejscowości, tej w której faktycznie dane zdarzenie miało miejsce. Dodatkowo – jeżeli miejscowości jest dużo – można przygotować alfabetyczną listę wymienionych w drzewie genealogicznym miejscowości, gdzie przy każdej miejscowości znajdzie się jej opis, dłuższy czy krótszy, który pozwoli na przynajmniej podstawową orientację, gdzie ta miejscowość się znajduje. Najlepiej mieć ją do wglądu w kilku egzemplarzach.

Dobrym przykładem jest wspomniane przeze mnie Gilino, miejscowość o której istnieniu nigdy nie wiedziałam, dopóki nie odkryłam jej związków z historią mojej rodziny. Myślę, że dla większości osób jest to nazwa enigmatyczna i na samej jej podstawie na pewno nie wyobrazimy sobie, gdzie się ona znajduje. Potrzebne są dodatkowe informacje, choć w przypadku Gilina jest nieco łatwiej, gdyż na dziś jest tylko jedna miejscowość o tej nazwie w Polsce. Ale są miejscowości, które mają popularne nazwy i jest ich w Polsce 20, 30, 100 itd. Wtedy bez dodatkowych informacji nie będziemy wiedzieli, gdzie szukać dokumentów, albo po prostu skąd dana osoba pochodziła.

W przypadku – co się czasem zdarzało – gdy wszystkie zdarzenia miały miejsce w jednej miejscowości – choćby w jakimś przedziale czasowym – można taką informację wpisać gdzieś na marginesie drzewa genealogicznego, by nie powielać wszędzie nazwy tej samej miejscowości. Jeżeli miejscowości było kilka to można na marginesie tablicy genealogicznej stworzyć legendę z opisem, gdzie te miejscowości się znajdują, a nawet zamieścić mapkę poglądową.

Podsumowując, jakie informacje składają się na podstawowe minimum dla każdej pojedynczej osoby z drzewa genealogicznego:

  • imię,
  • nazwisko rodowe (jest to szczególnie istotne jeśli chodzi o kobiety zamężne, gdyż czasami wpisywane są one do drzewa genealogicznego pod nazwiskiem rodowym męża a nie własnym; czasami rzeczywiście zdarzały się takie sytuacje, że małżonkowie mieli identyczne nazwiska rodowe, ale w większości przypadków nazwiska rodowe małżonków są inne),
  • rok zdarzenia (UMZ),
  • miejsce zdarzenia (UMZ).

Jeżeli pominiemy, którąkolwiek z tych informacji, to drzewo genealogiczne nawet jeżeli graficznie będzie piękne, będzie niekompletne a tym samym informacje w nim zawarte będą niewystarczające do zapoznania się z genealogią danej rodziny.

Pamiętajmy też, by każde drzewo miało w nagłówku tytuł, który będzie zawierał jakieś odniesienie do nazwiska rodowego czy protoplasty rodu, czy osoby, której wywód przodków został przedstawiony (w zależności od tego, co dane drzewo genealogiczne przedstawia) czyli np. Przodkowie Jana Kowalskiego, Drzewo genealogiczne rodziny Kowalskich, Potomkowie Ksawerego Kowalskiego (ur. ok. 1760) z Jedlni itd.

Dobrze jest też gdzieś w widocznym miejscu oraz przy użyciu czcionki wystarczająco dużej i czytelnej podać imię i nazwisko autora drzewa genealogicznego oraz jego dane kontaktowe – na przykład adres emailowy.

Grażyna Rychlik
26 I 2019

Genealogia Praktyczny Poradnik dziś z Gazetą Wyborczą

Z pewnym opóźnieniem, ale mam nadzieję, że nie jest jeszcze dla wszystkich za późno… (sama przed chwilą pobiegłam do kiosku, żeby dodać tę publikację do kolekcji publikacji o tematyce genealogicznej, które ukazują się w Polsce….)

…informuję, że dziś w Gazecie Wyborczej jest dodatek na temat genealogii, który będzie na pewno interesujący dla tych, którzy rozważają poszukiwania na własną rękę, a nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Artykułów jest tylko kilka, nie są przeładowane, więc nie przytłoczą nas zbyt dużą ilością wiedzy a raczej praktycznym podejściem do tematu.

Dużą zaletą jest publikacja informacji o stronach internetowych oferujących zarówno materiały archiwalne przydatne do poszukiwań genealogicznych w wersji zdigitalizowanej jak indeksy akt metrykalnych. Dziś w wielu przypadkach możemy „coś znaleźć” (a czasem bardzo dużo!) w zasadzie bez wychodzenia z domu.

Jest też jednorazowy rabat na zakupy w jedynym sklepie który oferuje szeroką gamę produktów każdego rodzaju (książki ale i biżuterię tematyczną) przydatnych dla genealogów niezależnie od ich stopnia zaawansowania w poszukiwaniach, mianowicie w GenoGalerii.

Link do informacji o poradniku

a także link fimu na YouTube:

 

Grażyna Rychlik
17 I 2019

 

Genealogiczne postanowienia noworoczne

W przeszłości starałam się realizować swoje plany w 100%. Obecnie realizacja na poziomie 50% całkiem mnie satysfakcjonuje zarówno jeśli chodzi o plany jakiekolwiek jak i konkretnie o plany genealogiczne.

Zrobienie listy postanowień noworocznych jeśli chodzi o postępy w opracowywaniu genealogii rodzinnych może być dobrym rozwiązaniem w ogóle, gdyż zarówno pozwoli nam ustalić, ile pracy udało nam się już wykonać, a ile jest jeszcze przed nami. Oczywiście opracowywanie genealogii rodzinnych to zadanie, którego w zasadzie nie można nigdy ukończyć ze względu na zarówno nowe pokolenia oraz kolejne zdarzenia genealogiczne w rodzinie jak i odkrywanie nieznanych zdarzeń genealogicznych z przeszłości. Ale zawsze możemy postanowić sobie zbadać dokładniej jakąś konkretną gałąź czy jakąś konkretną mniej zbadaną do tej pory linię.

W jednej linii moich przodków dominowali szewcy i staram się działać na przekór powiedzeniu, że „szewc bez butów chodzi”. Nie było to moim założeniem na ten rok, ale udało mi się wreszcie (!) przygotować opracowanie dla moich krewnych dotyczące historii i wybranej genealogii mojego pradziadka Jana Dołeckiego. Zamierzałam to zrobić od dawna i daty odnalezienia dokumentów (2013) same mówią za siebie, że długo zwlekałam z realizacją tego planu. Jest to więc nieplanowane na ten rok ale zaległe i zrealizowane postanowienie!

W tym roku dzięki „Genetece” i badaniom genealogii genetycznej udało mi się powrócić do kilku linii moich bliskich krewnych. Jedna to Lipińscy, przodkowie mojej prababci Konstancji z Lipińskich Dołeckiej. Już jestem bliska pewności, że część dokumentów znajduje się w brakujących księgach z Nowego Miasta n. Soną, ale wiele informacji powinno mi się udać odnaleźć w dokumentach późniejszych z innych parafii.
Marzę też o odnalezieniu aktu zgonu mojej praprababci Balbiny z Krajczyńskich Dołeckiej, choć może on się jeszcze znajdować w Urzędzie Stanu Cywilnego. Chciałabym też odnaleźć więcej informacji o jej rodzeństwie.
Kolejna rodzina to Borowi z Wielgiego, parafia Stoczek Węgrowski. Moja prababcia Apolonia z Borowych Rychlik była pierwszą żoną mojego pradziadka, zmarła dość wcześnie i jej historia została nieco zapomniana. Dzięki „Genetece” odkryłam mnóstwo jej rodzeństwa, nie mówiąc już o potomkach jednej siostry, którzy do dziś mieszkają w USA. Chciałabym więc opracować dokładną genealogię i tej linii moich przodków.
Na razie zadowolę się zebraniem materiałów i skopiowaniem aktów metrykalnych z zasobów zdigitalizowanych. Bardziej całościowe opracowanie to będzie postanowienie na rok kolejny lub lata następne.

Wciąż marzę o odnalezieniu zdjęcia pradziadka Jana Dołeckiego, ale może mi się to nie udać, jeśli nie uda mi się nawiązać kontaktu z potomkami jego rodzeństwa, którzy takie zdjęcie mogą posiadać. Zdjęcie może w ogóle nie istnieć, więc to jest życzenie, które może się okazać marzeniem nie do zrealizowania.

Chciałabym też powrócić do moich Szaniawskich, rodziny z okolic Radomia i przygotować jej obszerniejsze opracowanie.

To są moje plany genealogiczne na najbliższy rok i zapewne na lata kolejne.

Jeśli chodzi o „Praktykowanie genealogii” to nie wiem, czy w 2019 uda mi się dotrzymać tempa pisania artykułów z 2017. 2018 był rokiem mniejszej ilości artykułów, co spowodowane było poświęceniem mojego czasu na napisanie kolejnej książki, o której niebawem ukaże się informacja. Będzie to książka w ramach serii „Praktykowanie genealogii”. Planuję też kolejną książkę z tej serii, ale zapewne ten plan będę realizować dopiero w 2020. Mimo tego artykuły i podstrony tego blogu były czytane i odwiedzane przez ponad dwa razy tyle osób co w roku poprzednim. To prawda, że w tej chwili artykułów i poruszanych w nich problemów znajduje się na blogu o wiele więcej niż choćby w 2016 czy 2017, ale przypuszczam, że wzrost czytelnictwa jest także dowodem na to, że genealogia staje się coraz bardziej popularna a niektórzy genealodzy czy to początkujący czy bardziej zaawansowani poszukują odpowiedzi na wiele pytań, które zadają sobie podczas poszukiwań czy pisemnego opracowywania genealogii rodzinnych. Mam nadzieję, że odpowiedzi na przynajmniej niektóre z nich mogą znaleźć na tym blogu. W tym roku nie otrzymałam żadnych pytań czy próśb o opisanie jakiegoś tematu, więc zakładam, że to, co piszę jest przydatne.
Chciałabym szczególnie bardzo podziękować Paulinie za jej bardzo ciekawe pytania, uwagi oraz przykłady z własnych genealogii rodzinnych, którymi komentuje moje posty a które to komentarze są cennym wkładem w dyskusję na poruszane tematy a w szczególności tematykę zapisu genealogicznego, ubytku przodków, budowaniu drzew genealogicznych itp.
Wszystkim czytelnikom, którzy skomentowali moje posty dziękuję za te komentarze.

Kiedy w sierpniu 2018 podsumowywałam 2 lata istnienia bloga wspomniałam o czytelnikach czytających blog w 39 krajach. Dziś zamykam rok z czytelnikami w 51 krajach. Do tych najbardziej egzotycznych lub niespodziewanych, które doszły w międzyczasie, należą Gruzja, Chile, Kuwejt, Mołdawia, Nowa Zelandia, Kolumbia, Indie i Serbia. Być może były to przypadkowe odwiedziny bloga a być może czytelnicy z Polski podróżują do coraz to bardziej odległych i interesujących krajów, a może współcześni Polacy-emigranci coraz chętniej interesują się historią swoich przodków.
Jeżeli czytacie tego bloga na wakacjach to jest mi miło, że moje artykuły mogą być także wakacyjną lekturą!

Dwa zagadnienia niezmiennie wydają się przyciągać większą uwagę. Jedno to, czy akt zgonu zawiera informacje o przyczynie zgonu a drugie to, pod jakim nazwiskiem wpisywać kobietę zamężną do drzewa genealogicznego. Cieszy mnie przede wszystkim zainteresowanie tym drugim problemem, gdyż widziałam wiele błędów w tej kwestii w drzewach genealogicznych.
Nie sam temat jakim jest przyczyna zgonu, ale akty zgonu same w sobie zaczynają mnie coraz bardziej fascynować. Jeden z kolejnych artykułów będzie poświęcony tej tematyce.

Jeśli chodzi o kraje, w których czytany jest ten blog to czołówka pozostaje niemalże niezmienna. Oczywiście najwięcej (79%) czytelników w tym roku czytało blog w Polsce. Kolejne kraje to USA (12%), Niemcy, Wielka Brytania, Hong Kong, Francja, Kanada, Ukraina i Norwegia.

Wszystkim czytelnikom, zarówno tym stałym jak i tym na wakacjach, czy po prostu przypadkowym dziękuję za odwiedzanie bloga „Praktykowanie genealogii” oraz czytanie moich wpisów i artykułów czy też powracanie do niektórych z nich. Mam nadzieję, że są one przydatne w praktykowaniu genealogii lub zachęcają do opracowania genealogii przodków!

Dziękuję też wszystkim, którzy promują tę stronę i blog oraz moje artykuły!

Zachęcam też wszystkich do złożenia sobie przynajmniej pewnych genealogicznych zobowiązań noworocznych, co być może w ciągu roku zmobilizuje Was, by trochę czasu poświęcić na nowe poszukiwania lub opracowanie zgromadzonych już materiałów tak, byście mogli podzielić się waszą wiedzą genealogiczną z krewnymi oraz innymi genealogami.

Grażyna Rychlik
31 XII 2018