Pisownia imion po łacinie, w językach polskim i niemieckim

Bardzo rzadko zdarza się, że mogę zobaczyć, jakimi hasłami wyszukiwawczymi posługują się czytelnicy, którzy trafiają na mój blog poprzez wyszukiwarkę. Jeżeli te hasła zdoła wyłapać system, czytam je z uwagą w celu inspiracji dla siebie jak i rozumienia potrzeb genealogów czy też problemów, z którymi się borykają prowadząc poszukiwania lub opisując historie rodzinne. Ostatnio jednym z takich haseł było „pisownia imion w języku polskim a niemieckim”. Hasło to pojawiło się niedawno po tym, jak prowadziłam niewielkie poszukiwania genealogiczne na terenie Wielkopolski. To hasło jak ulał pasowało do tych poszukiwań i problemów z którymi za każdym razem muszę sobie radzić, jeśli tam prowadzę poszukiwania.

Według mnie największy problem z językiem zapisu imion jest właśnie w Wielkopolsce lub innymi słowy na terenie zaboru pruskiego a także w dawnych Prusach Wschodnich i na Pomorzu Zachodnim.

Można powiedzieć, że język polski na tych terenach prawie w ogóle nie pojawia się w zapisie metrykalnym sprzed 1918 r. a przecież przodkowie urodzeni przed tą datą to nasi dziadkowie czy pradziadkowie czy prapradziadkowie i na ogół znamy ich pod polskimi imionami.
Przyczyną takiego stanu rzeczy jest to, że – jeśli chodzi o rzymskokatolickie religijne księgi metrykalne – zapis w parafiach prowadzony był po łacinie. Pod koniec 1874 został wprowadzony urząd stanu cywilnego, gdzie językiem zapisu był język niemiecki. Faktycznie dysponujemy więc w aktach metrykalnych i innych dokumentach wersjami imion w tych dwóch językach a nie po polsku. Poza wyjątkami, którymi są przykładowo imiona Anna czy Magdalena, większość imion ma swoje odpowiedniki w każdym z tych języków i nie zawsze są one tak zbliżone, by bez dodatkowej wiedzy lub wprawy znać odpowiedź na pytanie, jakie imię w języku polskim za imieniem po łacinie czy po niemiecku się kryje.

Miejscem, gdzie na szybko możemy sprawdzić różne wersje językowe wielu imion zarówno męskich jak i żeńskich jest strona Poznan Project, gdzie w podpowiedziach imion możemy znaleźć dwie (polski, łacina) a czasami trzy (polski, łacina, niemiecki) wersje językowe jednego imienia. Ale nie ma tam wszystkich imion i nie przy każdym podane są trzy wersje językowe.

Problem z tym, że dla jednej osoby imiona pisane są w dwóch językach (łacina, niemiecki) a my używamy trzeciego (polskiego) pojawia się wtedy, kiedy opisujemy historię rodziny i podpieramy się kopiami dokumentów metrykalnych, które spisane zostały w tych innych językach.

Jak sobie z tym radzić? Oczywiście, każdy może znaleźć swoje własne rozwiązanie.
Ja w moim ostatnim projekcie poszukiwawczym przyjęłam, że imiona w drzewie genealogicznym będą zapisane w języku polskim a w opisie źródeł w tym języku, w którym został sporządzony akt metrykalny, na którym oparte były podane informacje. Oczywiście może się tak zdarzyć, że na dane zdarzenie metrykalne będziemy mieć źródło religijne i cywilne. Wtedy trzeba dokonać wyboru na przykład na podstawie zakresu wykorzystanych informacji.
Dodatkowo sporządziłam tabelę, w której spisałam wszystkie imiona występujące w tej konkretnej rodzinie w języku polskim i w kolejnych kolumnach podałam wersje językowe łacińską i niemiecką.
Dla przykładu Jan to po łacinie Joannes a po niemiecku Johann. Ciekawym przypadkiem jest imię Marcjanna. Po łacinie zapisane było Martianna a po niemiecku Marzianna.
Na tych przykładach widać, że różnice są niewielkie, ale czasami jest inaczej. Przykładem może być tu imię Wawrzyniec tożsame z imieniem Laurenty czego nie każdy jest świadomy i wersje językowe zarówno łacińska i niemiecka są tymi, od których pochodzi ta druga wersja imienia.

Można też szukać słowników imion i ich odpowiedników w tej wersji językowej, z którą akurat pracujemy.

Mam nadzieję, że zwrócę uwagę osób, które do tej pory nie zastanawiały się nad tym problemem, że on faktycznie istnieje. Używając tylko i wyłącznie polskiej wersji językowej i kopiując wersje cyfrowe źródeł możemy się spodziewać, że czytelnicy naszych historii rodzinnych – często członkowie rodziny, którzy nie są zaznajomieni z zawiłościami towarzyszącymi poszukiwaniom genealogicznym – mogą być zdziwieni, że w aktach imiona są pisane inaczej.

Grażyna Rychlik

21 X 2018

Reklamy

Akta metrykalne wg Kodeksu Napoleona z Wielkopolski

Wreszcie udało mi się natrafić na przykład miejscowości z Wielkopolski, która przez pewien czas znajdowała się na terytorium Księstwa Warszawskiego, a który mogę tu zaprezentować wraz z linkami do samych dokumentów. Księgi metrykalne i cywilne i religijne dla tej konkretnej parafii – przynajmniej te w posiadaniu Archiwum Państwowego w Poznaniu – są zeskanowane i dostępne na portalu szukajwarchiwach.pl, dzięki czemu są łatwo dostępne dla wszystkich online.

Sama miejscowość, w której znajduje się ta konkretna parafia nazywa się Mchy. Jest ona położona wg obecnego podziału administracyjnego w gminie Książ Wielkopolski w powiecie śremskim.
W XIX w. Mchy nie zostały siedzibą utworzonego pod koniec 1874 w Prusach urzędu stanu cywilnego, więc jeżeli szukamy dokumentów cywilnych z terenu tej parafii to znajdują się one w urzędzie stanu cywilnego, który działał w Książu Wielkopolskim, którego niemiecka nazwa to Xions. Mchy w języku niemieckim nazywały się Emchen.
Jeżeli prowadzimy poszukiwania na terenach objętych zaborem pruskim warto znać nazwy polskie i niemieckie. Czasami nie było różnicy i nazwy były identyczne w obydwu językach, czasami lekko zmienione a czasem zupełnie inne. W aktach metrykalnych cywilnych od 1874 stosowane były nazwy w wersji językowej niemieckiej, stąd warto znać obie nazwy.

Na wspomnianym portalu pod nazwą zespołu Akta stanu cywilnego Parafii Rzymskokatolickiej Mchy (pow. śremski) znajdują się następujące księgi (link), wszystkie ze skanami:

Liber metrices baptisatorum 1850-1866
Liber metrices copulatorum 1841-1874
Księga urodzeń, małżeństw i zgonów 1812-1813
Księga urodzeń, małżeństw i zgonów 1845-1848

Na tym przykładzie możemy poćwiczyć, jak samemu zauważyć, że jakaś parafia z terenu Wielkopolski funkcjonowała jako urząd stanu cywilnego Księstwa Warszawskiego w przedziale czasowym 1808-1815. Właśnie obecność jakiejkolwiek księgi z tych lat, szczególnie, jeśli są to lata łamane (na początku obowiązywania Kodeksu Napoleona księgi prowadzono od 1 maja do 30 kwietnia następnego roku) – choć nie zawsze można to wyłowić z indeksu/opisu – oraz fakt, że jej tytuł jest w języku polskim a nie po łacinie powinny zwrócić naszą uwagę.
Dlaczego warto szukać tych ksiąg w Wielkopolsce? – oczywiście jedynie na terenach, które objęło Księstwo Warszawskie. Dlatego, że treść aktów metrykalnych spisanych wg Kodeksu Napoleona będzie zawierać o wiele więcej informacji niż akty religijne.
Oczywiście możemy mieć pecha i żadne zdarzenia metrykalne w tym dość krótkim czasie mogły się naszym przodkom nie przydarzyć. Ale zawsze warto to sprawdzić.

W tym konkretnym przypadku w aktach cywilnych Mchy występują jako siedziba urzędu stanu cywilnego w gminie mchowskiej, powiecie śremskim  i Departamencie Poznańskim. Jako przykład do porównania czy zapoznania się z różnicami możemy wybrać jakikolwiek akt metrykalny z USC Księstwa Warszawskiego (urodzenia, małżeństwa czy zgonu) z księgi z lat 1812-1813 (jest to jedna księga) i porównać go – najlepiej oczywiście porównywać akty urodzenia z aktami chrztu, akty małżeństwa z aktami małżeństwa a akty zgonów z aktami zgonów – z aktami religijnymi z którejkolwiek z pozostałych ksiąg.

Widoczną różnicą między zapisem w aktach metrykalnych wg Kodeksu Napoleona i religijnych rzymskokatolickich jest to, że te pierwsze były spisywane w języku polskim a te drugie po łacinie. Jako przykład zapisu religijnego można obejrzeć akty małżeństwa (liber copulatorum) z lat 1841-1874 (link) a następnie sprawdzić, jakie były różnice w treści pomiędzy aktami z 1812/1813 i tymi. Jedną z brakujących informacji w aktach religijnych są imiona rodziców nowo zaślubionych. Ale może się zdarzyć, że takie informacje będą podane. W akcie małżeństwa spisanym wg Kodeksu Napoleona losowo też może się zdarzyć, że nie będzie takich informacji, ale zgodnie z prawem powinny być podane.

Przykład zapisu z Mchów nie jest jedyną wersją treści religijnego aktu małżeństwa na jaką możemy natrafić w Wielkopolsce. Sposób zapisu zależy też od lat, w których dany akt został sporządzony. Nie możemy w aktach metrykalnych tej parafii (tzn. w zasobie Archiwum Państwowego w Poznaniu dostępnym w wersji elektronicznej na szukajwarchiwach.pl) porównać zapisu tego samego aktu małżeństwa w księgach cywilnych i religijnych. Jeżeli trafię na taki przykład w innym miejscu, to również go opiszę, gdyż wtedy najlepiej widoczne są różnice. Tutaj czytelnicy mogą zwrócić uwagę, że nie porównujemy aktów z tych samych lat.

W tej przykładowej księdze liber copulatorum mamy też ciekawy przykład indeksu, który jest oczywiście alfabetyczny ale dodatkowo w ramach każdej litery dzieli się jeszcze na poszczególne lata, które obejmuje księga (link do pojedynczej strony indeksu).

Grażyna Rychlik

30 IX 2018

 

 

 

 

5. Ogólnopolska Konferencja Genealogiczna na Zamku Piastów Śląskich w Brzegu 21-23 IX 2018

W ten weekend kolejne wielkie wydarzenie w genealogii w Polsce czyli piąta już ogólnopolska konferencja genealogiczna w Brzegu.

Dziś (sobota, 22 IX 2018) o godzinie 10.00 odbędzie się otwarcie konferencji.

Dla wszystkich, którzy z różnych przyczyn nie mogli w tym roku dojechać do Brzegu podsyłam link do Informatora, w którym znajduje się między innymi program tegorocznej konferencji oraz link do transmisji na żywo.

W tym roku konferencja jest bardzo rozbudowana. W niektórych godzinach wykłady będą się odbywać równolegle w trzech salach.

Dziękuję organizatorom za dbałość o wszystkich miłośników genealogii i umożliwianie dostępu do konferencji także tym, którzy są daleko lub których obowiązki powstrzymują ich od możliwości bezpośredniego uczestnictwa w konferencji.

Grażyna Rychlik
22 IX 2018

 

Dopisuję komentarz w niedzielne popołudnie.

Konferencja się już zakończyła a wraz z nią transmisja na żywo. Jednakże organizatorzy zadbali o to, że niektóre wykłady są już dostępne do odsłuchania. Kto nie mógł przyjechać do Brzegu i nie mógł oglądać transmisji na żywo może już zapoznać się z interesującymi go wykładami, przynajmniej z częścią z nich.
Żeby dotrzeć do nagrań wykładów najprościej jest po prostu wygooglować (czy tak pisane czy przez „u” zamiast „oo” system pokazuje błąd; czy system nie ma jeszcze tego podstawowego w XXI w. słowa w swoim słowniku?) konferencję po jej nazwie.

Grażyna Rychlik
23 IX 2018

Marcelli Bacciarelli. W 2018 obchodzimy rocznicę śmierci malarza.

Dobiega końca zorganizowana przez Zamek Królewski w Warszawie i tam eksponowana około rocznicowa wystawa zatytułowana „Marcello Bacciarelli. Najpiękniejsze portrety”. Kto – wprawdzie w warunkach wystawowo-muzealnych – chciałby odwiedzić osiemnastowieczne atelier artysty, a nie uczynił tego jeszcze, ma na to kilka dni.

Trudno uniknąć tu refleksji nad drogą rozwoju (czy też uproszczenia) jaką przebył portret od przedstawienia malarskiego poprzez zdjęcie w atelier fotograficznym do zdjęć, które sami możemy wykonać aparatem czy telefonem innym osobom a na selfie – czyli swego rodzaju autoportrecie – kończąc.

Udało mi się dotrzeć na jeden tylko wykład towarzyszący wystawie, ale był to wykład dla mnie najbardziej może interesujący, gdyż dotyczył genealogii artysty. Był pewnego rodzaju kontynuacją prezentacji poszukiwań włoskiego rodowodu Marcellego Bacciarellego przedstawionych na wykładzie zorganizowanym przez Warszawskie Towarzystwo Genealogiczne a wygłoszonym również przez panią Angelę Sołtys w marcu 2018.
Jeżeli ktoś jest zainteresowany tą tematyką, to odsyłam do Kroniki Zamkowej z 2014, gdzie znajduje się jeden artykuł na ten temat oraz do Kroniki Zamkowej z 2018 – która ukaże się zapewne do końca tego roku – gdzie będzie kolejny artykuł na ten temat.

Na wykładzie – a także w przewodnickich kuluarach – okazało się, że badania prowadzone są wprawdzie na temat włoskiego rodowodu artysty, ale niewiele wiadomo na temat jego bezpośredniej rodziny i czasu, który Bacciarelli spędził w Dreźnie. Niewiele wiadomo o jego żonie, kiedy artysta wziął ślub oraz gdzie i dokładnie kiedy urodziły się jego dzieci.

Zaczęłam się zastanawiać nad tymi brakami i ostatecznie doszłam do wniosku, że nigdzie w otoczeniu wystawy – to znaczy na samej wystawie oraz w towarzyszącym jej katalogu nie znalazłam odniesienia do udokumentowania daty, która – jak rozumiem – była przyczynkiem do organizacji wystawy czyli daty jego śmierci.

W artykule z Kroniki Zamkowej z 2014 możemy odnaleźć kopię aktu chrztu przyszłego artysty a na wystawie zamkowej dyplom szlachectwa Marcellego Bacciarellego ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie. W tych trzech źródłach (artykuł, wystawa, katalog) nie ma natomiast aktu zgonu artysty, który potwierdzałby, że Marcelli Bacciarelli zmarł faktycznie w Warszawie i to dnia 5 stycznia 1818.
Dodam też, że całkiem świadomie używam polskiej pisowni imienia artysty – Marcelli. Niejeden z moich prapradziadków i bardziej odległych przodków nosił to imię pisane właśnie w ten sposób, przez dwa „l”. Dziś pisownia jest uproszczona i w imieniu tym pozostało tylko jedno „l”. W dyplomie szlachectwa sporządzonym po łacinie imię artysty zapisane jest również po łacinie „Marcellus”, więc trudno wyciągnąć z tego jakieś wnioski co do pisowni imienia artysty w języku polskim. Natomiast w akcie zgonu imię zapisane jest po polsku, Marcelli.

Z jednej strony nieco rozczarowana brakiem prezentacji w otoczeniu wystawy tak istotnego dokumentu jak akt zgonu artysty, a z drugiej ze stałym detektywistycznym podejściem do odnajdywania dokumentów, nie wiedząc też w sumie, czy szukam czegoś już odnalezionego, co z jakichś przyczyn zostało pominięte, czy też czegoś, czego nikt nie znalazł lub nie szukał – jak zdaje się być z udokumentowaniem drezdeńskiego rozdziału życia Bacciarellego – zabrałam się do odnalezienia aktu zgonu artysty.

Akta metrykalne z lat 1808-1825 z Warszawy w przeważającej większości nie są zindeksowane elektronicznie w bazie „Geneteka”, więc w tym przypadku poszukiwania nie mogły otrzymać tego rodzaju wsparcia.

Jeszcze z kursu przewodnickiego sprzed wielu lat pamiętam, gdzie stał dom Bacciarellich. W czasach późniejszych była to ulica do dziś zwana Bagatelą. W 1818 istniał już urząd stanu cywilnego a Warszawa była podzielona na cyrkuły, gdzie prowadzono cywilne zapisy metrykalne. Założyłam, że dom artysty, gdzie zapewne zmarł, znajdował się w cyrkule VI. Być może było to założenie błędne, ale tam rozpoczęłam poszukiwania. Akty zgonu w księdze z 1818 są zindeksowane, ale żadnego Bacciarellego tam nie było. Zdecydowałam się więc sprawdzać w każdym cyrkule po kolei, zaczynając od cyrkułu I, który odpowiada terenowi, z którego od 1826 zapisy metrykalne cywilno-religijne prowadzone były w parafii św. Jana czyli na obecnej warszawskiej Starówce. Kancelarie cyrkułów znajdowały się faktycznie na ogół – choć nie zawsze – przy parafiach, ale jeśli będziemy szukać aktów metrykalnych w Archiwum Państwowym w Warszawie, to w latach 1808-1825 musimy posługiwać się numerami cyrkułów a nie wezwaniami parafii, bo tak są skatalogowane zbiory.

Już w pierwszym cyrkule natrafiłam na to, czego szukałam. Akty zgonu i tu są zindeksowane w księdze, a Marcelli Bacciarelli znajduje się na samej górze listy. Zmarł przecież w styczniu, więc jego akt zgonu musiał być jednym z pierwszych. Wprawdzie w indeksie jego akt zgonu ma niepoprawny numer, więc musiałam przeszukiwać akty poczynając od pierwszego , ale nie musiałam szukać zbyt długo, poszukiwany akt odnalazł się pod numerem 14.*

Akt zgonu potwierdza, że artysta zmarł 5 stycznia. Co ciekawe, okazuje się, że zmarł nie we własnym domu ale w „Oficynach Pałacu Zamkowego”, stąd zapis w cyrkule I a nie w kancelarii, której podlegał jego adres zamieszkania. Być może zmarł przy pracy, trudno powiedzieć na podstawie zapisu w akcie zgonu. Być może okoliczności jego śmierci są znane, ale nie sprawdzam tego w tej chwili.

Jestem usatysfakcjonowane swoimi na szczęście krótkimi i owocnymi poszukiwaniami.

Poniżej podaję link do aktu zgonu Marcellego Bacciarellego oraz kopię cyfrową samego aktu jak i strony indeksu osób zmarłych, których nazwiska zaczynały się na literę „B” a ich śmierć została zarejestrowana w kancelarii cyrkułu I.

Grażyna Rychlik

5-6 IX 2018

*Prowadzenie poszukiwań późną nocą nie jest zbyt dobre, bo możemy coś przeoczyć. Dobrze o tym wiem, ale czasami chęć poznania jest silniejsza, szczególnie kiedy robię coś dla przyjemności i w zasadzie nie może być negatywnych konsekwencji.
Faktycznie nie ma błędu w indeksie aktów zgonu, gdyż numer podany przy imieniu i nazwisku osoby to numer karty (Folio) a nie numer aktu. Akt zgonu Marcellego Bacciarellego faktycznie rozpoczyna się po drugiej stronie i kończy na karcie nr 5 co nie jest zaznaczone w indeksie. Zapis w indeksie mógłby wyglądać „Folio 4-5”, ale tam podawany jest tylko numer karty, na której rozpoczyna się wpis.

Nie znajdziemy tego w indeksach aktów metrykalnych, ale w opisach źródeł możemy w przypadku podania numeru karty spotkać się z określeniami versorecto.
Recto oznacza przednią stronę karty a verso tylną stronę karty. Niestety indeksy nie podają tak szczegółowych informacji jak: po której stronie karty zaczyna się wpis. Gdyby je jednak podawały, to takie dookreślenie miejsca na karcie pomogłoby odnaleźć od razu dany akt.
W tym konkretnym przypadku problemem jest to, że akty są faktycznie ponumerowane, a my w takich sytuacjach oczekujemy, że w indeksie będą podane numery aktów a nie numery kart. Jest to takie domyślne założenie, które niestety nie zawsze działa. Warto mieć to na uwadze i sprawdzać dokładnie, do czego odnosi się indeks, żeby nie tracić czasu na poszukiwania czegoś, co jest łatwe do odnalezienia. W tym przypadku nie straciłam zbyt wiele czasu na szukanie czegoś co było łatwe do odnalezienia (numer karty, na której znajduje się akt, podany w indeksie) ze względu na wczesną datę śmierci, ale nie zawsze tak jest.
Czasem numeracji w stron czy/i kart jest w księdze kilka i trzeba zidentyfikować tę najstarszą, do której odwołuje się indeks w księdze, ale w tym konkretnym przypadku jest tylko jedna numeracja kart. Jest też numeracja aktów, do której nie ma w ogóle odniesienia w indeksie, w związku z czym numeracja kart może wprowadzić nas w błąd i możemy odczytać ją jako numerację aktów.

Uzupełnienie: Grażyna Rychlik, 6 IX 2018

 

Link do aktu zgonu Marcellego Bacciarellego nr 14 z 1818, Warszawa, cyrkuł I

Bacciarelli Marcelli Z 14 1818 Warszawa Cyrkuł I

Bacciarelli indeks

 

 

 

 

Skąd się biorą błędy w drzewach genealogicznych? Kolejny przykład.

Zachęcona odkryciem potencjalnego krewnego genetycznego z 81 wspólnymi centymorganami – dla mnie to na razie największa ilość wspólnych centymorganów, na jaką udało mi się natrafić – postanowiłam wreszcie uzupełnić swoje drzewo genealogiczne w ramach jednego z moich kont na Family Tree DNA. Sama marzę o tym, by wszyscy publikowali tam swoje drzewa genealogiczne, więc ja też powinnam wreszcie swoje dorzucić!

Przy takich okazjach zawsze patrzę czego mi jeszcze w tych moich drzewach brakuje. Niektóre opracowywałam dawno temu, bez wspomagania w postaci baz takich jak „Geneteka”, których kiedyś nie było, i te drzewa prezentowały informacje, które wtedy udało się ustalić. Północne Mazowsze – co zawsze podkreślam – to duże wyzwanie dla genealogów, gdyż przodkowie z tamtych terenów rzadko przebywali przez całe życie w jednym miejscu. Czasami znalezienie jednego dokumentu wymaga żmudnych i czasochłonnych poszukiwań, gdyż nadal wiele parafii czy lat, które akurat nas interesują, nie zostały zindeksowane.

Jednym z takich brakujących elementów był akt ślubu rodziców mojego 3xpradziadka od strony mamy, Walentego Koleńskiego. Wcześniej odnalazłam akt urodzenia Walentego, do którego doprowadził mnie jego akt ślubu, znałam więc imiona jego rodziców. Walenty urodził się w 1821 w Dziarnowie należącym do USC/parafii w Białej k. Płocka. Imiona rodziców podane w akcie urodzenia to Wojciech Koliński i Marianna Kozanecka. Nazwisko Koliński ewoluowało i ostatecznie przybrało formę Kaliński, więc tutaj zawsze rozpatruję różne pisownie tego nazwiska.

Dziś, dzięki istnieniu „Geneteki”, która ma zindeksowaną dużą część aktów metrykalnych z terenów północno-zachodniego Mazowsza, wrzuciłam do tej bazy indeksów obydwa nazwiska razem Koliński i Kozanecka w poszukiwaniu aktu ślubu, który musiał mieć miejsce przed 1821. Mimo, że księgi z Białej są zindeksowane do pierwszej połowy XVIII w. nie znalazłam tam pary, gdzie panną młodą lub żoną/matką dzieci byłaby Marianna Kozanecka. Oczywiście samo w sobie nic to nie znaczyło, gdyż ślub mógł się odbyć gdzie indziej – w miejscu, z którego pochodziła panna młoda.

W księgach z Białej znalazłam natomiast Wojciecha (imię zgodne z imieniem ojca mojego 3xpradziadka) Kolińskiego, który miał dzieci z Antoniną Kozanecką. Antoniną a nie Marianną. Wzięłam więc pod uwagę, że być może w akcie urodzenia Walentego mylnie wpisano imię jego matki. Ale sprawdziłam też, że do moich pierwszych poszukiwań wkradł się błąd jeśli chodzi o wiek Marianny Kozaneckiej, która faktycznie była względnie dużo młodsza od swojego męża. Patrząc na to, co pokazała mi wyszukiwarka przyjęłam, że mój 4xpradziadek Wojciech Koliński musiał być przynajmniej raz żonaty zanim ożenił się z matką Walentego. Antonina Kazanowska pasowała do bycia siostrą Marianny. Wiekowo było między nimi około 10 lat różnicy, więc było to możliwe. Rozszerzyłam więc poszukiwania na okoliczne USC/parafie, ale i tam nie natrafiłam na akt ślubu Wojciecha Kolińskiego i Marianny Kozaneckiej. Zaczęłam się zastanawiać, co jest nie tak i ostatecznie poszukałam raz jeszcze w Białej i okolicy, ale bez podawania znanego mi z aktu urodzenia Walentego nazwiska panieńskiego jego matki.

Dzięki temu odnalazłam akt ślubu Wojciecha i Marianny. Moi 4xpradziadkowie wzięli ślub w Proboszczewicach, skąd jak się zdaje pochodziła Marianna. Akt ślubu potwierdził, że Wojciech był wdowcem po Antoninie, dzięki czemu byłam pewna, że odnalezione wcześniej akty urodzenia dzieci Wojciecha i Antoniny dotyczyły rodzeństwa przyrodniego mojego 3xpradziadka. Dzięki informacjom z tego dokumentu okazało się, że i druga żona Wojciecha, Marianna, wstępując w związek małżeński z nim była wdową po Janie Kozonie. Kozon to nie do końca Kozanecki, ale być może to nazwisko po pierwszym mężu było źródłem błędu w nazwisku panieńskim Marianny a być może podano lub omyłkowo wpisano do aktu urodzenia Walentego z 1821 nazwisko panieńskie pierwszej żony jako nazwisko panieńskie drugiej żony.
Według aktu małżeństwa panieńskie nazwisko Marianny brzmiało Pobodzan. Czy było to jej nazwisko panieńskie? Nie jestem do końca pewna. W innych dokumentach jej podane nazwisko panieńskie to Pobożan a nawet Nieznańska! Czy w nazwisku „Nieznańska” kryje się informacja, że jej nazwisko nie było znane? Nie można tego wykluczyć. W tej chwili nie będę tego sprawdzać, ale być może uda się odnaleźć akt pierwszego ślubu Marianny lub jej akt urodzenia, które albo rozwieją albo namnożą wątpliwości.

Co straciłam, a co zyskałam w tych zupełnie nieplanowanych poszukiwaniach? Znane nazwisko panieńskie 4xprababci okazało się niepoprawne. Co gorsza w zasadzie w ogóle straciłam pewność co do tego jakie nazwisko panieńskie nosiła ta moja odległa prababcia a nawet co do tego, czy w ogóle nazwisko panieńskie posiadała. Dowiedziałam się natomiast o tym, że 4xpradziadek Wojciech Koliński był dwukrotnie żonaty, znalazłam akty urodzenia kilkorga jego dzieci z obydwu związków a także akty małżeństwa niektórych z nich. Oczywiście wszystko trzeba będzie sprawdzić, ale dzięki temu uzupełniłam, poprawiłam i powiększyłam moje drzewo genealogiczne a tym samym wzrosły szanse na potwierdzenie genetycznych krewnych, gdyby jacyś się znaleźli z tej linii przodków. Dowiedziałam się także, jak nazywali się rodzice 4xpradziadków – więc może jednak jedno z nazwisk Marianny jest poprawne!? – zyskałam więc wstępne choć nie do końca potwierdzone informacje o kolejnym pokoleniu czyli 5xpradziadkach z jednej z linii od strony mamy. Jestem zadowolona z tych nieplanowanych poszukiwań!

Ten przykład pokazuje też, że nazwiska wpisane do aktów metrykalnych wcale nie muszą być poprawne. Czy w opisanym przykładzie źródłem błędu była pomyłka, odwołanie się do wcześniejszej wiedzy, „święty spokój” czy brak znaczenia, trudno powiedzieć. Jednakże takie błędy mogą zafałszować nasze drzewo genealogiczne. W przypadku testów DNA jeżeli nie ustalimy wszystkich nazwisk używanych przez jedną osobę, możemy stracić szansę na potwierdzenie poprawnego dopasowania.
Samo ustalenie nazwisk nie wystarczy, trzeba też podać informację o nich wszystkich. Jeśli jest to możliwe warto zrobić szczegółową notatkę opisującą, kiedy które nazwiska były w użyciu. W takich sytuacjach wpisanie jedynie najwcześniej użytego nazwiska odbiera możliwość identyfikowania tej osoby a także jej potomków po tych innych używanych nazwiskach. Zamiast ustalać – nawet jeżeli znajdziemy akt urodzenia i będzie to można potwierdzić – które nazwisko jest poprawne trzeba raczej przyjąć, że jedna osoba funkcjonowała w dokumentach pod różnymi nazwiskami i panieńskimi i po mężu. Jeżeli będziemy pewni, że w pewnym momencie odnaleźliśmy nazwisko pierwotne, możemy je wyróżnić w jakiś sposób lub choćby zapisywać jako pierwsze w ciągu wszystkich używanych nazwisk.

Źródła:
ASC (RzK) Biała (k. Płocka), U 35 / 1820/1821 (1821) Walenty Koliński
ASC (RzK) Proboszczewice, M 9 / 1814/1815 (1814) Wojciech Koliński i Marianna Pobodzan
oraz zindeksowane informacje o innych aktach metrykalnych dotyczących tej rodziny pochodzące z „Geneteki”

Grażyna Rychlik

30-31 VIII 2018

Durrellowie, przygoda z historiami rodzinnymi albo jak znaleźć lekturę na wakacje

Mój dzisiejszy artykuł będzie trochę mało genealogiczny, choć już od pewnego czasu noszę się z zamiarem napisania kilku słów na temat mojego „spotkania” z rodziną Durrellów.

Nie wiem, czy i wam się to zdarza, ale mnie się zdarza, że pewne rodziny, na które natrafiam zupełnie przypadkowo, jakoś mnie zainteresowują i wtedy staram się dowiedzieć o nich czegoś więcej. Tak było z Durrellami. Ale historia ta zatoczyła pewne koło, więc postanowiłam napisać te „kilka słów”.

W 2017 (rok produkcji pierwszej serii: 2016) oglądałam na BBC HD tzn. w języku polskim serial zatytułowany Durrellowie – po angielsku The Durrells. W USA tytuł został wydłużony do The Durrells in Corfu. Nigdy nie byłam na Korfu ale kilkakrotnie spędziłam wakacje na wyspach greckich oraz w Grecji kontynentalnej i dla mnie jest to jedno z najsympatyczniejszych miejsc gdzie można naprawdę odpocząć a przy okazji zwiedzić coś ciekawego i objeść się śródziemnomorskimi specjałami. Z opisu serialu wynikało, że opowiada on historię autentycznej rodziny, nie jest to więc fabuła od początku do końca wykreowana na potrzeby produkcji filmowej. Serial posiada nawet hasło w angielskiej Wikipedii , jest też krótki opis serialu w języku polskim na jednym z portali opisujących produkcje filmowe. Pomyślałam, że być może będzie to sympatyczny film do obejrzenia. Nie wiedziałam wtedy, że jest to historia rodziny (matki i jej czwórki dzieci) znanego brytyjskiego pisarza a nawet dwóch znanych brytyjskich pisarzy, więc film oglądałam bez żadnych oczekiwań. Obejrzałam 6 odcinków, dziś widzę w opisach, że w sumie powstały 3 serie i wszystkich odcinków jest 20, więc te 6 odcinków to była pierwsza seria. Nie widziałam więc całości.

Rodzina Durrellów po prostu mnie zainteresowała. Nie będę zdradzać fabuły ani całej historii rodziny, podam tylko kilka faktów istotnych dla mojej percepcji serialu. Owdowiała matka Louisa Durrell w 1935 wyjechała wraz z dziećmi w wieku 23, 17, 15 i 10 lat z Bournemouth w Wielkiej Brytanii na grecką wyspę Korfu. Jak rozumiem jedną z przyczyn były niższe koszty życia dla rodziny, gdzie nie wszystkie dzieci były pełnoletnie a Louisa pobierała tylko emeryturę czy inny rodzaj świadczenia po zmarłym mężu. Już od pierwszego odcinka odniosłam wrażenie, że była to nieco dziwna rodzina w tym sensie, że ich relacje były bardzo współczesne i zupełnie – tak mi się zdawało – nieprzystające do lat trzydziestych XX w.
I właśnie to postanowiłam sprawdzić – czy serial wykreował jakąś alternatywną rzeczywistość dla tej rodziny czy też przynajmniej do pewnego stopnia odtwarzał rzeczywistość w jakiej żyli.

Zaczęłam więc od zdobycia książki, na której – jak mi się zdawało – opierała się fabuła serialu. Nie miałam zbyt dużo czasu, więc po prostu zamówiłam The Durrells of Corfu napisaną przez Michalea Haaga (wyd. Profile Books, 2017). Książka ta nie jest przetłumaczona na język polski. Chyba kierowałam takim samym tytułem książki jak tytuł serialu i w pewnym sensie popełniłam błąd. Książka oczywiście nie jest podłożem do fabuły filmu, ale dla mnie okazała się dobrze popełnionym błędem – właśnie tą książką, której tak naprawdę szukałam, choć nie wiedziałam, że istnieje. Mianowicie, książka ta wyjaśnia jakie są różnice między filmem a prawdziwą historią tej rodziny (na ile można to było ustalić) w czasach kiedy przebywali na Korfu. Ale jest w niej coś więcej, gdyż autor relacjonuje, jak potoczyło się dalsze życie Durrellów, zarówno matki jak i czwórki rodzeństwa, już po opuszczeniu Korfu.

Autor opisuje też w skrócie historię rodziny zanim trafili do Bournemouth a następnie na Korfu. Okazało się, że zarówno matka, Louisa Durrell (Louisa Florence Dixie) ur. 1886, oraz jej zmarły w 1928 mąż, Lawrence Samuel Durrell ur. 1884, urodzili się jako Brytyjczycy w Indiach pod panowaniem brytyjskim. Wszystkie dzieci tej pary urodziły się także w Indiach, być może więc wyjazd do Wielkiej Brytanii po śmierci męża i ojca  był ich pierwszym pobytem w kraju pochodzenia. Już samo to było nietypowe.
Okazało się też, że dosyć nowoczesne funkcjonowanie tej rodziny na Korfu nie było fantazją twórców serialu. Dzieci miały bardzo dużo swobody w procesie kształtowania swoich charakterów a także w realizacji swoich rozlicznych aspiracji. Późniejsze życie niektórych dzieci toczyło się w wielu krajach i na wielu kontynentach, choć ostatecznie większość rodziny wróciła do Bournemouth.
Lawrence Durrell został bardzo znanym pisarzem, natomiast najmłodszy syn Gerald Durrell pisał bardzo dobrze sprzedające się książki o zwierzętach. Zwierzęta były pasją jego życia. I właśnie Gerald Durrell napisał trylogię – The Corfu Trilogy – opowiadającą historię rodziny Durrellów, która była kanwą do serialu.

Durrell okladka po polsku

Przeglądam ostatnio (w ramach wiecznych porządków) moje książki z czasów szkolnych… natrafiłam na kilka, które otrzymałam na koniec roku szkolnego za pracę społeczną w bibliotece jeszcze w podstawówce (w ogóle tego nie pamiętam…) oraz jedną książkę z kolonii w Zawoi w 1981 (te kolonie trochę pamiętam). Ta druga jest bardzo fajna, gdyż – jak to na koloniach bywało – zawiera mnóstwo wpisów od innych osób, co ciekawe, z niektórymi mam kontakt do dziś a z niektórymi mam dziś kontakt, choć nie wiedziałam, że spotkaliśmy się wcześniej. Przeglądam więc z zaciekawieniem te wpisy… Patrzę też na okładkę a tam są między innymi nietoperz i muszelki, pomyślałam od razu, że na pewno tej książki nie przeczytałam, coś o rodzinie i zwierzętach na pewno mnie wtedy nie interesowało… Tytuł: Nasza rodzina i inne zwierzęta. Autor: Gerald Durrell. Jest to pierwsza część trylogii opowiadającej historię Durrellów na Korfu. Teraz na pewno ją przeczytam.

Grażyna Rychlik

19 VIII 2018

Praktykowanie genealogii ma 2 lata

Dziś mija dokładnie dwa lata od zamieszczenia przeze mnie pierwszego wpisu na tym blogu. Piszę więc kolejne krótkie podsumowanie minionych dwunastu miesięcy.

Tak się złożyło, że blog zaczęłam pisać w środku roku i w środku miesiąca, więc jakiekolwiek ujęcie statystyczne wymaga pewnych obliczeń…

Przede wszystkim nadal uważam, że pisanie bloga to wyzwanie, szczególnie jeśli chodzi o regularność wpisów. W ciągu minionych miesięcy nie udało mi się dotrzymać narzuconego sobie początkowo tempa, średnio na miesiąc piszę 3 artykuły a nie 4. Być może uda mi się nadrobić te zaległości.

Ponieważ tematyka moich artykułów jest różnorodna – od zagadnień teoretycznych w genealogii (np. pod jakim nazwiskiem wpisywać zamężną kobietę do drzewa genealogicznego) do analizy informacji zawartych w aktach metrykalnych – a wgląd jaki mam do haseł wyszukiwawczych, które wiodą na mój blog (np. różne kwestie dotyczące informacji zawartych w aktach zgonu) sugeruje, że niektórzy czytelnicy poszukują odpowiedzi na pytania dotyczące konkretnych problemów genealogicznych, zdecydowałam się (niedawno) dodać podstronę, która jest – jak sama nazwa wskazuje – tematycznym spisem treści artykułów wraz z linkami. Trudno mi jest powiedzieć, czy jest to narzędzie przydatne, gdyż działa zbyt krótko, ale pozwala dotrzeć do artykułu na dany temat, którego nie trzeba już szukać w inny sposób.

Udało mi się też w tym miesiącu ukończyć wpisywanie taryfy domów dla Warszawy z 1877. Jeszcze jako nieukończony projekt stała się ona najczęściej odwiedzaną podstroną mojego bloga (poza stroną z postami), znacznie dystansując genealogię Marii Skłodowskiej, która rok temu zajmowała pierwsze miejsce wśród czytanych podstron czy artykułów. Oczywiście, wiele tematów nie było poruszanych w pierwszym roku pisania przeze mnie bloga, więc trudno jest dokonywać bezwzględnych porównań.

Najpoczytniejszymi artykułami okazały się:

http://www.genealogiawarchiwach.pl, Kodeks Napoleona a skanowanie ksiąg metrykalnych

– Ubytek przodków, endogamia oraz problemy z definicjami i nazewnictwem w genealogii

– Czy z aktu zgonu można się dowiedzieć, jaka była przyczyna zgonu?

– Jak opisywać zdjęcia towarzyszące historiom rodzinnym?

– Bazy indeksów, dobrodziejstwo, do którego należy podchodzić z pewną dozą ograniczonego zaufania.

Z poprzedniego roku w tej czołówce znalazły się dwa artykuły, mianowicie ten o opisywaniu zdjęć rodzinnych oraz ten o ostrożności przy korzystaniu z baz indeksów ksiąg metrykalnych. Cieszy mnie to, że i czytelnicy dostrzegają uniwersalną przydatność moich artykułów, niezależną od czasu, kiedy zostały napisane. Nadal preferowanym sposobem czytania bloga jest czytanie czy przeglądanie wszystkich wpisów bez otwierania konkretnych artykułów.

Co ciekawe, link z wpisu, który przez dwa lata został tylko raz „kliknięty”, pozostaje nadal najczęściej odwiedzanym linkiem ze wszystkich zamieszczonych na blogu (stevemorse.org). Drugą grupą chętnie sprawdzanych linków są te, które wiodą do przykładów z ksiąg metrykalnych, które opisuję w artykułach.

Ze złożonych w zeszłym roku obietnic udało mi się założyć także podstronę w języku angielskim, ale na razie niewiele jest na niej artykułów.

Jednym z moich ulubionych narzędzi, które daje administrowanie bloga, jest możliwość sprawdzenia, gdzie przebywają czytelnicy moich artykułów. Trochę się to zmieniło w stosunku do zeszłego roku. Ubyło czytelników z Polski (76% w porównaniu do 82% w roku ubiegłym), przybyło czytelników z USA (16% w stosunku do 12 % w roku ubiegłym). Kolejnymi krajami, z których pochodzi najwięcej czytelników – choć nie tak wielu jak z USA – są Niemcy, Wielka Brytania i Francja. Wydaje mi się, że przybyło kilka krajów, w których przebywają czy przebywali czytelnicy, i obecnie oprócz Polski i enigmatycznej Unii Europejskiej jest tych krajów 39. W ciągu 12 miesięcy najbardziej egzotycznymi krajami z których czytano mojego bloga były Korea Południowa, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Tajwan, Hong Kong (dzisiaj!), Honduras i Argentyna. Ale ogólnie rzecz biorąc czytelników wciąż przybywa lub stała grupa czytelników powraca do niektórych artykułów.

Od 1 sierpnia tego roku Facebook zlikwidował możliwość automatycznej publikacji informacji o pojawieniu się nowego artykułu na blogu prowadzonym przy pomocy WordPress. Wszystko zawsze można jakoś obejść, więc w miarę możliwości na Facebooku będę publikować linki do nowych artykułów. Jednakże osoby, które nie są ze mną zaprzyjaźnione na Facebooku, a które chciałyby mieć na bieżąco informacje o publikacji nowych artykułów zachęcam do skorzystania z opcji obserwowania bloga, gdyż wtedy system będzie powiadamiał ich o tym bezpośrednio i niezależnie od pośredników takich jak na przykład Facebook.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy nie dostałam żadnej wiadomości, w której proszono by mnie o napisanie na jakiś konkretny temat, z czego wyciągam wniosek, że tematyka blogu jest zrównoważona i każdy może znaleźć coś dla siebie.

Chciałabym wszystkim czytelnikom podziękować za czytanie moich artykułów i mam nadzieję, że będzie ich jeszcze dużo więcej. Mam także nadzieję, że poruszana w nich tematyka jest przydatna przy opracowywaniu genealogii przodków i rozwiązywaniu bieżących problemów z tym związanych.

Grażyna Rychlik

16 VIII 2018